środa, 28 marca 2018

NIOD, Survival 30


Z ręką na sercu przyznaję, że moja pielęgnacja nigdy nie uwzględniała dobrowolnego sięgania po filtry przeciwsłoneczne. Nie chodziło nawet o mój sceptycyzm co do zasadności ich stosowania, ale o kolejną, często niekomfortową, ciężką warstwę, która była ostatnią rzeczą, o jakiej zamarzyć mogłaby moja tłusta, trądzikowa cera. Nie, nie, nie. Wyjątki robiłam właściwie tylko podczas intensywnego, gabinetowego złuszczania skóry wysokimi stężeniami kwasów oraz w związku z leczeniem dermatologicznym.
Do ich stałego stosowania przekonałam się stosunkowo niedawno, przy czym nie nakładam ich w dni, gdy pracuję w domu i nie mam w planach żadnych dłuższych spacerów, czy aktywności fizycznej na zewnątrz. Choć mając na uwadze pewne dodatkowe przesłanki, nie wykluczam, że kiedyś zmienię zdanie ;))

Póki co, z większymi, niż dotąd zainteresowaniem i chęcią, szukam filtrowych rozwiązań, które przykują moją uwagę i sprawdzą się w mojej pielęgnacji.
Jednym z produktów, którym zaufałam, jest nowoczesna formuła Survival marki NIOD. Dla siebie wybrałam tę z ochroną SPF30 (PA+++).

Marka NIOD znana jest z technologicznego podejścia do sprawy. Stawiają tam na nowatorstwo i skuteczność. Widać to w produktach, których zamienników próżno szukać pośród ofert innych firm. Z linią Survival nie jest inaczej. Oprócz ochrony przeciwsłonecznej otrzymujemy szerokie spektrum technologii i składników wspomagających skórę w walce z zanieczyszczeniami środowiska, smogiem, czy światłem niebieskim (emitowanym przez ekrany komputerów, czy telefony).

Mamy tutaj luteinę, której zadaniem jest przeciwdziałanie niekorzystnym skutkom wystawiania się na działanie światła niebieskiego oraz poprawa elastyczności skóry. Coraz bardziej rozpowszechnianą w kosmetyce dysmutazę ponadtlenkową - potężny antyoksydant wymiatający wolne rodniki, zatem i działający przeciwstarzeniowo, mówiąc w skrócie. Podejrzanie brzmiący dimethylmethoxy chromanol - stosunkowo nową technologię, będącą ponoć o wiele bardziej skuteczną w walce z wolnymi rodnikami powstałymi na skutek działania promieniowania słonecznego, niż znane już połączenie resweratrolu i kwasu ferulowego. Idąc dalej, w składzie znajdziemy frakcjonowaną postać melaniny dostosowaną specjalnie do pochłaniania światła o długości fal 400-500 nm, czyli wspomnianego wyżej światła niebieskiego.  Oprócz tego... Pycnogenol (przeciwutleniacz pełniący funkcje ochronne, minimalizujące i odwracające efekty fotouszkodzeń; podobnie działa zawarty w Survival ekstrakt z rdestu), kompleks karoteinoidów pomidora (zmniejsza pojawiające się w związku z ekspozycją na słońce zaczerwienienie skóry), glony głębinowe (tworzą tarczę ochronną przeciwko smogowi i innym miejskim zanieczyszczeniom), śródziemnomorskie algi brązowe (wspierają biodostępność wapnia, mającego wpływ m.in. na sprawność regeneracji skóry). Oprócz powyższych NIOD zawarł w tej formule także prebiotyki, a główną ochronę przecisłoneczną powierzył filtrom fizycznym (tlenek cynku i dwutlenek tytanu, bez udziału nanocząsteczek). W składzie znajdziemy też niekomedogenne silikony, które zauważalnie wpływają na konsystencję produktu.

A czego można się po nim spodziewać w praktyce, poza opisaną wyżej pracą poszczególnych składników? Tak, jak wspomniałam, już pierwszy kontakt obnaża obecność silikonów. Unikam ich w swojej pielęgnacji, choć w przypadku Survival jestem gotowa na odstępstwo, bo filtr spisuje się świetnie. To jeden z najlepszych tego rodzaju kosmetyków, z jakimi miałam do czynienia (drugim takim jest filtr naszej polskiej marki Clochee - Matujący krem SPF50 :)). 
Do jednorazowej aplikacji stosuję zawartość jednej pipetki (w tym momencie producent zmienił formę dozowania na pompkę - udany pomysł!). Preparat rozprowadza się gładko i stosunkowo szybko wchłania do sucha. Wygląda na barwiony, lecz nie jest to kosmetyk dający jakiekolwiek krycie. Cieliste zabarwienie kremu wynika z zawartości niektórych z wymienionych wyżej składników. Nie zmienia to faktu, że po aplikacji skóra zyskuje piękny, naturalny glow, a silikony wizualnie ją wygładzają. Survival jest bardzo lekki, zupełnie niewyczuwalny. Całość stanowi świetną bazę pod makijaż (lub jego brak!). Bo filtr świetnie z nim współpracuje. Nie powoduje zwiększania produkcji sebum, nie przyczynia się do powstawania niedoskonałości, a skóra po całym dniu nie jest tak zmęczona, jak bez niego (Clochee daje mi podobne spostrzeżenie). Wygląda lepiej i zdrowiej. 

Ja jestem przekonana i z pewnością będę do niego regularnie wracać. Na chwilę obecną nie jest dostępny w Polsce, lecz bez problemu da się go zamówić np. na oficjalnej stronie producenta NIOD. Ze swej strony polecam bardzo! Zwłaszcza tym z Was, czującym zmęczenie poszukiwaniem dobrych, komfortowych w codziennym użyciu filtrów.

(30ml/28EUR)

A jak jest z Wami? Filtry na tak, czy na nie?

Pozdrawiam Was,
Magda

4 komentarze:

  1. Świetne zdjęcia i recenzja na blogu :)!

    OdpowiedzUsuń
  2. W zasadzie to filtry wprowadziłam do pielęgnacji jak zaczęłam stosować produkty z kwasami. Nie to, że nie chciałam wcześniej ich używać, po prostu jeszcze kilka lat temu filtry to były tluste Mazie, na które moja cera reagowała histerycznie. Dopiero jakiś czas temu to się zaczęło zmieniać i dzisiaj można dostać lekkie produkty.
    Filtr NIOD to jeden z najlepszych jakie miałam. Kupię na nadchodzący sezon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, miałam ten sam dylemat. Właściwie chyba tylko dwa filtry sprawdziły się u mnie jako-tako. Pierwszym z nich był Anthelios XL z LRP, drugim krem z SPF30 z linii Super Aqua Guerlain. Ten z Guerlain nie był niczym lekkim, ale dobrze nawilżał, więc spełniał w mojej pielęgnacji dwojaką rolę. Niemniej, masz rację, obecna generacja ochrony przeciwsłonecznej to na szczęście wyższy poziom. NIOD jest idealnym tego przykładem. Dopiero teraz, po tylu latach udręki, mam tak naprawdę ochotę sięgać po filtr.
      Ja mam jeszcze w zapasie nowiusieńkie opakowanie Clochee, potem wrócę do NIOD, albo sięgnę po Kypris :)

      Usuń

Copyright © 2016 M E G D I L B L O G , Blogger