środa, 28 marca 2018

NIOD, Survival 30

NIOD, Survival 30

Z ręką na sercu przyznaję, że moja pielęgnacja nigdy nie uwzględniała dobrowolnego sięgania po filtry przeciwsłoneczne. Nie chodziło nawet o mój sceptycyzm co do zasadności ich stosowania, ale o kolejną, często niekomfortową, ciężką warstwę, która była ostatnią rzeczą, o jakiej zamarzyć mogłaby moja tłusta, trądzikowa cera. Nie, nie, nie. Wyjątki robiłam właściwie tylko podczas intensywnego, gabinetowego złuszczania skóry wysokimi stężeniami kwasów oraz w związku z leczeniem dermatologicznym.
Do ich stałego stosowania przekonałam się stosunkowo niedawno, przy czym nie nakładam ich w dni, gdy pracuję w domu i nie mam w planach żadnych dłuższych spacerów, czy aktywności fizycznej na zewnątrz. Choć mając na uwadze pewne dodatkowe przesłanki, nie wykluczam, że kiedyś zmienię zdanie ;))

Póki co, z większymi, niż dotąd zainteresowaniem i chęcią, szukam filtrowych rozwiązań, które przykują moją uwagę i sprawdzą się w mojej pielęgnacji.
Jednym z produktów, którym zaufałam, jest nowoczesna formuła Survival marki NIOD. Dla siebie wybrałam tę z ochroną SPF30 (PA+++).

Marka NIOD znana jest z technologicznego podejścia do sprawy. Stawiają tam na nowatorstwo i skuteczność. Widać to w produktach, których zamienników próżno szukać pośród ofert innych firm. Z linią Survival nie jest inaczej. Oprócz ochrony przeciwsłonecznej otrzymujemy szerokie spektrum technologii i składników wspomagających skórę w walce z zanieczyszczeniami środowiska, smogiem, czy światłem niebieskim (emitowanym przez ekrany komputerów, czy telefony).

Mamy tutaj luteinę, której zadaniem jest przeciwdziałanie niekorzystnym skutkom wystawiania się na działanie światła niebieskiego oraz poprawa elastyczności skóry. Coraz bardziej rozpowszechnianą w kosmetyce dysmutazę ponadtlenkową - potężny antyoksydant wymiatający wolne rodniki, zatem i działający przeciwstarzeniowo, mówiąc w skrócie. Podejrzanie brzmiący dimethylmethoxy chromanol - stosunkowo nową technologię, będącą ponoć o wiele bardziej skuteczną w walce z wolnymi rodnikami powstałymi na skutek działania promieniowania słonecznego, niż znane już połączenie resweratrolu i kwasu ferulowego. Idąc dalej, w składzie znajdziemy frakcjonowaną postać melaniny dostosowaną specjalnie do pochłaniania światła o długości fal 400-500 nm, czyli wspomnianego wyżej światła niebieskiego.  Oprócz tego... Pycnogenol (przeciwutleniacz pełniący funkcje ochronne, minimalizujące i odwracające efekty fotouszkodzeń; podobnie działa zawarty w Survival ekstrakt z rdestu), kompleks karoteinoidów pomidora (zmniejsza pojawiające się w związku z ekspozycją na słońce zaczerwienienie skóry), glony głębinowe (tworzą tarczę ochronną przeciwko smogowi i innym miejskim zanieczyszczeniom), śródziemnomorskie algi brązowe (wspierają biodostępność wapnia, mającego wpływ m.in. na sprawność regeneracji skóry). Oprócz powyższych NIOD zawarł w tej formule także prebiotyki, a główną ochronę przecisłoneczną powierzył filtrom fizycznym (tlenek cynku i dwutlenek tytanu, bez udziału nanocząsteczek). W składzie znajdziemy też niekomedogenne silikony, które zauważalnie wpływają na konsystencję produktu.

A czego można się po nim spodziewać w praktyce, poza opisaną wyżej pracą poszczególnych składników? Tak, jak wspomniałam, już pierwszy kontakt obnaża obecność silikonów. Unikam ich w swojej pielęgnacji, choć w przypadku Survival jestem gotowa na odstępstwo, bo filtr spisuje się świetnie. To jeden z najlepszych tego rodzaju kosmetyków, z jakimi miałam do czynienia (drugim takim jest filtr naszej polskiej marki Clochee - Matujący krem SPF50 :)). 
Do jednorazowej aplikacji stosuję zawartość jednej pipetki (w tym momencie producent zmienił formę dozowania na pompkę - udany pomysł!). Preparat rozprowadza się gładko i stosunkowo szybko wchłania do sucha. Wygląda na barwiony, lecz nie jest to kosmetyk dający jakiekolwiek krycie. Cieliste zabarwienie kremu wynika z zawartości niektórych z wymienionych wyżej składników. Nie zmienia to faktu, że po aplikacji skóra zyskuje piękny, naturalny glow, a silikony wizualnie ją wygładzają. Survival jest bardzo lekki, zupełnie niewyczuwalny. Całość stanowi świetną bazę pod makijaż (lub jego brak!). Bo filtr świetnie z nim współpracuje. Nie powoduje zwiększania produkcji sebum, nie przyczynia się do powstawania niedoskonałości, a skóra po całym dniu nie jest tak zmęczona, jak bez niego (Clochee daje mi podobne spostrzeżenie). Wygląda lepiej i zdrowiej. 

Ja jestem przekonana i z pewnością będę do niego regularnie wracać. Na chwilę obecną nie jest dostępny w Polsce, lecz bez problemu da się go zamówić np. na oficjalnej stronie producenta NIOD. Ze swej strony polecam bardzo! Zwłaszcza tym z Was, czującym zmęczenie poszukiwaniem dobrych, komfortowych w codziennym użyciu filtrów.

(30ml/28EUR)

A jak jest z Wami? Filtry na tak, czy na nie?

Pozdrawiam Was,
Magda

niedziela, 25 marca 2018

The Ordinary - tak czy nie?

The Ordinary - tak czy nie?

Pielęgnacja skóry od zewnątrz może przyjmować różne oblicza. Bywa minimalistyczna, bardzo rozbudowana, oscyluje gdzieś pośrodku, albo w zależności od potrzeb, odpowiada na nie w rzeczywistym czasie tym, co jest akurat potrzebne. Może być naturalna, "tradycyjna", lub taka, która stawia sobie za cel efektywność, bez ściśle określonych ram składowych. Są nawet przekonania, w których brak pielęgnacji uznawany jest za jej najlepszą formę. 

Gdzie jesteście Wy?
Ja oczekuję przede wszystkim skuteczności. To dlatego chętnie sprawdzam różne możliwe ścieżki, dostosowując je w trakcie do swoich wymagań. Długo i wytrwale stawiałam na minimalizm pielęgnacyjny. Oczyszczanie, tonizacja i olejek, do tego złuszczanie i regularne maseczkowanie. Lubiłam ten mój prosty schemat i dotąd uważam, że takie podejście niesie za sobą mnóstwo pozytywnych aspektów. Jednym z nich jest wierniejsze oddanie rzeczywistych potrzeb skóry i lepsze zrozumienie jej działania, reakcji na bodźce pochodzące z zewnątrz i wewnątrz. Łatwiej skupić się w takim planie na konkretnych składnikach - służą nam, nie służą, czy pozostają obojętne? Bo właśnie... składy, to druga zasada, którą kieruję się od lat. Najbliższe mojemu sercu są te naturalne. Tak było i tak pozostanie. Wierzę w moc roślin, zresztą, nie tylko na słowo, bo niejednokrotnie miałam okazję przekonać się, jak dużo można z nich wycisnąć. Uwielbiam świeże kosmetyki, bez konserwantów z samym dobrem zamkniętym w zazwyczaj bogatej recepturze. Ale doceniam też technologię, lubię z niej czerpać, zwłaszcza, gdy widzę, że bardziej warto, niż nie ;) 
I mniej więcej tą ścieżką dotarłam do momentu, w którym uznałam, że chcę spróbować czegoś więcej. Coś dodać, coś poznać, do czegoś się przekonać. Nie przeczytacie tu o pielęgnacji złożonej z dwudziestu kroków, bo taka nie jest mi potrzebna, właściwie, myślę, że przy cerze tłustej, skłonnej do trądziku, przesadne ilości nigdy nie pójdą w parze. Ale dodanie kilku składników o ukierunkowanym działaniu zdecydowanie może pomóc każdej skórze.

Produkty zaprojektowane tak, by działać konkretnie i przejrzyście znajdziemy w linii kosmetyków marki The Ordinary. Podsumowując temat lakonicznie - ma być prosto i skutecznie. Mnie ten format przekonuje i choć nie wszystkie propozycje mogą poszczycić się idealnym składem, wybrałam dla siebie dziewięć formuł, które oddają trzy pielęgnacyjne nurty: przeciwtrądzikowy, przeciwstarzeniowy i ten skupiający się na nawilżeniu.

Pokrótce, z mojej perspektywy, przedstawię Wam każdy z nich:

Niacinamide 10% + Zinc 1%. To najpewniej jedna z bardziej rozpowszechnionych formuł The Ordinary. Nadzieję pokładają w niej głównie cery trądzikowe, lecz ze względu na wysokie stężenie niacynamidu, serum ma prawo zadziałać także przeciwstarzeniowo i rozjaśniająco na powstałe już przebarwienia. Jego głównym celem jest pomoc w uregulowaniu produkcji sebum i zmniejszeniu widoczności porów, co rzeczywiście w moim przypadku robi. Działa przeciwzapalnie, jest lekkie i nieproblematyczne w schemacie opartym o layering. Wchłania się szybko, pozwalając tym samym na natychmiastową aplikację kolejnych produktów. W mojej pielęgnacji serum odnajdowało się różnorako - dwa razy dziennie, raz dziennie, co jakiś czas. Najlepsze rezultaty przyniosło mi stosowane podczas porannej i wieczornej toalety, choć na dłuższą metę taka częstotliwość może przyczynić się do odczuwalnej nadreaktywności skóry. W takich przypadkach należy stosować je rzadziej. Bazując na zróżnicowanych opiniach, myślę, że nie jest to pewniak, który sprawi, że cera stanie się bilboardowym ideałem, lecz szanse na polepszenie jej stanu mają rację bytu i dlatego uważam, że warto spróbować. (30ml/5,90EUR)

Salicylic Acid 2% Solution. Lekkie serum o wielu możliwych zastosowaniach. Na całą twarz, punktowo, jako dodatek do maseczek... Działanie uważam za niepodważalne :) Gorąco polecam każdemu, kto boryka się z niechcianymi wypryskami. Serum widocznie przyspiesza ich gojenie, nie podrażnia skóry, nie wysusza, zmniejsza ilość wydzielanego sebum, a przy tym wszystkim także wygładza. (30ml/5,30EUR)

AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution. To kolejna formuła zdecydowanie godna uwagi. Należy jednak pamiętać, że przesadne z niej korzystanie może przynieść więcej szkody, niż pożytku. To złuszczająca kuracja kwasowa, która oczyszcza pory, wyraźnie wygładza skórę, przyspiesza gojenie zmian trądzikowych, rozświetla i nie powoduje przesuszania skóry. Nie złuszcza jej tak, jak silniejsze preparaty stosowane w gabinetach, lecz z pewnością uwrażliwia ją na działanie promieni słonecznych, więc jeśli nie stosujecie na co dzień filtrów, niezbędne jest ich włączenie. Tak, jak wspomniałam, nie należy przesadzać z częstotliwością zastosowań i pomimo sugestii producenta o używaniu tego produktu 1-2 razy w tygodniu, moim zdaniem ograniczenie go do 2 razy w miesiącu w większości będzie optymalnym rozwiązaniem. (30ml/7,20EUR)

Ascorbyl Glucoside Solution 12%. Jeśli szukacie skutecznego serum ze stabilną formą (/pochodną) witaminy C, polecam Wam właśnie to. Produkt jest mocno skoncentrowany i naprawdę działa jak należy. Ponownie - serum jest lekkie, szybko się wchłania, nie powoduje nadmiernego wydzielania sebum i przepięknie rozświetla cerę. Uwielbiam ten efekt! Regularnie stosowane zauważalnie walczy z przebarwieniami i świetnie nadaje się do tworzenia mikroemulsji, a więc mieszanin olejek-serum wodne, dzięki czemu każda olejkowa formuła wchłania się i działa nieporównywalnie lepiej. (30ml/12,90EUR)

Resveratrol 3% + Ferulic Acid 3%. To zespół dwóch niezwykle silnych antyoksydantów o bodaj największych stężeniach dostępnych na rynku kosmetycznym. Skład jest tutaj bardzo prosty, konsystencja oleista, nie wchłania się szybko i wiem, że nie trafi w każde preferencje. Niemniej, uważam, że warto! Zwłaszcza pod kątem pielęgnacji ukierunkowanej ściśle antystarzeniowo. Ja używam tego produktu zawsze w pielęgnacji wieczornej, wzbogacając nim inne serum olejkowe, krem lub maskę nocną. Właściwości, jakimi odznaczają się obydwa składniki aktywne tej formuły są zaprawdę imponujące i z pewnością zasługują na odrębną uwagę. To, czego można się po nich spodziewać, to m.in. działanie przeciwzapalne, redukujące przebarwienia i zapobiegające ich powstawaniu. Bardzo lubię i bardzo polecam. (30ml/7,20EUR)

Alpha Lipoic Acid 5%. Kolejny antyoksydant i kolejne wysokie stężenie. Ponownie mamy tutaj bardzo prosty skład i specyficzną, oleistą konsystencję. Ze względu na wspomniane stężenie (znów - najwyższe na rynku), preparat ten należy stosować w ściśle określonym schemacie, mianowicie tylko na noc, nie częściej, niż 2-3 razy w tygodniu, w ilości nieprzekraczającej 2-3 kropli. Zaręczam, że tyle w zupełności wystarczy! To jeden z moich faworytów, który przynosi efekty już po pierwszym zastosowaniu. Przepiękne rozświetlenie skóry, napięcie i wygładzenie. Jego właściwości antyoksydacyjne są nieporównywalnie większe od tych oferowanych przez witaminę C. Filtr w pielęgnacji codziennej wskazany. Polecam! (30ml/6,80EUR)

Retinol 0,5% in Squalane. Moje doświadczenie z retinolem nie obfituje w mnogość rozmaitych prób, dlatego do tej formuły podchodziłam długo i z dystansem. Skład jest prosty i całkiem przyjemny. Co istotne, bazę tej formuły stanowi skwalan, organiczny związek chemiczny będący składnikiem ludzkiego sebum. Z całą pewnością serum to wyrównuje koloryt skóry, napina ją, przyspiesza gojenie niedoskonałości i co niezmiernie dla mnie istotne - wyraźnie oczyszcza pory. Mojej cery nie podrażnia, choć stosowany dzień po dniu przez dłuższy czas bez wątpienia ją uwrażliwia. Częstotliwość stosowania z powodzeniem można dostosować ściśle pod swoje potrzeby. Uważam, że warto się nim zainteresować. (30ml/5,80EUR)

Buffet. To jedna z moich ulubionych formuł. Skład wypełniony jest po brzegi substancjami aktywnymi, kompleksami peptydów i probiotykami, które łącznie działać mają przeciwzmarszczkowo, wypełniająco, przeciwzapalnie, a przez dodatek kwasu hialuronowego także nawilżająco. Tak naprawdę nie mogę odmówić mu niczego - daje zapowiadane nawilżenie, stosowany regularnie ujędrnia skórę i wpływa na przyspieszenie procesu jej regeneracji. Obecnie mam w użyciu drugą buteleczkę i czekam, aż firma Deciem uraczy nas ulepszoną o peptydy miedziowe formułą, zapowiadaną już jakiś czas temu. (30ml/14,80EUR)

Marine Hyaluronics. To zdecydowanie najlżejsze serum, jakiego kiedykolwiek używałam. W konsystencji przypomina wodę, wchłania się w tempie ekspresowym i rzeczywiście pozytywnie wpływa na stopień nawilżenia skóry. Nie wiem, czy cery suche będą nim uraczone, lecz w pielęgnacji tłustych lub mieszanych powinno sprawdzić się bez zarzutu. Z całą pewnością warto rozważyć je pod kątem pielęgnacji na cieplejsze okresy. Skład jest ciekawy, lecz nie idealny - jeśli Wam odpowiada i szukacie czegoś, co zastąpi cięższy kwas hialuronowy, The Ordinary daje propozycję :) (30ml/6,80EUR).


Produktów jest sporo i zdecydowanie nie namawiam do kompletowania wszystkiego. Pomimo tego, że sama czerpię przyjemność z użytkowania każdej formuły, nie uważam, by cały ten zestaw był mi potrzebny w obrębie jednego planu pielęgnacyjnego. Tak czy inaczej, podsumowując, moim zdaniem warto dać szansę The Ordinary. Jak widzicie, są formuły, które wywarły na mnie większe wrażenie, są i takie, które są po prostu przyjemne. Oferta marki jest bogata i cały czas się rozbudowuje, łatwo się w tym pogubić. Zachęcam do przemyślanych zakupów po uprzednio udzielonej odpowiedzi na pytanie: "Czego potrzebuje Twoja skóra?". 


Swoją drogą, jak uważacie? Kiedy dużo, to już za dużo, mało to wciąż za mało, mniej znaczy więcej, a więcej mniej? 

Pozdrawiam Was ciepło,
Magda

czwartek, 22 marca 2018

NIOD, Sanskrit Saponins

NIOD, Sanskrit Saponins



Dla tych, którzy pierwsze słyszą...
O Deciem mówi się już chyba wszędzie. Pozytywnie, czasem kontrowersyjnie, są wśród odbiorców i tacy, którzy z pasją wytykają im każde potknięcie. Ich historia jest interesująca, inspirująca i pod pewnymi kryteriami także pionierska. Deciem to firma kanadyjska, działająca globalnie, do której na porządku dziennym wysyłane są prośby o otwarcie sklepów w różnych zakątkach świata. Deciem to firma kreatywna, zmieniająca pozycję widzenia rynku kosmetycznego, choć myślę, że można dostrzec w niej coś więcej. Pod jej skrzydłami urodzajnie wyrastają kolejne produkty, a nawet całe marki - jak na przykład Hyalamide, szeroko znane The Ordinary, czy NIOD - ich najbardziej luksusowa linia przeznaczona do pielęgnacji twarzy. 

Gdy w minionym roku wybuchł wulkan ekscytacji dotyczącej jednej z marek Deciem, The Ordinary, podeszłam do sprawy sceptycznie. Moje pielęgnacyjne schematy wyglądały wówczas zupełnie inaczej, daleko mi było do rozbudowanych rytuałów, nie szukałam też niczego, czym mogłabym je konkretnie wzbogacić. Krótko mówiąc, poszłam dalej swoją drogą, nie podzielając powszechnego zainteresowania... by któregoś razu wreszcie zmienić kierunek.
Tą krętą ścieżką dotarłam do oferty NIOD, która zwróciła moją uwagę niestereotypowym połączeniem technologii, składników i ich wspólnego działania. Nie są to naturalne produkty, jakich od lat używam, co należy z góry nadmienić. Znajdziemy w ofercie pojedyncze preparaty oparte na silikonach, z konserwantami, ale każdy jeden zawiera w sobie szereg składników aktywnych i to na nich rzeczywiście bazują obietnice efektywności. W niektóre szczerze wierzę, stąd dzisiejszy wpis :)

Sanskrit Saponis jako jeden z pierwszych zwrócił moją uwagę. To nic innego, jak balsam oczyszczający oparty na działaniu roślinnych saponin, którego komponowaniu przyświecała ajurwedyjska myśl. Interesujecie się ajurwedą? Dzisiejszy zachodni świat coraz więcej czerpie z tego bogatego, wschodniego systemu medycyny i holistycznej wiedzy o życiu zachowanym w harmonii. Jeśli mogę sięgnąć po coś, czemu przyświeca ta idea, to z wielką przyjemnością tak robię. Saponiny to kompatybilne z ludzką skórą biosurfaktanty, a więc substancje stanowiące biodegradowalną  i naturalną alternatywę dla syntetycznych detergentów, m.in. owianych złą sławą SLSów. Oprócz tego, że świetnie oczyszczają skórę, wykazują też właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne czy przeciwgrzybicze. W składzie balsamu NIOD znajdziemy saponiny indyjskich roślin Acacia Concinna (puder shikakai) i Sapindus Mukorossi - pierwsza znana ze wschodnich rytuałów pielęgnacji włosów, druga kojarzona szerzej z orzechami piorącymi. Brzmi brutalnie, ale zaręczam, warto!

Jak już wspomniałam, SS to balsam oczyszczający. Nie mylcie go jednak z popularnymi obecnie balsamami przeznaczonymi do demakijażu. Sanskrit Saponins to preparat do stosowania na skórę pozbawioną kosmetyków kolorowych, w szczególności tych wokół oczu, które należy podczas mycia omijać. Tzw. second cleanse.

Częstotliwość użytkowania może okazać się kluczem do zadowolenia z tego produktu. W przypadku cer takich, jak moja - tłustych, ze skłonnością do trądziku, z powodzeniem preparat ten odnajdzie swoje miejsce w pielęgnacji porannej i wieczornej. Producent twierdzi, że z jego właściwości skorzystać może każda skóra, ja wzięłabym to jednak pod rozwagę, gdyż okazuje się, że u tych domagających się szczególnego nawilżenia, może nie zdać egzaminu w porządku codziennym (zapytajcie Dagę). 
Dla mnie jest idealny. Rano i wieczorem. Każdego dnia. Bez przerwy. Jest delikatny. Jest skuteczny. Oczyszcza doskonale, nie fundując mi przy tym nieprzyjemnego ściągnięcia, napięcia, czy wysuszenia. Po chwilowym masażu zwilżonej uprzednio twarzy, zmywam go dokładnie letnią wodą, uważając, by produkt nie dostał się do oczu. Jedyną rzeczą, która może być sporna, jest bardzo specyficzny zapach. Dla jednych pobudzający kubki smakowe, dla innych nie do przejścia. Ja po kilku użyciach zdołałam się przyzwyczaić, zwłaszcza, że efekt ostateczny mnie oczarował, ostrzegam jednak, nie nastawiajcie się na aromaterapię :) Sanskrit Saponins pozostawia moją skórę miękką, wygładzoną, o świeższym kolorycie, idealnie oczyszczoną. Jeśli więc jesteście poszukiwaczami skutecznych rozwiązań, zwróćcie się ku ofercie NIOD. SS polecam Waszej uwadze szczególnie, jeśli dokładne oczyszczanie skóry jest Waszym priorytetem.

Sanskrit Saponins skradł moje serce na tyle, by w kolejnym już opakowaniu trwać na czarną godzinę :) Dajcie znać, jaki jest Wasz aktualnie ulubiony kosmetyk do mycia twarzy!


Pozdrawiam Was ciepło,
Magda 

wtorek, 20 marca 2018

Alkemie, Better Than Botox

Alkemie, Better Than Botox


Jeśli czytacie tego bloga dłużej, wiecie, że kosmetyki naturalne od kilku już lat stanowią fundament stosowanej przeze mnie pielęgnacji. Odkąd zaznałam ich zbawiennego wpływu na moją problematyczną skórę, to właśnie po nie sięgam najchętniej. Należy tu jednak pamiętać o trywialnym w swej istocie wniosku, który wciąż tak często pozostaje ignorowany - jeden naturalny kosmetyk nie równa się drugiemu. Składnik o tej samej nazwie może mieć różne oblicza. Inne działanie. Lub jego brak. Dwa preparaty o tym samym składzie mogą charakteryzować inne właściwości. Na uzyskane efekty wpływ ma nie tylko lista użytych w konkretnej kolejności elementów, ale także ich jakość - sposób i region ich hodowania, pozyskiwania, przetwarzania, skład chemiczny, stężenia, czy następne łączenie ich w jedną formułę, zastosowane w tym technologie, a przy bardziej wrażliwych na środowisko zewnętrzne substancjach, nawet opakowanie nie pozostaje bez znaczenia. 

Piszę o tym nie bez powodu. To zagadnienie, które nasuwa mi się na myśl, gdy poznaję marki takie, jak Alkemie. Tu nie chodzi już tylko o to, by lista składników zachęcała zielonością, a zapach nie gryzł w co wrażliwsze nosy. To ewidentne pójście naprzód, ciągłe ulepszanie, poszukiwanie nowych rozwiązań, zwiększanie efektywności. Wciąż jest w tym pewna obietnica, wciąż należy pamiętać, że nie ma rzeczy idealnej dla każdego. Wciąż musimy szukać i próbować tego, co sprosta naszym indywidualnym wymaganiom i konkretnym potrzebom. Ale są w tym coraz większe szanse na pokrycie otrzymanej przed zakupem deklaracji co do realnego działania.

Wracając do Alkemie. Oferta marki jest atrakcyjna i z tego, co donoszą jej użytkowniczki, przynosząca oczekiwane, a czasem i zaskakujące rezultaty. Mamy tutaj przyjazne skórze konsystencje, ładne opakowania, przyjemne zapachy, no i przykuwające wzrok receptury. W dodatku marka jest polska, co dla mnie stanowi odrębną wartość dodaną tej transakcji. A kupiłam kilka różnych produktów, które sukcesywnie wprowadzam do codziennego użytku i z których... jestem po prostu zadowolona. To tyle z recenzenckiej dramaturgii ;)) 

Bo dzisiaj o kremie pod oczy, którego nazwa brzmi dość szumnie. Better than botox. Skąd pomysł? Jednym z filarów tej receptury jest kompleks Beautifeye, zgłoszony bodaj przez francuską markę Sesderma w 2013 roku, któremu przypisuje się szerokie działanie upiększająco-odmładzające. Kremy z jego zawartością mają odmładzać - podnosić górne powieki, zmniejszać zmarszczki wokół oczu, obrzęki i cienie. Na tym nie koniec, bo skład obfituje także w kofeinę, organiczną wodę z bławatka, uelastyczniający olej tsubaki oraz kolejny kompleks - Luminescine, chroniący skórę przed szkodliwym promieniowaniem UV.

Cóż, nie będzie krzty przesady w uznaniu jego działania za skuteczne. Nie jestem w stanie potwierdzić każdego z wypunktowanych wyżej słów, bo, mówiąc wprost, moje powieki trwają na swoim miejscu, a cienie pod oczami skorelowane są z czynnikami innymi, niż kosmetyczne, lecz krem z całą pewnością zapewnia mi komfort zadbanej skóry. Nawilża w punkt, konsystencja jest odpowiednia na każdą porę dnia, szybko się wchłania, pozostawiając w efekcie miękkość i odżywienie. Otrzymuję w tej buteleczce zatem to, czego oczekuję od podstawowego kremu nawilżającego i... trochę więcej, bo to kosmetyk, który rzeczywiście delikatnie spłycił zmarszczki wokół moich oczu. Nie jest to efekt spektakularny, nie wiem, czy takiego można się odeń spodziewać, lecz to, co widzę mnie się podoba, dlatego spieszę z poleceniem, a Wam, Alkemie, dzięki!


Na koniec jeszcze mała dygresja o sensowności stosowania specyfików przeznaczonych na konkretne partie twarzy. Używacie kremów pod oczy, czy może uznajecie to za zbędne starania? Coraz więcej słyszę o zaniechaniu tego etapu na rzecz jednolitej pielęgnacji z użyciem standardowych kremów. Marketing, czy rzeczywista potrzeba? Co sądzicie?

(15ml/129zł)


Pozdrawiam Was ciepło,
Magda

sobota, 3 marca 2018

Resibo, Multifunkcyjny peeling do twarzy

Resibo, Multifunkcyjny peeling do twarzy


20 października 2014 roku. Tego dnia opublikowałam ostatni wpis traktujący o jednym z moich ulubionych etapów pielęgnacji (ok, spójrzmy prawdzie w oczy, każdy etap jest moim ulubionym ;)) - doraźnym złuszczaniu skóry za pomocą gotowych peelingów. Cóż, nie muszę chyba nikogo przekonywać, że wiele drobinek przez ten czas podrapało moje palce, nieprzebrane mililitry enzymów złuszczyły moją skórę i bliżej nieokreślone stężenie kwasów rozprawiło się z przebarwieniami? To dobrze, bo sama tego nie zliczę! 

Jedno się przez ten czas nie zmieniło - do wszelkich złuszczających preparatów lgnę jak pszczoła do miodu albo buldożek francuski do cudzego jedzenia ;))
Tak też było w przypadku długo zapowiadanego peelingu Resibo. Myślę, że marki nie trzeba bliżej przedstawiać? Ich produkty od wielu już lat cieszą się niesłabnącą popularnością. Wypróbowałam niemal wszystkie ich formuły i w zdecydowanej większości podzielam pozytywne opinie (jak na przykład tutaj).
Ale do rzeczy, Magda, do rzeczy!

Peeling Resibo ma być multifunkcyjny, sposób użycia możemy zatem dostosować do aktualnych potrzeb naszej skóry i wybrać pomiędzy mechanicznym a enzymatycznym jej złuszczaniem. Ja lubię łączyć obydwie te metody i tak po uprzednio wykonanym masażu, pozostawiam kosmetyk na twarzy, by przez najbliższy kwadrans enzymy papai mogły dołożyć cegiełkę i dokończyć rozpoczętą przeze mnie pracę. Po piętnastu (czasami zajmuje mi to odrobinę dłużej) minutach zmywam peeling przy użyciu ciepłej wody, a moim oczom ukazuje się... ładniejsza skóra. Po prostu! Resibo zadbało tutaj o każdy szczegół, bo u celu nie leży tylko skuteczne złuszczenie, ale i odżywienie, odczuwalne nawilżenie, wygładzenie, wyrównanie kolorytu, delikatne oczyszczenie i cudowna miękkość skóry. Składniki zawarte w peelingu mają też działać antyoksydacyjnie, łagodząco i przyspieszająco na proces naturalnej odnowy naskórka (ciekawy składnik: PerfectionPeptide P3).

Tym, co chciałabym jeszcze dodać, jest zalecenie delikatności w posługiwaniu się tą multizadaniową formułą. Zawarte w niej drobinki, choć niepozornie drobne, mają moc i przy nazbyt entuzjastycznych ruchach, mogą okazać się zbyt inwazyjne dla osób o bardzo wrażliwych cerach. Następstwem tego będzie zaczerwienienie i możliwy chwilowy dyskomfort. Ostrożność i subtelność ruchów wskazana! :)

Na koniec wspomnę tylko, że peeling jest bardzo wydajny, a za 75 ml płacimy w regularnej cenie 79 zł (dla zainteresowanych, pełna lista składników na stronie Resibo klik).

Znacie peeling Resibo? Czy może macie innych ulubieńców w tej kategorii? Dajcie znać :)

Pozdrawiam ciepło!
Magda
Copyright © 2016 M E G D I L B L O G , Blogger