piątek, 24 lutego 2017

Antipodes, Juliet Skin-Brightening Gel Cleanser

Bzik na punkcie oczyszczania cery został mi jeszcze z czasów, gdy jej stan wołał o pomstę do nieba. Usta głoszące (coraz mniej już powszechne!) teorie, że przywiązywanie wagi do jakości produktów myjących jest dla wrażliwców nieznających prawdziwych życiowych problemów, miałam ochotę zamknąć, choćby oczyma wyobraźni ;))) 

Niestety dobry skład na etykiecie nie zawsze będzie tożsamy z dobrym działaniem. I tak, spośród całej gamy czyścideł, które przez ostatnie lata trafiły do mojej łazienki, zaledwie mała ich garstka sprawiła jakąkolwiek różnicę w stanie, czy nawet odbiorze skóry. Ale to... o Juliet! Did my heart love till now? Forswear it, sight! For I ne`er saw true beauty till this night. Chciałoby się rzec. 




Uwielbiam Antipodes i doprawdy trudno mi podać jeden tego uwielbienia powód - wiecie... komfortowe formuły, pachnące kompozycje, świetne składniki, rewelacyjne działanie i ta Nowa Zelandia w tle! Wszystko się zgadza, włącznie z moim zadowoleniem.

Przechodząc jednak do rzeczy ;))) Juliet to rozświetlający żel myjący, który producent sugeruje włączyć do pielęgnacji większości typów cer, zwłaszcza tłustych. Skomponowanie takiego kosmetyku, wbrew pozorom, nie należy do najprostszych zadań. Rynek przesycony jest produktami, które w ostatecznym rozrachunku przynoszą jedynie rozczarowanie. Bo albo przesuszają i tak już uwrażliwioną skórę, albo nie oczyszczają jej dostatecznie, albo powodują podrażnienia, których okiełznanie kończy się na dermatologicznej kozetce. Z tego więc miejsca mogę Wam już śmiało powiedzieć, że Juliet okrasiłam mianem... geniusza! Żelu używam dwa razy dziennie, gdyż jest na tyle uniwersalnym, by doskonale sprawdzić się w potrzebie delikatnego i konkretnego oczyszczenia. Na zwilżoną skórę, okrężnymi ruchami, wmasowuję wszystkie dobroci, które zawarte zostały w tej niepozornej, pachnącej kardamonowym jabłkiem formule. Ważnym jest, by umożliwić poszczególnym składnikom realizację powierzonych im zadań (delikatnie złuszczający ekstrakt z kiwi, antybakteryjny miód Manuka, czy działający antyoksydacyjnie kompleks pozyskiwany z nowozelandzkiej uprawy winogron), stąd oczyszczającemu masażowi poświęcam chwilę, do momentu, aż pod palcami poczuję opór (czasami w tym momencie zwilżam dłonie ponownie i jeszcze przez kolejną minutę kontynuuję cały proces). Po takim oczyszczeniu, wierzcie lub nie, cera wygląda o niebo lepiej! Owszem, jest delikatnie rozświetlona, niezbadanym cudem zdaje się mieć także nieco wyrównany koloryt (obstawiam, że tu i masaż robi swoje), lecz co najważniejsze - jest idealnie oczyszczona, nieprzesuszona i wygładzona. A jakby tego było mało, czuję, jak łagodząco Juliet działa na wszelkie zmiany skórne. Ten ostatni efekt cenię sobie najbardziej, bo ile myjących żeli przynosi taki bonus w efekcie?

Dodam jeszcze, iż żel pomimo niestandardowej pojemności (200 ml/149 zł) odznacza ponadprzeciętna wydajność, dzięki czemu z pewnością jest w stanie posłużyć nam kilka długich miesięcy (!).

Romeo wiedział, co rzecze do Julii ;)

Znacie Antipodes? Lubicie? No i jaki jest Wasz ulubiony czyścik do twarzy? Dajcie znać! :)

Pozdrawiam Was,
Megdil

15 komentarzy:

  1. Ooo wygląda fajnie. Tylko czy cena też jest fajna😆 Mogłabyś napisać post o obecnej pielęgnacji twarzy ciała i włosów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cenę chyba podświadomie przemilczalam :D Chociaż w odniesieniu do wydajności ta nie jest już taka straszna ;)
      O zbiorczych wpisach na temat pielęgnacji pomyślę :) A coś konkretnego Cię interesuje?

      Usuń
  2. Hej hej Madziu:)

    No, muszę Ci napisać, że zostałam skuszona... coś czuję, że żel zagości w mojej pielegnacji tym bardziej, że już od dłuższego czasu ostrzę sobie pazurki na Antipodes, ale czekam aż skończę to, czego aktualnie używam. Mam jeszcze ochotę na serum rozświetlające i maseczkę:)

    Buźka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, Iwonko! :)

      A czego obecnie używasz? U mnie z produktami oczyszczającym był często problem, bo albo były zbyt delikatne, albo za mocne, problematyczne okazywało się odnalezienie balansu w tej sferze. Mam kilku ulubieńców, ale Juliet zdecydowanie się na ich tle wyróżnia i z czystym sumieniem mogę Ci go polecić :)
      Serum rozświetlające i ja z czasem pewnie wypróbuję, lecz z tej kategorii bardziej na ten moment kusi mnie serum Worship - ciekawa jestem jak zareagowałaby na nie moja cera. Aurę z kolei również mogę polecić, mam zamiar nabyć drugie opakowanie :)

      Usuń
  3. Myślałam o nim kiedyś, skuszę się, skoro mówisz, że warto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy będziesz w potrzebie, to polecam! :)

      Usuń
  4. No i masz. ;) Brzmi oczywiście jak to czego zawsze szukam w czyścidle: oczyszczenie, obecnie przetłuszczającej się cery, odświeżenie, łagodzenie wiecznego podrażnienia i nieprzesuszenie. Szuflada ugina mi się od rzekomo dobrych żeli - Bioderma wersje Atoderm i Sensitive, La Roche Lipikar Syndet, Pharmaceris A i z niczego nie jestem zadowolona. Piszę, szuflada, bo tam wylądowały. Skóra twarzy była ściągnięta za każdym razem, mimo, że to rzekomo najłagodniejsze formuły dla wrażliwców i niemowlaków. Zużywam po kolei do mycia ciała ale też, nie jest to komfortowe.

    Z kolei delikatne żele naturalne były za delikatne, ot maziajki, jak np taki od Kivi, Korres, Fitomed do cery suchej.

    Kręciłam się już koło niego kursorem online ;) ale nigdy nie czułam, że może być wart zakupu. Twój post skłania mnie do ponownej nad nim refleksji ;).

    Z Antipodes miałam maskę Aura Manuka, ale nie była to rewelacja, do której wrócę. Koiła niewystarczająco. Zapachu nie mogłam znieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cashmere, niestety doskonale Cię rozumiem. Znalezienie dobrego czyścidła to nie lada wyczyn... Ile ja się ich w życiu naużywałam! Z kilku byłam zadowolona, ale najczęściej ich stosowanie było sztuką kompromisu... z mojej strony. U mnie właściwie tylko naturalne myjadła zasłużyły sobie na miano ulubieńców. I tak, nadal lubię żel tymiankowy z Sylveco (mnogość zużytych opakowań mówi za siebie, a z pewnością będzie ich więcej), no i dobrze wspominam dwa produkty Phenome (Complete i Calming), ale tych już dłuuugo nie używałam, więc nie wiem, jak z działaniem (składem) po tych wszystkich szaradach w szeregach marki... Do pewnego momentu bardzo zadowolona byłam z savon noir, ale ostatecznie to czarne mydło zaczęło mi mocno ściągać i wręcz przesuszać skórę, więc już do niego nie wrócę. Z 'konwencjonalnych' kosmetyków sprawdził się u mnie chyba tylko Mud Soap z Kanebo (było naprawdę niezłe!!), no i Cleanance z Avene, ale w tym momencie już bym po niego nie sięgnęła.

      Juliet natomiast bardzo mnie zaskoczył. W zasadzie nie nastawiałam się nawet na choć trochę ponadprzeciętne działanie. Chciałam go po prostu przetestować :D Tymczasem okazał się prawdziwą rewelacją w mojej pielęgnacji i na pewno będę do niego wracać <3 Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że jeśli się na niego zdecydujesz, będziesz tak samo zadowolona! :))

      U mnie Aura z kolei bardzo dobrze się spisuje. Używam właśnie kolejną tubkę. Jest w tej masce coś, co sprawia, że uwielbiam jej używać i to dość często ;) Mam jeszcze jedną ogromną miłość z Antipodes, a i szykuje się kolejna... Właściwie, to mogłabym maziać się cała tymi kosmetykami :D

      Usuń
    2. No cóż wygląda na to, że mamy podobne wymagania. Choc moja skóra teraz jest mocno tłusta i waham się mimo wszystko między Juliet a może czymś bardziej odśweżającym w składzie z cyklu mięta etc. Jednak cokolwiek nie wybiorę zawwsze to będzie test. :).

      W ogóle buduję na nowo pielęgnację pod kątem sezonu i przetłuszczającej sie cery. Mój cel to żel, tonik, micel i emulsja nawilżająca, możliwie najbardziej ziołowe jak się da. Lawendy, mięty i inne zielska. Tego potrzebuję. :).

      Usuń
    3. Hmm, niczego miętowego w swoim repertuarze przetestowanych produktów chyba nie posiadam... Ba! Nigdy nie próbowałam nawet hydrolatu miętowego! (to akurat muszę w tym roku nadrobić :)) Bardzo lubię natomiast peeling z Dermalogica, Skin Prep Scrub, ma mentol w składzie, co rzeczywiście odpłaca się dodatkowym uczuciem odświeżenia po aplikacji :)

      Jeśli interesuje Cię tonik z dodatkiem lawendy, to u mnie aktualnie fajnie sprawdza się Resurrect z Antipodes - lawenda, szałwia, rumianek, jest przyjemnie :) Nic to wprawdzie wyjątkowo odkrywczego, ale co ma robić robi i w dodatku relaksuje :)

      Usuń
  5. Hmm więc myślisz że dla suchej i wrażliwej cery też będzie dobry? Mam ochotę w końcu zapolować na Antipodes :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podbijam temat ;) Kiedyś unikałam oczyszczania twarzy z udziałem wody, tak mi dermatolog radził, no ale wypryski wciąż się pojawiały. Kiedy wprowadziłam olejki stało się dużo lepiej, ale chciałam dołożyć jeszcze żel/krem na koniec do mycia. No i takim sposobem używam teraz rano Clinique Liquid Soap Extra Mild, a wieczorem Sylveco żel tymiankowy. Póki co jest oki :)

      Usuń
    2. Dziewczyny, jeśli chodzi o czyściki przeznaczone stricte do cery suchej, to Antipodes ma krem myjący, Grace się chyba zowie :) Jak Juliet się w takim przypadku sprawdzi, nie wiem, ale Daga - będziesz miała okazję go przetestować, więc może zdasz później Kindze relację? :D

      Pamiętam, że miałam swego czasu to mydło Clinique z trzech kroków, lecz przesuszało mi skórę, niestety :( Tymiankowy żel Sylveco natomiast bardzo lubię!

      Usuń
  6. Oczywiście, zdam relację Kindze, dzięki! :*
    U mnie mydło Clinique w płynie działa ekstra. Miałaś dokładnie wersję Extra Mild?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam dokładnie, jak miała się nazwa tej wersji, ale wydaje mi się, że była to opcja dla cery tłustej. Całkiem możliwe, że te przeznaczone dla suchej są lepsze, bo i delikatniejsze, nie tak agresywne? Natomiast we mnie pozostał niesmak i już tego nie zmienię :D

      Usuń

Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger