poniedziałek, 14 listopada 2016

Phenome, Luminous Apple Cream

"O kremie doskonały! Przyjdź do mnie i ukój mej cery doskonałości tęsknotę... "
(Megdil, "Marzenia niespełnione. Tom XV")

Nie wiem jak jest z Wami, ale moje pielęgnacyjne poszukiwania to nieustanny ciąg milszych i tych przykrych perypetii. Jak sięgam pamięcią, największą zmorą od zawsze był dla mnie zakup nowego kremu do twarzy. Trądzikowe cery z pewnością coś o tym wiedzą, niewiele bowiem trzeba, by nadzieje związane ze strojnym słoiczkiem przepełnionym gładkimi obietnicami poszły wniwecz już po pierwszym użyciu.
Wiele kremów przewinęło się w mojej pielęgnacji, do niewielu powracałam regularnie. O kilku z tych najlepiej się u mnie spisujących możecie poczytać na blogu (np.: tutaj, tutaj i tutaj). To część wąskiej grupy pielęgnacyjnych wspomagaczy, po które chętnie sięgałam i być może sięgać będę także w przyszłości. Wymagania mojej cery zmieniają się jednak wraz z upływem czasu, a bohater dzisiejszego wpisu jest na to idealnym przykładem.


Lumionus Apple Cream to krem rozświetlający, krem na dzień przeznaczony głównie dla cery normalnej (a propos, która z nas taką posiada? ;)), krem, z którym miałam styczność już wcześniej, zaraz po tym, gdy pojawił się na wirtualnych półkach marki Phenome (klik). Zauroczył mnie wówczas nie tylko zapachem, ale i swoim przyjemnym działaniem, bo już po pierwszym (!) użyciu otrzymałam obietnicę rozświetlenia, dobrego nawilżenia i bezproblemowej współpracy z codziennym, delikatnym makijażem. To zadowolenie zakorzeniło się w mojej głowie i gdy po długich miesiącach (liczonych w latach? ;)) pojawiła się u mnie potrzeba zakupu nowego kremu, ochoczo zwróciłam swoje dłonie właśnie w stronę jabłkowego Luminous.

Zapach, konsystencja, proces rozprowadzania formuły na skórze, jej wchłanianie - wszystko to pozostało odzwierciedleniem tego, co tkwiło w mojej pamięci. Piękny, jabłkowy aromat, który o poranku fantastycznie orzeźwia i napawa dodatkową energią. Delikatna, żelowa, choć otulająca, konsystencja bezproblemowo rozkładająca się na cerze, no i natychmiastowa niemal gotowość do rozprawienia się z szybkim makijażem. Luminous robi to wszystko. Ale... Jest jedno i zasadnicze. Głównym powodem, dla którego zdecydowałam się na tę owocową, kremową recepturę było wspomnienie przyzwoitego nawilżenia. Moja cera, choć tłusta i z trądzikowymi zapędami, często wyraża potrzebę otrzymania konkretnej jego porcji, w innym przypadku znikąd obnaża suche skórki, zwłaszcza w okolicach nosa, a w ekstremalnych momentach przyprawia mnie nawet o poczucie srodze niewygodnego ściągnięcia połączonego z równie nieprzyjemnym szczypaniem. Nie jest to mój codzienny chleb, lecz od nawilżającego kremu wymagam, by podczas swojej codziennej wachty robił to, do czego jest przeznaczony... Nie mogę odmówić Luminous szeregu wyżej wymienionych zalet, lecz w ostatecznym rozrachunku nie równoważą one mojego rozczarowania i poczucia niedosytu.

Ja szukam więc dalej w nadziei, że moje egzystencjalne dzieło poszukiwawcze o niespełnionych marzeniach nie wzbogaci się o kolejny tom ;) A który krem Wy obecnie uważacie za najlepszy dla swojej cery?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil