środa, 8 czerwca 2016

Antipodes, Rejoice Light Facial Day Cream

Chyba odwykłam już od pisania recenzji. Niby mała sprawa, a jednak potrafi skutecznie zabić ćwieka. Zwłaszcza po tak długiej przerwie!
Niemniej, jeśli ktoś tutaj jeszcze zagląda i ma ochotę spędzić chwilę z moją pisaniną, to serdecznie zapraszam :)

Powroty bywają trudne, prawie tak bardzo, jak znalezienie dobrego kremu do twarzy, czyż nie? ;)) Pomimo szerokiego wachlarza dostępnych na rynku opcji, bardzo często nasze poszukiwania kończy konstatacja: ‘Obietnice obietnicami, a rzeczywistość swoją drogą!’ Ale i tak szukamy dalej, sprowadzamy je z najdalszych zakątków świata i z nadzieją uzyskania najlepszych efektów sumiennie opróżniamy ozdobne pojemniczki. Cóż, ja nie odstaję od normy ;)

Takim sposobem trafił do mnie krem nowozelandzkiej marki specjalizującej się w produkcji kosmetyków szukających odpowiedzi w naturze - Antipodes, Rejoice Light Facial Day Cream.
Jak widzicie, moja tubka jest już mocno sfatygowana. Przebyła kilka kilometrów w podróżnej kosmetyczce, zajęła się moją cerą w różnorakich jej stanach i towarzyszyła w sporej amplitudzie pogodowej. Jak krem sprawdził się w zaserwowanych warunkach?

 

Nietypowo zacznę od zapachu. Bo, musicie wiedzieć, zapach jest tutaj zdecydowanie uroczy :) Naturalna woń migdałów spleciona z subtelnym akordem wanilii potrafi skutecznie uprzyjemnić pielęgnacyjny porankowy czas. Kojarzy mi się z miękkością, relaksem i jednoczesną gotowością do rozpoczęcia aktywnego dnia. Mogę rzec śmiało, że to jeden z najprzyjemniejszych aromatów, jakich można by się doszukać w pielęgnacyjnych rytuałach! Rejoice bardzo szybko się wchłania i choć konsystencja początkowo może wydawać się nieco wymagającą, ostatecznie sprawnie się aplikuje, tworząc w okamgnieniu doskonałą bazę pod każdy makijaż. Krem otula skórę naturalnym, acz subtelnie matowym wykończeniem, nie powoduje nadprodukcji sebum, a poczucie jakie zostawia porównać można z delikatnym, odstresowującym okładem, bynajmniej nieobciążającym cery. 

A propos działania, producent raczy nas różnorakimi obietnicami wynikającymi ze składowych receptury. Muszę przyznać, że składnica dobroci jest tutaj zacna. Rejoice to właściwie mieszanka olejków zbudowana wokół masła shea i lawendowego destylatu. Olejek różany, olej awokado, makadamia, czy jojoba - każdy z osobna i wszystkie razem mają doskonały wpływ na samopoczucie skóry. Za naturalne olejki ręczę własną głową! Dodatkiem rzadko występującym w kosmetycznych produkcjach jest olejek z kwiatów krzewu manuka, który odznaczają szczególne właściwości antybakteryjne. Jak to działa w praktyce?

Dla cer tłustych, jak moja, z pewnymi małymi wyjątkami,  krem z czystym sumieniem mogę serdecznie polecić. Należy jednak pamiętać o jednej kwestii - formuła, pomimo swego bogactwa, jest pod względem nawilżenia całkiem zachowawcza (może dodatek odrobiny kwasu hialuronowego wpłynąłby na większą skuteczność?), okazać się zatem może niewystarczającą w warunkach ostrej zimy, chyba, że przy wspomożeniu działaniem nawilżającego serum. Przed zakupem proponuję więc dokładnie rozważyć potrzeby cery. Polemizowałabym jednocześnie z sugestią wyraźnie na opakowaniu nadrukowaną - receptura nie znajdzie satysfakcjonującego zastosowania u osób ze skórą inną niż ta przetłuszczająca się, czy normalna - w takich bowiem przypadkach zwyczajnie nie zapewni wymaganego nawilżenia. Dla nazbyt spragnionych to nazbyt lekki model. I mam tutaj na myśli także cery odwodnione. 

Zdecydowanym plusem wyrobu Antipodes jest formuła przyjazna cerom trądzikowym. Nie odnotowałam pogorszenia stanu skóry, ponadto mam wrażenie, że w pewnym stopniu ów przyczynia się też do ograniczenia nadprodukcji sebum. Krem ten nie zdziała cudów i z dnia na dzień nie sprawi, że skłonna do zanieczyszczeń cera przeobrazi się w jedwabistą skórę mitycznej Kleopatry, lecz pomimo kilku niedociągnięć, nie wykluczam powrotu. Może kiedyś, może gdzieś znów zapragnę otoczyć się hipnotycznym aromatem Rejoice? :)


Na zakończenie dodam jeszcze, że producent sugeruje wysmarować tubkę w ciągu 6 miesięcy od momentu otwarcia. Krem ma 60 ml (159-180 zł), a jego wydajność oceniam bardzo dobrze.

Na tym kończę dzisiejszy wywód, za wszelkie uchybienia z góry przepraszam i jednocześnie zachęcam do pozostawienia po sobie śladu w komentatorskiej sekcji na dole :)))

Standardowo zadam Wam pytanie na interesujące mnie zagadnienie - znaleźliście idealny krem dla Waszej cery? Który to?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

47 komentarzy:

  1. Jeśli ma olejek makadamia to niestety nie jest dla mnie bo ten gagatek zapycha moją cerę i tylko patrzeć jakby ją wysypało. Czytałam sporo o tych kosmetykach i chciałabym ich miodową maseczkę. Na razie mój ulubiony krem to ten od Bravura London, który jest naprawdę świetny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, to szkoda! Mnie chyba żaden naturalny olejek dotąd nie zapchał. Regularnie sięgam po nie od wielu miesięcy, a jeszcze do niedawna żyłam w przeświadczeniu, że tłusta cera wymaga pielęgnacji jak najlżejszej - w domyśle, na pewno nie olejkowej ;) Tymczasem okazało się, że to rewelacyjna dla mnie alternatywa.
      Maseczkę Aurę posiadam, ale jeszcze jej nie używałam. Sama jestem jej baaaardzo ciekawa.

      O Bravura London nie słyszałam nigdy wcześniej. Dzięki za Twój typ, na pewno zorientuję się w temacie :)

      Usuń
  2. tym wpisem uświadomiłaś mi, jak bardzo lubię czytać Twoje posty! (o mailach nie wspominam, bo to wiadomo :D)
    zdjęcia piękne, lakier piękny (co to, co to? :>)
    u mnie zdecydowanie cały czas jako ulubiony krem króluje luscious od phenome, to się chyba nieprędko zmieni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja lubię Ciebie i wszystko się równoważy :D :*** No i na maila czekam. Nie, nie, wcale Cię nie poganiam, bo kto zasądziłby mi taki przywilej ;D

      Ej, no jak to co mam na paznokciach? OPIk Bubble Bath, oczywiście :P Przy jakiejś okazji mogę wyszczególnić Ci wszystkie moje lakiery. Zajmie mi to jakieś, hmmm, 4 sekundy ;))))

      Przypuszczam, że Luscious trudno zdetronizować. Nawilżenie daje genialne. Dla mnie to jednak zbyt bogata formuła, ale gdyby Phenome proponowałoby go w jakiejś mikro pojemności, to chętnie bym taką przygarnęła do doraźnego stosowania raz na jakiś czas. W ogóle, cieszę się, że wreszcie wrócili do normalnego trybu pracy i sprzedaży. Co ja bym bez ich kosmetyków zrobiła? ;))

      Usuń
    2. spokojnie, sama siebie poganiam z tym mailem, tylko jestem ostatnio tak zmęczona, ze moje plany nie wychodzą. ale może uda mi się w weekend :D

      serio? nie wpadłabym na to, że to Bubble Bath. tak swoją drogą to dawno go nie używałam. ale może będzie następny. u mnie teraz króluje Opi Coca Cola Red ;)

      też się cieszę, że wrócili! szkoda tylko, że promocje robią wtedy kiedy ja już spłukana jestem, bo przydałoby mi się zakupić parę rzeczy :D

      Usuń
    3. Powiem Ci, że u mnie z tym zmęczeniem podobnie. Dopadł mnie jakiś spadek energetyczny, nie znoszę tego, kurde! Z tym mailem bezczelnie sobie zażartowałam (mój tryb odpisywania mówi za siebie :D), więc na spokojnie :*

      Serio, serio i naprawdę :P Bubble Bath wypada przy mojej karnacji tak dość różowo właśnie. W dodatku ja nakładam zwykle dość grube warstwy (tzn. dla mnie są normalne, ale nazwanie ich cienkimi byłoby jednak sporym nadużyciem ;)). Powoli go kończę i będę potrzebować jakiegoś innego mleczaka, wpadającego bardziej w biel tudzież kość słoniową, tak dla odmiany. Coca Cola Red wygooglowana, piękna, ale przez wzgląd na moją wielką pogardę dla tego cholernego koncernu, przechodzę wobec ich kolaboracji obojętnie ;)

      Nie wiesz, że promocje przychodzą zawsze nie w porę? Albo gdy portfel oddaje echo (wtedy akurat tworzy się najwięcej potrzeb), albo gdy jesteś tuż po odbiorze pracowniczej dywidendy (wtedy tworzy się najwięcej nieprzemyślanych wydatków) :D

      Usuń
  3. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że znowu piszesz :-)
    A kremik bardzo mi się podoba, moja mieszana cera z pewnością by go polubiła! Zresztą ta marka od jakiegoś czasu mnie interesuje i muszę dokładnie zapoznać się z ofertą, zanim przystąpię do zamówienia :-)
    Buziaki i mam nadzieję, że wkrótce znów pojawi się kolejny pościk :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justynko! To również za Twoją namową :))) Bardzo dziękuję za ciepłe przyjęcie :*

      Hmm, co do Rejoice, to wszystko zależy od tego, jaki dokładnie masz typ cery - normalna-tłusta, czy sucha-przetłuszczająca się? Przy pierwszym typie krem ma szansę się sprawdzić, ale na suche partie, moim zdaniem, nie zaradzi. Chyba, że stosujesz też jakieś sera nawilżające, wtedy moglibyście się polubić :)

      Marka Anitpodes ma sporo produktów, które i mnie interesują. W moich skromnych "zapasach" czeka ich słynna miodowa maseczka Aura - podobno świetna, więc pokładam w niej spore nadzieje. Natomiast z całego serca mogę polecić serum olejkowe Divine Face Oil - to mieszanka, która trochę koresponduje pod względem składu z kremem Rejoice, stosowana na noc pięknie rozświetla, odżywia i nawilża skórę. Uwielbiam i na pewno będę do tego kosmetyku wracać. Ale najpierw pewnie sięgnę po ich inne propozycje :D

      Buziaki!

      Usuń
    2. ja też się cieszę, hurrra! :)

      Usuń
  4. Cóż za piękny dzień! Najpierw Iwetto dała znać o sobie, teraz Ty do nas wracasz po taaaaaaaaakiej przerwie! :) Antipodes jeszcze nie próbowałam, nic a nic, ale – podobnie jak w przypadku Resibo – jestem już zagotowana z ciekawości, cóż to za produkty. Kremu idealnego wciąż szukam (z jednej strony to smutne, że jeszcze nie znalazłam, a z drugiej – czy nie na tym polega to nasze blogowanie? – na wiecznych łowach? :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata, mnie również ucieszyła wiadomość o powrocie Iwetto :) Dziękuję Ci pięknie, uśmiech rozanielił moją twarz :D :*

      Z Resibo próbowałam/mam w użytku trzy produkty i niepodważalnym hitem jest dla mnie olejek do demakijażu. Rewelacyjnie rozpuszcza kolorówkę, a dołączona do niego szmatka zbiera wszystko za jednym zamachem. Pewnie rozwinę się na jego temat w najbliższym czasie, bo to jeden z tych kosmetyków, o których nie da się nie wspomnieć ;) Obecnie interesuje mnie ich nowość, serum, które ponoć daje efekt botoksu - dobra, na to nie liczę, ale olejkowe produkty bardzo lubię, więc na pewno go sobie nie odpuszczę, sasasa :D

      Antipodes zaś ma sporo dobrze zapowiadających się kosmetyków. Ja też powoli poznaję ich asortyment (problem jednej twarzy, lol), ale to, co mogę jeszcze polecić, to Divine Face Oil. Dla mnie genialny. A Ty chyba masz mieszaną cerę? Dobrze pamiętam? :D W każdym razie, polecam Ci przestudiować skład, czy nie ma tam potencjalnego złoczyńcy dla Twojej skóry, jeśli nie, to bierz, kupuj :) Ja stosowałam go na noc i nie dość, że świetnie pielęgnował cerę, to jeszcze redukował stany zapalne, których gojenie przechodziło zdecydowanie sprawniej.

      Za blogowaniem stoi tyle filozofii, ile osób za monitorami, wieczne łowy są jedną z nich :D No to co? Powodzenia! :>

      Usuń
  5. Stęskniłem się za Tobą na blogu! Ten Twój wspaniały język ;))) Aromat migdałowy, który w kosmetykach uwielbiam, kupił mnie odrazu, ale skoro mówisz, że z nawilżaniem nie jest najlepiej to szkoda ryzykować.
    Co do kremu do twarzy, to najlepszy jaki dotąd stosowałam to był chyba Luscious od Phenome i AOX z PAT&RUB.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daga, bardzo, bardzo mi miło, wiesz na pewno :* Mnie też trochę tęskno było, a kończący się krem okazał się idealnym pretekstem do przerwania blogowego milczenia :D

      Powiem Ci, że ten zapach jest trafiony w punkt! Migdały uwielbiam same w sobie (masłem z prażonych mogłabym się zajadać codziennie), a tak bardzo naturalny ich aromat w kosmetykach jest naprawdę rzadko spotykany. Tutaj występuje dodatkowo z cudną wanilią w niezwykle subtelnym wydaniu <3 Ale Rejoice jako nawilżaczem zdecydowanie nie zawracałabym Ci głowy. Jestem przekonana, że nie dałby rady, nie ten typ :)

      A Ty wiesz, że ja z serii AOX niczego dotąd nie miałam? Może zmienię to w przyszłości. Natomiast Luscious testowałam wielokrotnie i absolutnie rozumiem wszelkie nad nim zachwyty. Dla mnie co prawda jest zbyt bogaty, na co dzień nie mogłabym go raczej stosować (chociaż na przestrzeni ostatnich miesięcy moje preferencje uległy sporym zmianom, więc w sumie kto wie... :P), ale raz na jakiś czas w ramach dostarczenia skórze mocniejszej dawki nawilżenia chętnie bym po niego sięgała.

      Usuń
  6. Mnie ostatnio wprawia w zachwyt krem Mój Krem nr 11 za kilkanaście złotych z Fitomedu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety z marką Fitomed mam średnie doświadczenia. Pomimo wielu pozytywnych opinii nie potrafię się do nich właściwie przekonać. Wierzę jednak, że krem, o którym mówisz działa u Ciebie tak, jak tego chcesz :) Z ciekawości zerknę na niego.

      Usuń
    2. Haha widzę, że nr 11 ma swoich wielbicieli. ;) Mnie, jak pisałam niżej, w zachwyt nie wprawił, ale nie zaszkodził, nawilżył, zmatowił. Zrobił co obiecał. Że za mało mam nawilżenia, to już najwyraźniej mój problem, że wybrałam akurat ten model, bo jego zadanie jest raczej regulujące sebum etc. I fakt, do Fitomedowych formuł również miłością nie pałam, ale dałam mu szansę, i wypadał dobrze. Taki dobry z plusem ;) A ja chcę więcej! :)

      Usuń
  7. No proszę, kto tu się wreszcie pojawił? :) bardzo się cieszę, że wróciłaś i mam nadzieję, że na stałe.
    Co do kremów, to nie wiem czy się wypowiadać czy nie, bo obawiam się, że wybuchnę :D pytanie czy odnalazłam krem idealny jest w moim pytaniu retoryczne. Oczywiście, że... NIE :D i ciągle szukam. Aktualnie moja cera przechodzi nawetniewiemjaktonazwać hmm bunt. Dlatego też za namową kosmetolog wróciłam do serii Ziaja Pro, złuszczanie, złuszczanie, złuszczanie. Jeśli już zauważę poprawę planuję sięgnąć albo po Kiehlsa albo Origins :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponoć mój powrót może zwiastować koniec świata, więc wiesz, nie jestem pewna, czy jest się z czego cieszyć :D Dziękuję za miłe słowo :**

      Ej, bo z kremami niestety nie jest łatwo... Albo za ciężkie, albo za lekkie, albo w ogóle robią ze skórą coś niewiarygodnie potwornego. Stąd te ciągłe poszukiwania. Ja często żongluję w tej sferze naturalnymi olejkami i powiem Ci, że warto pozbyć się uprzedzeń, bo tkwi w nich spory potencjał. I uwaga! Nawet pod makijażem dobrze potrafią się spisać :) To co masz teraz z cerą? Odkąd pamiętam, Twoją skórę kojarzę z gładkością, więc czuję się skołowana :P

      Origins też mnie interesuje, poza kremami pod oczy, o których słyszałam dużo dobrego, możliwe, że zdecyduję się na coś do nawilżania cery właśnie. Muszę sprawę dokładnie przeanalizować ;)) Ty już na czymś konkretnym zawiesiłaś oko?

      A na fotelu kosmetycznym mam ochotę rozsiąść się jak królowa, lol. Niebawem pójdę na jakiś oczyszczający zabieg. Chodzą za mną kwasy, ale muszę to jakoś z siłą nasłonecznienia pogodzić ;)

      Usuń
    2. Wiesz, że z tej rozpaczy i żalu sięgnęłam po olejek różany i powróciłam do demakijażu olejkami? i fakt, faktem obie te metody spisują się zaskakująco dobrze (jak dla mnie). Nie wiem nawet od czego zacząć jeśli chodzi o moją cerę. Podskórne gule, cysty, które wręcz zmieniają rysy twarzy, okropnie bolące, spuchnięta buzia. Nic się z takim potworem nie da zrobić, a po nim dłuuugo zostaje przebarwienie. Dermatolog zaleca kwasy, ale oczywiście nie tą porą, co za tym idzie trzeba czekać (i koło się zamyka), pogroził mi palcem- rok temu przez 9mcy brałam antybiotyki, teoretycznie pomogło, jednak w momencie odstawienia bywało różnie i nie będę do tego wracać. Szkoda fatygować wątrobę. Aktualnie ratuje się mocnymi peelingami i o dziwo Ziaja (tfu tfu!+ maści) powoooli, powoooli pomagają.

      Mając na myśli zakupy produktów Origins, to przede wszystkim chodzi mi o pielęgnacje twarzy, jakiś krem nawilżający, kojący, za to z Kiehlsa chcę przetestować osławiony krem pod oczy z awokado.

      I właśnie tu jest pies pogrzebany! Człowiek chciałby się złuszyć, a tu... lato! :D ale nie narzekajmy, możemy chociaż korzystać ze skarpetek złuszczających :D

      Usuń
    3. Olejki to chyba najlepszy sposób na demakijaż. Przekonałam się o tym właściwie wielokrotnie, początek tej mojej przygody datuję kilka lat wstecz, ale to dopiero stosunkowo niedawne doświadczenia utwierdziły mnie w tym przekonaniu :) Tworzysz sobie własną mieszankę, czy stosujesz jakiegoś gotowca, a może jakiś konkretny olejek solo?
      Olejek różany i ja chcę koniecznie wypróbować. Zawsze, gdy go stosowałam był to miks z innymi olejami, a tyle dobrego się o jego działaniu naczytałam, że już nie odpuszczę :) Mam na oku jeden konkretny, na pewno przyjdzie na niego czas. W ogóle, mam też ochotę pokombinować z olejkami eterycznymi. W swoich zasobach zawsze posiadam olejek z drzewa herbacianego i lawendowy, lecz zamierzam nieco wzbogacić mój malutki zbiorek :D

      A skąd te paskudztwa się u Ciebie wzięły? Zmieniłaś coś w ostatnim czasie? To od kosmetyków, jedzenia, czy stresu? :/ W sumie, pytam, a często naprawdę trudno ustalić powód. Te podskórne historie znam, więc rozumiem, o czym mówisz. Na szczęście to nie jest mój nagminny problem. Wiem jednak, jak ciężko się tego pozbyć. A właściwie, jak bardzo się tego pozbyć nie da :/ Przebarwień też trochę mam, ale te przynajmniej jakoś da się zakryć, a i bez makijażu w sumie da się z tym żyć, krótko mówiąc - snu mi to z powiek nie spędza, mam nadzieję, że Tobie również!

      Doustne leczenie nie do końca mnie przekonuje, a Twoja historia tylko to potwierdza. Fajnie, jeśli pomoże (bo niekoniecznie musi), lecz ostatecznie gra nie jest warta świeczki - bo albo przekłada się to na inne dolegliwości (np. z wątrobą związane) albo problem i tak powraca, zazwyczaj ze zdwojoną siłą :( Ja miałam taką sytuację po hormonach, dziękuję, nie wrócę.

      A idź mi z tymi skarpetami! Użyłam ich raz, kiedyś, ale nie, nie, no nie i już. Chyba, że to jakieś podróby były? :P W każdym razie sprawa wyglądała tak, że skóra niby się łuszczyła, przez długie tygodnie wstyd mi było nosić sandały (tak, oczywiście, że wzięłam się za to latem... :D), a efekt i tak był mizerny. Wolę tarkę, krem i regularność :D

      Usuń
    4. Jeśli chodzi o demakijaż, to kiedyś za czasów sławy OCM robiłam swoje mieszanki i takie cuda mi wychodziły, że tylko pogarszały stan mojej cery, dlatego teraz posiłkuję się gotowcami :D wcześniej masełko do demakijażu z The Body Shop- było naprawdę fajne, a teraz Resibo- fajnie wycisza moją cerę. W planach mam jeszcze wypróbowanie tego z Biochemii Urody i Take The Day Off, Clinique. A Ty masz jakiegoś sprawdzonego gotowca? :)

      Skąd się wzięły te paskudztwa? nie mam zielonego pojęcia. Dwa lata temu zaczął się mój horror z okazji wiosny. Leki, dermatolog, kupę kasy i zbyt mała poprawa jak na tyle zachodów. Dermatolog stwierdził trądzik grudkowy, czy coś. Tej wiosny niestety mnie to nie ominęło. Jeśli chodzi o wyjście bez makijażu, z pewnością pamiętasz moje nastawienie- no problem. Teraz- no way, po prostu źle się czuje mając takie wykwity, wygląda to źle. Koleżanka nie widząc mnie jakiś czas myślała, że wywróciłam się na rowerze, skoro wyglądam na taką spuchniętą i posiniaczoną- możesz sobie tylko wyobrazić jak to wyglądało. Teraz (tfu tfu tfu!) trochę ustało i walczę z pojedynczymi wypryskami i przebarwieniami.

      Nie działały u Ciebie skarpety?! no coś Ty? ja miałam PureDerm i L'Bioticę- obie firmy mogę polecić. Po kilku dniach, na kilka kolejnych dni łuszczyłam się jak wąż (skąd to porównanie?! nie wiem), aby ukazać mięciutką i gładką skórkę, niczym u niemowlaczka. Mam nadzieję, że nie zadziwię Cię, jeśli wspomnę, że również wpadłam na ten genialny pomysł latem? :D

      Usuń
    5. Stosowałam kilka gotowców, które dobrze się u mnie sprawdzały, ale jednak Resibo wygrywa batalię pod kilkoma aspektami :) Cenię sobie również sam olej jojoba, ale z tego, co kojarzę, Ty się z nim nie polubiłaś? Niczego innego już mi się w zasadzie szukać nie chce :P

      Och, jak ja uwielbiam dermatologów, którzy zgarniają kasę za pięciominutowe posiedzenie w gabinecie, podczas którego zdążą zarobić kolejną kasę od farmaceutycznych koncernów, na których 'leki' tak rzetelnie wypisują recepty ;)

      Powiem Ci, że naprawdę nie spodziewałabym się takiego obrotu sprawy w Twoim przypadku. Chociaż z drugiej strony, coraz częściej niestety słyszę o problemach skórnych pojawiających się między 25-30 rokiem życia, a nawet później... u osób, które wcześniej nie cierpiały na nie nawet w najmniejszym stopniu. Z czegoś to wynika... :/ Cieszę się, że odnotowujesz poprawę i trzymam kciuki, byś znalazła swój sposób na uporanie się z tym raz na zawsze.

      E, no, skarpety kiepsko się u mnie spisały. Może kiepską wersję wybrałam. Pamiętam, że kupiłam je przy okazji w Biedronce, ale wyprodukowane były chyba w Azji, więc zdaje się, że w kolebce wszystkich tych wynalazków ;) Nie wiem, czy mam ochotę na kolejne eksperymenty w tej materii :D

      Usuń
  8. Bardzo się cieszę, wróciłaś!
    Za czasów kiedy blogowałaś regularnie, byłam Twoją stałą czytelniczką. Najchętniej czytałam wpisy na temat walki z cerą, ponieważ w tych co pisałaś widziałam siebie. Nadal mimo wieku (25lat) borykam się z cerą trądzikową, skłonną do zapychania i wgl. Czasem mam ochotę się poddać...

    Jak tam Twoja cera obecnie?
    Może jakieś wpisy o pielęgnacji i produktach jakich używasz każdego dnia? Co się u Ciebie sprawdza?

    Co do kremu - ja nadal nie mam ulubieńca. Swego czau po każdym prędzej czy później mnie wysypywało... Dlatego od niedawna wprowadziłam zmianę w pielęgnacji i... wywaliłam kremy wgl. Będę się nawilżać podczas pozostałych etapów pielęgnacyjnych (oczyszczanie, tonizowanie). Kto wie, może to wpłynie w końcu dobrze na moją buzię...

    OLA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Olu! Dziękuję za czytelnicze wsparcie :))

      Moja cera obecnie ma swoje humory. I tak przez połowę miesiąca nie sprawia mi żadnych problemów, pozostały czas to mniejsze lub większe niedoskonałości, inna struktura sebum i mniej gładka faktura - ale to wszystko gospodarka hormonalna.

      Zdecydowanie się nie poddawaj! A może przyjrzyj się sytuacji z innej perspektywy? Ja obecnie nie stosuję żadnych leków (mam tubkę Epiduo w łazience, po którą sięgam sporadycznie tylko po to, by ją zużyć) i pozwalam skórze samej się uregulować. Tyle, że staram się stworzyć jej sprzyjające warunki ;) U mnie niesamowicie dobrze zadziałała zmiana diety. To, co jem wpływa automatycznie i właściwie pędem błyskawicy na wygląd mojej skóry. Największym krokiem było dla mnie przestawienie się na 100% dietę roślinną. W jej obrębie oczywiście też muszę kombinować - np. BARDZO SIĘ STARAM nie przesadzać z ilością tłuszczu (ale ZA BARDZO kocham orzechy ;)), nie sięgam po przetworzone produkty, a obecnie jestem na etapie ograniczania pieczywa, bo mam podejrzenia, że może mi trochę mieszać ;) Poza tym, ruch! Ale taki intensywny, podczas którego oblewać Cię będą siódme poty :) Skóra zyskuje na gładkości i promienności. Tę zależność zauważyłam stosunkowo niedawno, świat nauki ma na to nawet jakieś skomplikowane teorie, w których zamierzam się dokształcić.
      Spróbuj zatem może wprowadzić zmiany z tej strony? Małymi krokami, etapowo, no i daj sobie czas.

      Z kremami przy cerach trądzikowych rzeczywiście trzeba uważać. Są różne teorie, ale koniec końców u mnie chyba najlepiej sprawdzają się olejki. Po kremy sięgam... z czystej ciekawości właściwie. Ze swej strony mogę polecić Ci olejek z nasion malin (ja chwalę sobie Ministerstwo Dobrego Mydła pod tym względem) - bardzo dobrze działa na moją cerę zarówno na dzień, jak i na noc. A z mieszanek rewelacyjnie sprawdzał się u mnie Divine Face Oil z Antipodes - używałam go tylko na noc, rano cera była rozpromieniona, przyjemnie miękka, wygładzona, nawilżona, a trądzikowe problemy złagodzone (no i ładniej się goiły).
      Ale serio, nie ma sensu skupiać się tylko na pielęgnacji, bo łatwo popaść w błędne koło. Chyba obie dobrze o tym wiemy ;)

      Trzymam za Ciebie mocno kciuki, Olu!

      Usuń
    2. Dziękuję za wszystkie dobre słowa! to dla mnie mega dużo! Wgl jak tam czytam to masz dużo racji, jak np z tym żeby trochę odpuścić i pozwolić skórze samej się uregulować :)
      Ostatnio już wariowałam, każde spojrzenie w lustro sprawiało, że chciało mi się krzyczeć ze złości... Staram się właśnie dbać o buzie jak najlepiej, czytam składy jak opętana, odrzucam wiele kosmetyków, o podkładach nie wspomnę (boje się ich jak diabli,że zmasakrują mi buzie), a i tak jest różnie: przez długi czas potrafi być super, a za chwilę jest katastrofa (tak jak np teraz - od ok 2tyg nie mogę sobie z nią poradzić) :(

      Najbardziej gnębią mnie zaskórniki zamknięte, taka kaszka widoczna pod światło - bardzo wkurzająca, szczególnie jak zrobię makijaż. Poza tym są jeszcze przebarwienia, po tych niespodziankach które zachciało mi się wyciskać. Z tym wyciskaniem mam największy problem - jak się zdenerwuje to nie mogę się opanować...

      Wgl widzę, że moja psychika, bardzo ucierpiała od kiedy buzia zaczęła się pogarszać (nie od zawsze miałam takie problemy, miałam krostki ale dopiero to co teraz zaczęło się jakieś 4lata temu). Mam kompleksy z tego powodu, nie czuje się kobieco, najchętniej nosiłabym ciągle rozpuszczone włosy (bo zmiany są praktycznie na policzkach), nie pokazuje się ludziom na ulicy bez makijażu... A na jakby tego było mało dobili mnie dermatolodzy: jeden chciał przepisać Izotek, a drugi antybiotyk na bazie tetracykliny...
      Czasem myślę czy nie powinnam się na coś zdecydować, może miałabym w końcu spokój...

      No dobrze, koniec tego biadolenia, teraz spróbuje spojrzeć na swój problem po Twojemu :) :)

      Powiedz mi jeszcze tylko, czego używasz do demakijażu? i jaki podkład polecasz - zależy mi na czymś lekkim, żeby nie blokował porów?

      Usuń
    3. Olu, cała przyjemność po mojej stronie :)

      Wiesz, ja zaczynam też myśleć trochę inaczej o skórze, właściwie, to o ciele w ogóle. Przez większość życia (bo trądzikowe dolegliwości właśnie tyle mnie nękają) podejmowałam walkę, niemal wręcz ;), głównie z cerą. Obecnie próbuję podejść do tematu z zupełnie innej strony - bo może właśnie ta walka poniekąd zaostrzała problem? I nawet jeśli nic zewnętrznie nie miałoby się zmienić na lepsze, to dobre nastawienie do samego siebie sprawia, że jest nam lepiej w środku. Bez zbędnego stresogennego balastu. A przecież to jest najważniejsze, nie żaden pryszcz, rozszerzone pory, czy zaczerwienione policzki. Nie chcę zabrzmieć pompatycznie, ani umniejszać rangi tej skórnej udręki, lecz sama widzisz, do czego ciągłe o tym myślenie może doprowadzić. Dodatkowo, ja też zdaję sobie sprawę z tego, że nawet w najgorszym momencie tego trądzikowego horroru, byłam w o niebo łagodniejszej sytuacji, niż ci, którym się tak "nie poszczęściło", bo np. długie tygodnie musieli spędzić w szpitalnym łóżku, bo każda zmiana zostawiła po sobie głębokie blizny, bo spotkała ich niejedna przykrość ze strony innych ludzi - a to tylko przez to, że, hmmm, nie mieli GŁADKIEJ, "WYPIELĘGNOWANEJ" TWARZY, więc na pewno się nie myli, codziennie opychali fast foodami i w ogóle, to mają za swoje... To okropna choroba, często bagatelizowana, ale i równie często (w niektórych przypadkach) wyolbrzymiana, niepotrzebnie wynoszona na piedestał światowych problemów. Owszem, niejednokrotnie pociąga to za sobą dalsze choroby, najczęściej psychiczne zaburzenia, czemu swoją drogą wcale się nie dziwię, zwłaszcza, że ludzie wciąż potrafią być (albo coraz bardziej są?) cholernie okrutni, nieczuli i pozbawieni krzty empatii. No ale tu właśnie pojawia się ta najważniejsza rola samoakceptacji, przyjęcia rzeczywistości taką, jaka jest, bez żalu i bez złości, z dużą dozą egoistycznego szacunku do samego siebie. Żałuję, że w praktyce tak trudno ten stan osiągnąć.

      Nie przejmuj się tymi przebarwieniami, mogą być irytujące, owszem, ale warto zaprzątać sobie głowę taką bzdurą? :) Jeśli masz ochotę, zawsze możesz je czymś zakryć, a jeśli nie, to też dobrze (może nawet lepiej?), w końcu to Twoja skóra, nikomu nic do niej. Nie zrozum mnie źle, ja też mam takie momenty, gdy patrzę w lustro i pierwszą myślą, która ciśnie mi się na usta jest "cholera, ile jeszcze?!", ale to ten sam moment, w którym przypominam sobie, że takie nastawienie w niczym mi nie pomoże. W niczym. A wiesz, co zdecydowanie pomaga? Uśmiech, do tego samego odbicia, w tym samym lustrze :)

      No i absolutnie nie warunkuj swojego poczucia kobiecości tym, jak wygląda Twoja twarz! O nie! Przecież kobiecość to nie tylko aparycja, ale przede wszystkim aura, którą wokół siebie tworzymy, a która wypływa bezpośrednio z wewnątrz. Zresztą, pojęć kobiecości jest tyle, ile nas samych, bo każda jest zupełnie inna :)

      Co do leczenia doustnego. Mój stosunek do dermatologów i lekarzy wszelkiej maści jest na ten moment co najmniej ambiwalentny ;) Izotek jest w stanie pomóc, bo w zasadzie jak nie miałby tego zrobić, skoro jego formuła jest tak inwazyjna? Pytanie - na ile wart jest podjęcia ryzyka? Czy w ogóle?

      Usuń
    4. Jeśli chodzi o demakijaż to baaaardzo polecam Ci olejkowe podejście do tematu :) Ja lubię do tego angażować olej jojoba, czysty, najzwyklejszy, zawsze kupuję go na Ecospa i zawsze jestem zadowolona. Drugą opcją jest wyrób Resibo, to już mieszanka olejów, która genialnie sprawdza się w przypisanej jej roli :) Całość szybko zdejmuję z twarzy zwilżoną szmatką (albo płatkami nasączonymi micelem, u mnie obie metody się sprawdzają), następnie używam jakiegoś żelu, od kilku miesięcy kupuję Tymiankowy żel Sylveco i z takiej opcji jestem zadowolona :) Z podkładami jest niestety gorzej. Teraz co jakiś czas używam okropieństwo od Marca Jacobsa (Remarcable) - chcę go jak najszybciej zużyć, albo miks dwóch podkładów Chanel, dla odmiany lekkich (Perfection Lumiere Velvet i Vitalumiere Aqua). Na tę dwójkę w zasadzie nie narzekam, lecz w ciemno ich Tobie nie polecę. Jeśli jednak szukasz czegoś lekkiego, o ładnym wykończeniu, to przyjrzyj się podkładom Everyday Minerals, ze szczególnym uwzględnieniem ich formuły z jojobą. To naprawdę fajne produkty, niedawno przez chwilę je testowałam i w ogólnym rozrachunku wypadły bardzo przyzwoicie. Myślę, że skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie w niedalekiej przyszłości :)

      Usuń
    5. Tyle mądrych, budujących i ciepłych słów użyłaś w tym komentarzu, że zrobiło mi się, aż lżej na sercu! Miło jest wiedzieć, że ktoś kogo w sumie nie znasz, jest tam gdzieś, rozumie Twój problem i wystukując palcami konkretne słowa na klawiaturze potrafi tak na odległość pomóc! Bardzo Ci za to dziękuję!
      W chwilach powracających słabości, nerwów i bezsilności będę wracać do tego komentarza :)

      Czytając wcześniej Twoje wpisy, wielokrotnie miałam ochotę zostawić jakiś komentarz, poradzić się, podyskutować, ale nie wiem czemu nigdy tego nie zrobiłam. Z czasem plułam sobie w brodę, bo widziałam, że nie wracasz tutaj, a ja w międzyczasie miałam chwilę, że chciałam "pogadać"... Cieszę się jak nie wiem, ze wróciłaś, a ja że napisałam :) Mam nadzieję, ze tu zostaniesz, bo fajnie byłoby mieć jakiś kontakt :)

      Za tydzień idę na wesele, za dwa tygodnie wyjeżdżam na urlop, może w końcu będę na tym pierwszym bawić się nie stresując się, czy makijaż nie spłynął pokazując moje problemy, a na drugim przełamię się i wyjdę do ludzi bez makijażu, "zostawiając myśli o pryszczach w pokoju hotelowym"...


      Ja jakoś chyba żyje sto lat za murzynami bo nadal boje się olejowania :P Jakiś czas temu chcąc wprowadzić dwuetapowe oczyszczanie zakupiłam mleczko na bazie olejków i zaczęłam nim zmywać makijaż. Po nim jeszcze myłam buzię delikatnym żelem biały jeleń... Niestety gdzieś mniej więcej po 1,5 m-ca zaczęły nawiedzać mnie wypryski. Nie wiem czy był to efekt używania mleczka czy może chodzi o to, że delikatny żel nie do końca radził sobie z jego zmywaniem. Widzę, że Ty po olejach używasz żelu trochę mocniejszego - może to jest jakiś sposób? Muszę poczytać o tym olejku Resibio, bo już wiele osób go polecało :)

      Używałaś kiedyś może żelowego kremu La Roche Posay Lipkar Surgras? Myślę nad jego zakupem, podobno świetnie radzi sobie ze zmywaniem filtrów, cięższego makijażu czy też domywaniem olejków :)

      Usuń
    6. Jeśli moje przemyślenia są dla Ciebie pomocne, tym bardziej się cieszę :)) Wsparcie i zrozumienie często są w stanie wiele zmienić, bo abstrahując nawet od tego najważniejszego stadium samoakceptacji, trzeźwe spojrzenie z zewnątrz pomaga czasami otworzyć inne furtki myślowe. Najczęściej jest też tak, że pomimo tego, iż doskonale zdajesz sobie z czegoś sprawę, dopiero gdy usłyszysz to od kogoś innego, obcego, czy nie, mało istotne, ale dopiero wtedy informacja uderza w świadomość i się w niej aklimatyzuje :) Pokrętna logika ;P

      Wiesz, ten brak udzielania się w komentarzach mimo palącej chęci - znam to z autopsji :D U mnie najczęściej wynika to z przeświadczenia, że 'a, bo pewnie już ktoś inny na to wpadł, ktoś inny na pewno już o tym wspomniał, a po co powielać podobne myśli, a ja nie lubię się powtarzać...', albo przeciwnie - zdarzy mi się czasami obserwować "ożywione" dyskusje w komentarzach, które zaczynają się pozytywnie i przyjaźnie, a kończą wyzwiskami od osób, które najwyraźniej nie mają co robić z wolnym czasem ;) Zmora internetów ;) W każdym razie, drzwi do mnie stoją otworem :)

      No to ja już z tego miejsca życzę Ci udanej zabawy weselnej, no i bezstresowych wakacji! Jestem przekonana, że dasz radę wyzbyć się tych hamujących i bardzo ograniczających myśli :) Nie warto ich pielęgnować! :)

      Zła sława olejków wywodzi się chyba z marketingowych oszustw :P Sądzę, że to wina firm kosmetycznych, które swego czasu opisując jakiś krem bogatym w naturalne oleje, najczęściej pakowały w niego parafinę, a te 'naturalne' komponenta zastępowali syntetycznymi, które nie miały prawa zadziałać zgodnie z obietnicami. Potem, dla odmiany, pojawił się trend 'oil free', zwłaszcza w odniesieniu do pielęgnacji cer tłustych i trądzikowych, które przecież wymagają BARDZO SPECJALISTYCZNEJ obsługi ;) i bach! kolejne błędne przeświadczenie zakorzeniło się nam w głowach. Grunt to znaleźć równowagę i nie zawierzać bezkrytycznie telewizyjnym nowinkom.
      Ale wracając do tematu ;) Jeśli chodzi o mleczka, ja nigdy nie byłam ich wielką fanką, lecz od dawna też żadnego nie używałam, stąd trudno mi się wypowiadać. Może rzeczywiście żel nie domagał w kwestii dokładnego pozbycia się tego poprzedniego kosmetyku wraz z całym rozpuszczonym makijażem? Może sytuacja wymagała podwójnego mycia z wodą? Na temat olejku Resibo mam kilka dobrych słów do przekazania i myślę, że wkrótce dam o nim znać na łamach bloga :) Może ułatwi Ci to decyzję.

      O tym produkcie LRP nie słyszałam wcześniej, ale muszę przyznać, że mnie do ich wyrobów nie ciągnie. W przeszłości przetestowałam ich sporo, ale jak sięgam pamięcią, żaden w zasadzie nie odznaczył się jakoś szczególnie w pozytywnych efektach.

      Usuń
    7. Obiecuję więc że od dnia dzisiejszego będę się udzielać częściej, bo dużo dałaś mi do myślenia tą "rozmową" :) i mam nadzieję, że pewnego dnia się odezwę i będę mogła napisać, że moje problemy z cerą się zmniejszyły, a nawet jakby się nie zmniejszyły, to chciałabym napisać, że moje ogólne nastawienie w tej sprawie się poprawiło na + i już jakiś tam pryszcz nie psuje mi ważnego spotkania czy też dnia w pracy... :)

      Poczytam o tych wszystkich olejkach, mimo moich obaw i wzbraniania się do tej pory przed nimi, może coś sobie teraz wybiorę :P w końcu kobieta zmienną jest, może staną się więc one nieodłącznym elementem mojej pielęgnacji, kto wie :D

      Czekam też na wpis odnośnie tego olejku Resibo no i może znajdziesz kiedyś czas i napiszesz chociaż parę słów odnośnie swojej pielęgnacji, np teraz wiosennej a w sumie letniej :)

      A mam jeszcze jedno pytanko odnośnie peelingów :> jaki polecasz/stosujesz? ja swego czasu stosowałam mechaniczne, obecnie wolę enzymatyczne, bo mim wszystko buzia jest wrażliwa... Miałaś kiedyś peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych z e-naturalne ?

      Usuń
    8. Trzymam za Ciebie mocno kciuki i zdecydowanie czekam na wieści o pozytywnych zmianach! Wierzę, że wkrótce nastąpią :)))

      Olejków naprawdę nie należy się obawiać. Oczywiście, może być tak, że któryś się nie sprawdzi, trzeba szukać czegoś odpowiedniego dla siebie, ale uważam, że warto :) Zresztą, ja jestem idealnym przykładem na to, że da się do nich przekonać - przez większość mojego 'pielęgnacyjnego życia' unikałam ich jak ognia, a tu masz! Teraz olejków nie może u mnie zabraknąć, no i są zdecydowanie wielozadaniowe :)

      Co do mojej codziennej pielęgnacji, to nie jest ona skomplikowana, więc pokrótce mogę Ci ją nakreślić: rano: żel tymiankowy Sylveco, tonik Resibo, krem pod oczy Resibo, Rejoice (kończy mi się i może kupię coś nowego) albo olejek malinowy; wieczorem całość wygląda niemal tak samo :D tyle, że dodaję olejek Resibo celem rozpuszczenia makijażu, jeśli go noszę, potem żel, tonik, olejek malinowy, no i na jakieś niedoskonałości olejek z drzewa herbacianego. Do osuszania skóry po myciu przez długi czas sięgałam po papierowe ręczniki, teraz, od kilku miesięcy, używam ściereczki muślinowej. Nic więcej na co dzień nie stosuję :)

      Jeśli zaś o peeling chodzi, to moim zdecydowanym ulubieńcem jest produkt Phenome, Exfoliating Facial Paste (kończę właśnie kolejny słoiczek) - uwielbiam go, ale to mechaniczny peeling, więc nie wiem, czy będziesz zainteresowana. Z enzymatycznych lubię również Phenome Enzymatic Gentle Exfoliator, no i Gentle Cream Exfoliant z Dermalogica działa rewelacyjnie. Tego z e-naturalne nie miałam, myślę, że wypróbuję go w przyszłości :)

      Usuń
    9. Będę pisać, będę!
      dzięki za wszystkie wiadomości, rady i polecane kosmetyki :)

      a ten peeling polecam, zdecydowanie warto wypróbować :)

      Usuń
  9. Super, że jesteś!
    Antipodes dopiero poznaję, mam ich maskę z miodem manuka, całkiem jestem zadowolona.
    Krem na dzień to mój odwieczny problem, nie mogę nic znaleźć co mi pasuje...aktualnie korzystam z LRP, ale już powoli zaczynam się za czymś nowym rozglądać. Chyba się skuszę na Rejoice, jak mówisz, że nadaje się dla tłuściochów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aurę też mam, od kilku miesięcy czeka na swój debiut - maska z PAI jest bardzo wydajna :D Liczę na nią bardzo i mam nadzieję, że rzeczywistość nie ominie producenckich obietnic ;))

      Dla mnie wybór kremu do twarzy zawsze był problemem. Najczęściej coś okazywało się nie tak, najczęściej pogarszały stan mojej trądzikowej cery i w ogóle to najczęściej przeklinałam twórców tych paskudnych formuł. Rejoice jest bardzo fajny, tak, jak pisałam, szybko się wchłania, chociaż pierwszy kontakt może na to nie wskazywać - jakby co, nie zrażaj się :D No i może Ty także zauważysz choć delikatną pomoc w uregulowaniu produkcji sebum.
      Daj znać, jeśli się skusisz :)

      Usuń
    2. Którą to maskę z PAI masz? A Aura jest w porządku, ale ma bardzo lekką konsystencję i tak szybko się wchłania, że w ogóle jej na twarzy nie widać - nie do tego jestem przyzwyczajona :P

      Pewnie w końcu kupię, chociaż kusisz olejkami :) Zwłaszcza tym z malin - do MDM nie mam dostępu aktualnie, ale może znajdę inny...mówisz, że nadaje się na dzień? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić :P

      Usuń
    3. Rosehip Bioregenerate Rapid Radiance Mask - tę mam. Maseczka w porządku, ale w zasadzie... postaram się o niej coś na blogu napisać, bo przyznam, że uczucia wzbudza we mnie mieszane.

      Olejki jak najbardziej polecam! Pewnie nie każda skóra polubi się z każdym, wiadomo, ale potencjał w nich drzemiący jest niesamowity :) Ten z nasion malin używam z powodzeniem rano i wieczorem. Na pewno znajdziesz taki u siebie, ja polecam MDM, bo akurat uważam, że jest bardzo dobrej jakości, ale wiesz, wystarczy poszukać :) I tak, owszem! Sprawdza się nawet pod makijaż :D Mnie też to swego czasu dziwiło. Tymczasem wystarczy zaaplikować odpowiednią ilość. Kilka kropelek bardzo szybko się wchłania, zwłaszcza, gdy zaaplikowane są na delikatnie zwilżoną tonikiem skórę. Jeśli jednak całość nie zdąży w nią wniknąć odpowiednio szybko, bo np. nałożę za dużo albo prędko muszę zrobić makijaż, to wystarczy zebrać nadmiar chusteczką. Niektóre podkłady nawet lepiej na tak przygotowanej cerze wyglądają, więc nie obawiaj się, działaj :P

      Usuń
  10. Mam wrażenie, że tak jak idealny podkład, tak też idealny krem - nie istnieje! Wszystkim zawsze blisko, ale żaden jeszcze nie stanął na podium ;) Antipodes kusi mnie od dawna i mam nadzieję, że już nie długo będę mogła na coś się skusić (wiadomo - zapasy ;)
    Liczę też, że tym postem zapowiedziałaś swoją regularną bytność na blogu ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwona, im dłużej myślę nad znaczeniem przymiotnika "idealny", tym bardziej zastanawiam się nad jego właściwym sensem ;) Bo tak, jak mówisz, jak dobre by coś nie było, to zawsze znajdzie się choćby jakaś drobnostka, która już w ten wyimaginowany, skończenie doskonały obrazek się nie wpisuje ;)))

      U mnie z zapasami problemu właściwe nie ma. Jakaś maska, peeling, czy 'dodatkowy' róż się znajdą, ale w zasadzie nie narzekam. Nie muszę przynajmniej szukać niczego na gorąco :D Antipodes i przede mną otworem cały czas stoi, póki co ich wyroby spełniają moje oczekiwania, więc naturalną koleją rzeczy, mam ochotę na więcej :)

      Jak bardzo regularna będzie to bytność, to się okaże, ale póki co, mam przygotowany już kolejny wpis - jest dobrze :D

      Usuń
  11. Z dziką rozkoszą czytam Twoje posty! :) Z przyjemnością dołożę swoje 3 grosze w tym temacie.

    Mam cerę tłustą, trądzikową, 35letnią. Czyli I know the drill ;)

    Kremy dobieram do potrzeb skóry, a one zmieniają się DIAMETRALNIE w zależności od pór roku, sezonu grzewczego etc. I tak moimi jesienno-zimowymi ratownikami są: Rokitnikowy z Sanbios - bdb polska marka z Gliwic bodajże, polecone przez moją dermatolog ;) Jest wspaniały. Ale Sylveco rokitnikowe lekkie i nagietkowe również bardzo dobre. W kojeniu świetny okazał się też być Różany krem od Dr Hauschka oraz ten z Przypołudnika z ich serii MED. Kapitalne również okazały się być kremy z Make Me Bio - Garden Roses i Orange Energy.

    Generalnie stawiam na wyciągi z miodu, róży, awokado, rokitnika, lukrecji etc. To są pewniaki dla mojej skóry.

    Kłopocik sprawia mi jedynie dobór kremu na lato, gdy moja skóra przetłuszcza się jak szalona, a przecież wciąż potrzebuje nawilżenia. Dobry był Fitomed krem nr 11, ale właśnie mi się kończy i zastanawiam się nad powrotem do Featherlight z MakeMeBio. Jednak obu czegoś moim zdaniem brakuje do bycia IDEALNYM na potrzeby mojej skóry w czasie lata. :(. Brakuje tego uczucia yyyyyyym jak mi dobrze, jaka ulga, czyli długotrwałego uczucia nawilżenia.

    Naturalnie punkt widzenia zawsze będzie zależał od punktu siedzenia, czyli potrzeb skóry.
    Moje poszukiwania letniego, skutecznego nawilżacza trwają więc. Jednak w pozostałych miesiącach roku zawsze wracam do któregoś, czasem dwóch z wyżej wspomnianych pewniaków. Nie kusi mnie nic droższego innego. Póki co ;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co? Piąteczka! Bo ja zawsze z ciekawością studiuję Twoje komentarze :)

      Dobieranie pielęgnacji do konkretnej pory roku tudzież skórnych potrzeb uważam za bardzo zasadne. Ale, prawdę mówiąc, rzeczywistość najczęściej ma dla mnie zupełnie inny scenariusz ;)) I tak czasami uda mi się wstrzelić z zakupem nowego specyfiku akurat gdy warunki pogodowe sugerują zmianę formuły, czy konsystencji, ale zwykle przetańczę połowę gorącego sezonu w towarzystwie czegoś, co pamięta jeszcze zeszłoroczny śnieg ;) Inną sprawą jest to, że nie lubię mieć kilku napoczętych kosmetyków z tej samej pielęgnacyjnej kategorii, bo wtedy zwykle gonią mnie niepotrzebnie dodatkowe terminy, a wyroby, po które sięgam mają je zdecydowanie krótsze, niż najbliższa dekada ;) Życiowy problem no 1 lol.

      W każdym razie dzięki Ci za Twoje typy. Całkiem możliwe, że zapoznam się bliżej w przyszłości z marką Make Me Bio. Wprawdzie zdarzyło mi się testować kilka ich kosmetyków wcześniej, ale obecnie prezentuję trochę inne podejście do tej sfery, niż kiedyś, więc pamięć i doświadczenia z chęcią odświeżę :)
      Kremów z Sylveco unikam. Unikam jak ognia, mimo że tylko jeden z nich zagościł w moich progach. Któraś z tych lekkich wersji (rokitnik?) sprawiła, że moja skóra zbuntowała się na amen, rzuciłam nim prawię w stratosferę i nigdy więcej nie pomyślałam nawet o innych kremowych opcjach tej marki. Choć wśród asortymentu Sylveco mam swoje małe perełki :)
      Sanbios zaraz sobie prześwietlę, ach, uwielbiam poznawać nowe, polskie marki kosmetyczne.

      Jeśli chodzi o genialne nawilżenie, to chętnie poddam Twojej uwadze krem Fridge, 1.0 Silky Mist. Nie polecam go na 100%, bo póki co testowałam tylko małą próbkę, ale ohhh my!, uczucie po aplikacji, długie godziny po i właściwie to przez cały dzień - ulga, o której z takim utęsknieniem mówisz, to chyba tutaj :) Zapowiada się dobrze i na pewno sięgnę po pełnowymiarową buteleczkę.

      Usuń
    2. No tak, piąteczka! Nie inaczej. I dzięki serdeczne. :))))

      Mamy chyba podobne podejście, bo i u mnie nic się w żadnych sztywnych ramach "zima" "jesień" nie zamyka. Wszystko płynie ;) Zobrazowałam to tak z grubsza, ale moje skóra, tak jak sama piszesz, gra według coraz to innego scenariusza, wszystko płynnie się zazębia, niczego latem nie wyrzucam, nie odstawiam z dnia na dzień. ;) Rzeczywistości nie da się zamknąć w żadne sztywne ramki, a już na pewno nie nam, trądzikowcom. ;)

      Słyszałam już o takich reakcjach na Sylveco, podejrzewam zatem że to reakcje skóry na jakiś składnik. Naturalne substancje lubią podrażniać, i chyba rokitnik również do nich należy, być może nie jest on dla wszystkich, ale to tylko moje domysły, oparte na obserwacjach, nie zgłębiłam tematu. Możliwe, że to kwestia kiepskiej formuły etc.

      Dzięki za typ od Fridge. Już ich kiedyś prześwietlałam internetowo, ale nie wiedziałam co brać. Takie polecenie, to zawsze jakiś sensowny i konkretny trop. Przyjrzę mu się co tam ma w składzie. Mojej skórze nie służy np. gliceryna i większe stężenia shea.

      Jeszcze zapomniałam o moim składnikowym Graalu - aloes. Pochłaniam go doustnie - soki, oraz "przezskórnie" ;) I robi dobrze w całym człowieku ;) Nie tylko na skórze. Co prawda idealnego aloesowego kosmetyku DO TWARZY jeszcze nie znalazłam, ale nie zbaczam z tej ścieżki i testuję w zasadzie wszystko jak leci. Tylko to bardzo długo trwa, bo ja również nie lubię mieć zbyt wielu otwartych kosmetyków z jednej kategorii, tzn lubię max 2, na działanie na dwóch frontach/potrzebach skórnych: jeden na odtłuszczanie - np żel tymiankowy also my loooove!!!! A drugi na natłuszczanie - wszelkie olejki i inne bogatsze formuły, emulsje. I tak się bujam, jak to lubię się pośmiać z pielęgnacji swojej tak trudnej, chorej skóry. Jednak w dzisiejszych czasach jest to o wieeeele łatwiejsze i przyjemniejsze. Plus wiadomo, dieta, hormony - chyba największy decydent w tej kwestii, no ale dziś miało być o kremach to już nie płynę dalej ;)

      Dzięki za info o kremie :)







      Usuń
    3. Racja, za trądzikową skórą najczęściej trudno nadążyć, jej humory to istny kalejdoskop skrajności ;) Ale muszę przyznać, że odkąd zminimalizowałam nieco moją pielęgnację, lepiej mi na duszy i na twarzy ;))) W razie potrzeby (choć właściwie całkiem regularnie) stosuję dodatkowe kosmetyki - takie, jak maseczka czy peeling - i tutaj też, nie przesadzam z możliwościami wyboru - kiedyś cztery maseczki wołały o piątą do towarzystwa, aktualnie mam jedną, mogłabym mieć góra dwie - coś do oczyszczenia, coś do nawilżenia. A i peelingi swego czasu namiętnie rozgraniczałam na enzymatyczne, mechaniczne i jeszcze coś pomiędzy - teraz jeden, o dziwo, spełnia się w tej roli tak samo dobrze - cud jakiś, czy co? :P

      Silky Mist ma w składzie glicerynę, zdaje się, że większość kremów Fridge ma. O ile dobrze kojarzę, Face The Cream jest jej pozbawiony, ale głowy nie dam. Tak, jak mówię, nie mam pojęcia, jak w dłuższej perspektywie sprawdziłby się ten nawilżacz, ale pierwsze wrażenie wywarł baaardzo zachęcające :) Jeśli się zdecydujesz, to koniecznie daj znać co sądzisz!

      A wiesz, że ja z aloesem nigdy nie kombinowałam? O piciu zupełnie nie pomyślałam, skrajne opinie ostatecznie sprawiły, że przeszłam obok tematu obojętnie. W zasadzie może niepotrzebnie :P Wezmę sobie do serca Twoje pozytywne doświadczenia :)
      Co do żelu tymiankowego - masz na myśli ten z Sylveco? Kurczę, ja sięgam po niego od... nie pamiętam ilu miesięcy właściwie... Obecnie zużywam kolejne opakowanie pod rząd. W międzyczasie zdecydowałam się na jego zamianę z rumiankowym bratem, ale tymianek jednak u mnie wygrywa. Choć mimo sceptycznego początkowo nastawienia, rumiankowa opcja nie okazała się wcale taka rozczarowująca :)

      Prawdę rzeczesz, kosmetyki swoją drogą, ale nie na tym obszarze budowane są fundamenty, w tym przypadku, zdrowej skóry. Sama się o tym przekonałam i przekonuję każdego kolejnego dnia. U mnie diametralną różnicę przyniosła zmiana przyzwyczajeń żywieniowych. Nadal nie mam "idealnej" cery, jej wygląd, standardowo, zależy od dnia cyklu, ale!!!, w ostatecznym rozrachunku jest lepiej, niż wtedy, gdy używałam farmaceutycznych mazi. Tzn. z maściami/żelam/kremami było swego czasu dobrze, ale co z tego, jeśli w którymś momencie wszystko wracało? Wystarczyło odstawić "leki". Poza tym, teraz jak na dłoni mogę zobaczyć, jakie spożywcze produkty zdecydowanie mi nie służą. Wcześniej ten proces był mocno zachwiany, bo owszem, niby jakieś podejrzenia miałam, ale ostatecznie jedno mieszało się z drugim plus dermatologiczne produkty poniekąd kamuflowały oznaki jakiejś alergii, nietolerancji, czy jakkolwiek inaczej by to nazwać. Niestety, to trudniejsza droga. I wolniejsza. Wymaga czasu i cierpliwości, chyba dlatego tak łatwo i w pierwszej kolejności skłaniamy się ku kosmetykom. A droga do tego specyficznego kosmetycznego zaślepienia jest już dalej bardzo prosta... ;)

      Usuń
  12. Absolutnie uwielbiam Cię czytać! Cieszę się, że jesteś tu. Kremu nie znam, tak jak innych produktów tej marki, ale mam w planie poznać, zwłaszcza kusi mnie gruszkowy krem na noc:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamila, pięknie dziękuję Ci za te słowa, niesamowicie mnie cieszą!
      Ten krem z gruszką zapowiada się dobrze, przypuszczam, że w połączeniu z olejem awokado, który rewelacyjnie nawilża, może być bardzo udaną opcją dla suchej cery :)

      Usuń
  13. Cieszę się że znowu jesteś. Uwielbiam Cię czytać. Buziaki ślę :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger