poniedziałek, 14 listopada 2016

Phenome, Luminous Apple Cream

Phenome, Luminous Apple Cream
"O kremie doskonały! Przyjdź do mnie i ukój mej cery doskonałości tęsknotę... "
(Megdil, "Marzenia niespełnione. Tom XV")

Nie wiem jak jest z Wami, ale moje pielęgnacyjne poszukiwania to nieustanny ciąg milszych i tych przykrych perypetii. Jak sięgam pamięcią, największą zmorą od zawsze był dla mnie zakup nowego kremu do twarzy. Trądzikowe cery z pewnością coś o tym wiedzą, niewiele bowiem trzeba, by nadzieje związane ze strojnym słoiczkiem przepełnionym gładkimi obietnicami poszły wniwecz już po pierwszym użyciu.
Wiele kremów przewinęło się w mojej pielęgnacji, do niewielu powracałam regularnie. O kilku z tych najlepiej się u mnie spisujących możecie poczytać na blogu (np.: tutaj, tutaj i tutaj). To część wąskiej grupy pielęgnacyjnych wspomagaczy, po które chętnie sięgałam i być może sięgać będę także w przyszłości. Wymagania mojej cery zmieniają się jednak wraz z upływem czasu, a bohater dzisiejszego wpisu jest na to idealnym przykładem.


Lumionus Apple Cream to krem rozświetlający, krem na dzień przeznaczony głównie dla cery normalnej (a propos, która z nas taką posiada? ;)), krem, z którym miałam styczność już wcześniej, zaraz po tym, gdy pojawił się na wirtualnych półkach marki Phenome (klik). Zauroczył mnie wówczas nie tylko zapachem, ale i swoim przyjemnym działaniem, bo już po pierwszym (!) użyciu otrzymałam obietnicę rozświetlenia, dobrego nawilżenia i bezproblemowej współpracy z codziennym, delikatnym makijażem. To zadowolenie zakorzeniło się w mojej głowie i gdy po długich miesiącach (liczonych w latach? ;)) pojawiła się u mnie potrzeba zakupu nowego kremu, ochoczo zwróciłam swoje dłonie właśnie w stronę jabłkowego Luminous.

Zapach, konsystencja, proces rozprowadzania formuły na skórze, jej wchłanianie - wszystko to pozostało odzwierciedleniem tego, co tkwiło w mojej pamięci. Piękny, jabłkowy aromat, który o poranku fantastycznie orzeźwia i napawa dodatkową energią. Delikatna, żelowa, choć otulająca, konsystencja bezproblemowo rozkładająca się na cerze, no i natychmiastowa niemal gotowość do rozprawienia się z szybkim makijażem. Luminous robi to wszystko. Ale... Jest jedno i zasadnicze. Głównym powodem, dla którego zdecydowałam się na tę owocową, kremową recepturę było wspomnienie przyzwoitego nawilżenia. Moja cera, choć tłusta i z trądzikowymi zapędami, często wyraża potrzebę otrzymania konkretnej jego porcji, w innym przypadku znikąd obnaża suche skórki, zwłaszcza w okolicach nosa, a w ekstremalnych momentach przyprawia mnie nawet o poczucie srodze niewygodnego ściągnięcia połączonego z równie nieprzyjemnym szczypaniem. Nie jest to mój codzienny chleb, lecz od nawilżającego kremu wymagam, by podczas swojej codziennej wachty robił to, do czego jest przeznaczony... Nie mogę odmówić Luminous szeregu wyżej wymienionych zalet, lecz w ostatecznym rozrachunku nie równoważą one mojego rozczarowania i poczucia niedosytu.

Ja szukam więc dalej w nadziei, że moje egzystencjalne dzieło poszukiwawcze o niespełnionych marzeniach nie wzbogaci się o kolejny tom ;) A który krem Wy obecnie uważacie za najlepszy dla swojej cery?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

piątek, 24 czerwca 2016

PAI, Rosehip BioRegenerate Rapid Radiance Mask

PAI, Rosehip BioRegenerate Rapid Radiance Mask
Odkąd pamiętam wszelkiego rodzaju maseczki chętnie przyjmowałam pod swój kosmetyczny dach. Na taki stan rzeczy złożyło się oczywiście kilka powodów, wśród których prym wiodły moje skórne problemy - a  że maseczki to takie twory o upiększających instant zdolnościach, to wiadomo… Udawszy się w sentymentalną podróż przypomniałam sobie (chyba?) pierwszy mój taki kosmetyk. Drożdżowa maska marki Under20, jeśli niczego nie pokręciłam!, w każdym razie opakowanie zielone, zapach drożdżowy i działanie całkiem przeciętne. Z perspektywy czasu wiem, że zachwycać się czym nie było, z drugiej jednak strony, całe to doświadczenie pokazało mi, że warto raz na jakiś czas poświęcić chwilę na ponadprogramową pielęgnację. Kroczę tym szlakiem do dziś.

Wiecie pewnie, że lubię jak najbardziej naturalne rozwiązania. Mam wśród takich naprawdę zaufane opcje (szukać daleko nie muszę, bo najprostsze, czyste glinki sprawdzają się wyśmienicie), ale (jakżeby inaczej!) chętnie testuję nowości. Takim testem i odskocznią od znanego, była dla mnie maska brytyjskiej marki PAI - firmy, która z najwyższą troską tworzy receptury swoich kosmetyków, bowiem wszystkie z nich są nie tylko naturalne, ale i wegańskie. 

Wybaczcie brak składu, opakowanie zewnętrzne dawno już zutylizowane ;)

Rosehip BioRegenerate Radiance Mask to kosmetyk ze swej definicji mający dawać przede wszystkim rozświetlenie zmęczonej skórze. Oprócz tego wraz z zawartością tubki otrzymujemy obietnice jednoczesnego nawilżenia i uspokojenia rozedrganej emocjonalnie ;) cery. Jak to się ma do rzeczywistości, która zadziała się u mnie?

Przyznam, że do zakupu tej maseczki przekonał mnie ostatecznie różany olejek, będący już chyba legendą w wykonaniu PAI. Nie, do tej pory nie używałam go w czystej PAI-postaci, lecz nie przeszkodziło mi to, by pójść o krok dalej (a może jednak wstecz? ;)) i sięgnąć po bardziej rozbudowaną recepturę. Zacznę od tego, że mazidło to jest niesamowicie wydajne! 75 ml spokojnie wystarczy na sugerowane do zużycia półrocze. Konsystencja jest gęsta, bardzo kremowa, rozprowadza się na skórze bezproblemowo, a i jej zmycie to czysta przyjemność. Specjaliści PAI zatroszczyli się o to, by czas poświęcony zabiegowi z ich recepturą był możliwie najbardziej efektywny i dlatego wraz z każdą maseczkową tubką otrzymujemy muślinową szmatkę naprawdę dobrej jakości.

Moje oczekiwania w stosunku do tego kosmetyku nie były jasno wyklarowane. Pamiętam, że tuż przed zakupem cera lubiła mi płatać różne figle. Bo raz, że tłusta, dwa, że trądzikowa, ale to pojawiające się sporadycznie przesuszenie tudzież poczucie niedostatecznego nawilżenia stawało się coraz bardziej irytujące. Gdy maska już do mnie dotarła, a ja zaczęłam jej sumiennie używać, doznałam czegoś na kształt wielkiego znaku zapytania w tym obszarze mózgu, gdzie zazwyczaj pojawiają się jasne i przejrzyste opinie ;) Robi coś ona, czy nic nie robi? Oto jest pytanie! A właściwie było, bo wraz z każdym kolejnym użyciem zaczęłam zauważać coraz więcej pozytywnych aspektów.

Po pierwsze, maska bardzo przyjemnie relaksuje skórę, wprawdzie nie jest to efekt niedościgły innym, ale wciąż niecodzienny, zwłaszcza, jeśli do takowego z różnych powodów nie jesteśmy przyzwyczajeni. Po drugie, daje szerokie pole manewru w kwestii czasowej - mam 15 minut? Godzinę? Dwie? A może całą noc? Możliwość dopasowania czasu jej działania do naszych upodobań jest jej niewątpliwą zaletą. Ja zwykłam oscylować wokół 1-2-godzinnych seansów. Po tym czasie, przy użyciu kolistych, delikatnych ruchów zmoczonej uprzednio muślinowej ściereczki, moim oczom ukazuje się delikatnie rozświetlona, rozjaśniona, oczyszczona i gładsza cera o subtelnie wyrównanym kolorycie oraz z wyciszonymi stanami zapalnymi. Wiecie, nic spektakularnego, nic, co sprawiłoby, że z miejsca dostałabym angaż w kampanii Les Beiges Chanel, ale jednak to wciąż coś, co przyczyniało się do choć nieznacznie ładniejszej cery. A podobno małe kroki warte są czasami więcej, niż jeden wielki sus. Wartości tej nie będę przekładać na płatnicze środki, bo tutaj pojawia się pewien konflikt. Za maskę zapłaciłam około 190 zł (choć przy nakładzie odpowiednich starań można ją kupić taniej) - czy każdorazowo uzyskany efekt był takiej sumy godzien? Nie sądzę, choć przyznam, że w sprzyjających (aka promocyjnych) okolicznościach sięgnęłabym po ten produkt ponownie.

To moje pierwsze spotkanie z PAI, ale pomimo wszystko, nie ostatnie. Marka zainteresowała mnie ciekawymi połączeniami składników, przyciągnęła swoją filozofią, no i ma coś, co sprawia, że chcę sięgać po jej produkty.

A Wy znacie PAI? No i jak u Was z maseczkowaniem? Regularnie, od święta, czy może wcale? Po który kosmetyk z tej kategorii sięgacie najchętniej?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Resibo, Olejek do demakijażu

Resibo, Olejek do demakijażu

Moc tkwiąca w olejach jest zadziwiająca. Przyznaję to niczym marnotrawna córa, której wiarą w ten fakt łatwo było w przeszłości zachwiać ;) Jestem posiadaczką tłustej cery, więc od zawsze priorytetem najwyższej rangi było dla mnie pozbycie się nadmiaru sebum. Za wszelką cenę, najlepiej raz a dobrze, bez względu na poboczne konsekwencje. SLS? Tak, proszę! Wysuszający alkohol? Czemu nie! ;) Tym sposobem, jak fanatyczna naśladowczyni Rycerza Smętnego Oblicza, zataczałam błędne koło wokół kosmetyków, których działanie w mniejszym lub większym stopniu z góry skazane było na porażkę. Prawdziwa donkiszoteria.

Małymi krokami przekonywałam się do zmian, opisu tej krętej drogi Wam oszczędzę, powiem tylko, że moja przyjaźń z olejkami wszelkiej maści ma się dobrze, z dnia na dzień rozkwita, a ja wróżę jej świetlaną przyszłość :))
Jedną z takich nieoczekiwanych relacji okazała się dla mnie znajomość z olejkiem do demakijażu polskiej marki Resibo. Doprawdy, uwielbiam naturalną, rodzimą myśl kosmetyczną! 


Nie będę rozwodzić się nad opakowaniem, czy szatą graficzną - jest tu przyjemnie, nietuzinkowo, a pompka dozuje dokładnie tyle produktu, ile potrzebuję do jednorazowego ‘zabiegu’ obejmującego twarz i szyję. A właśnie, jak ów przebiega w moim przypadku? Bardzo prosto i przyjemnie :) W zagłębienie suchej dłoni aplikuję porcję olejkowej mieszanki (w skład której wchodzi m.in. normalizujący olej lniany, bogaty w witaminę E olej winogronowy, wygładzający olej abisyński, nawilżający olej awokado oraz działający antybakteryjnie olejek manuka), którą następnie rozprowadzam po całej twarzy, wykonując sumienny masaż, ze szczególnym uwzględnieniem oczu. Kiedy czuję, że etap ten wykonałam należycie, sięgam po dołączoną do zestawu, zwilżoną uprzednio w ciepłej wodzie, ściereczkę z mikrofibry i za kilkoma delikatnymi ‘pociągnięciami’ zdejmuję idealnie rozpuszczony makijaż. Z całej twarzy. I z oczu (bez niechcianego zamglenia). Et voilà! Mój opis mogłabym na tym zaprzestać, jednak przez wzgląd na wiele pozytywnych aspektów stosowania olejku Resibo, nie byłoby to sprawiedliwym obejściem tematu :)

Po pierwsze – mieszanka ta przekonała mnie do siebie swą skutecznością na tyle, że zrezygnowałam z dwuetapowego pozbywania się makijażu (olej + micel), który to wcześniej przez wiele miesięcy  uskuteczniałam. Doprawdy, nie ma takiej potrzeby! Olejek Resibo ma szanse zastąpić (i czasami u mnie zastępuje) także żel myjący, którym z kolei zwykłam myć twarz ZAWSZE rano i wieczorem, bez względu na makijaż, czy wcześniej zastosowane kosmetyki. Z uwagi na to, iż ów, odpowiednio zastosowany, nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, z powodzeniem obejmuje zaszczytne miejsce jedynego oczyszczacza, najczęściej lądującego w mojej podróżnej kosmetyczce. Może to być też dobra opcja dla tych hołdujących idei kosmetycznego minimalizmu.

Nie wiem wprawdzie, jak stosowanie powyższego sposobu wpłynęłoby na cerę trądzikową w dłuższym odstępie czasu, gdyż tego jeszcze nie wypróbowałam, lecz mnogość zadowolonych trądzikowców może rokować powodzenie i u nas.

Dodatkowym atutem jest to, w jak przyjemnym stanie olejek pozostawia skórę po całym rytuale z dołączoną do niego ściereczką - nieważne, rano czy wieczorem - cera zyskuje na miękkości, jest delikatnie nawilżona, a dzięki subtelnemu masażowi przy zastosowaniu mikrofibry także zauważalnie wygładzona. Jakby tego było mało, ze względu na swoje składowe właściwości, olejek ma szansę pozytywnie wpłynąć na uregulowanie produkcji sebum w przypadku cer mieszanych i tłustych przede wszystkim. U mnie ten proces w ostatnim czasie ewoluuje z różnych prawdopodobnych powodów, więc jednoznacznie nie mogę przypisać tych zmian Resibo, lecz sądzę, że swój wkład w owe również posiada.

Lubicie olejki czy ich nie lubicie - ten od Resibo  mogę Wam tylko polecić :) Na chwilę obecną mam również ochotę wypróbować najnowsze serum marki (macie? i jak?) :>
Znacie ten olejek? Co myślicie? No i jakie jest Wasze ustosunkowanie do olejków w ogóle?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

wtorek, 14 czerwca 2016

Chanel, Le Volume de Chanel

Chanel, Le Volume de Chanel
Rzęsy, och, rzęsy! Dlaczego wiecznie nam was mało? Jesteście niczym finezyjne motyle skrzydła implikujące piękno tych powabnych stworzeń. To również dzięki Wam kobiece spojrzenia jak hipnotyczne moce kruszą zatwardziałe samcze serca. Podkreślamy was, zagęszczamy i bezustannie marzymy o dniu, w którym latynoski powiew zaakcentuje nasze słowiańskie twarze swą ozdobną obfitością.

... Z sennych marzeń to tyle. Czas zejść na ziemię ;)))

Muszę przyznać, że w kwestii codziennego budowania rzęs na kształt tych z amerykańskich reklam tworzonych przy współudziale Evy Longorii i Photoshopa, od zawsze byłam nastawiona dość sceptycznie. Moje rzęsy nigdy nie stały się powodem żadnej rozprawki, bo jakby to nakreślić... są na tyle przeciętne, by nie wzbudzać szaleńczych zachwytów u jednych, ani przygnębiającej pogardy u drugich ;) Większość malowideł sprawdzała się więc podobnie. Przełomowym momentem było odkrycie zalotki i tego, jak bardzo kilkusekundowy zabieg na otwartym oku może wpłynąć na końcowe, estetyczne zadowolenie. Odtąd moje tuszowe oczekiwania sprowadzają się do zauważalnych właściwości pogrubiająco-wydłużających. 


Le Volume de Chanel to produkt, który takowy efekt winien na oku wyczarować. Wiecie, podwójne ‘c’ nie robi na mnie wrażenia, obietnice podrasowane marketingowym darem słowa też nie, ale swoim przeczuciom często daję się ponieść. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę w tym przypadku była szczoteczka. Dość giętka i silikonowa. Ten drugi faktor niekoniecznie warunkuje sukces, o czym pewnie niejednokrotnie przekonała się niejedna z nas, lecz tym, co wyróżnia wyrób Chanel jest ułożenie, kształt i gęstość wypustek, dzięki którym owa szczotka jest w stanie sprawnie zaaplikować czarną maź na włoski. I rzeczywiście robi to dobrze! Rzęsy po takim malunku stają się zauważalnie dłuższe, zyskują na tak upragnionej objętości, a efekt wcześniejszego podkręcenia utrzymuje się cały dzień. Przy tym zastępie spełnionych oczekiwań pozostaję bez poczucia ciężkości, za to z elastycznością włosków i naprawdę dobrą trwałością. Tusz rzadko odbija się na dolnej powiece. Mówię rzadko, bo zależy to od wcześniejszego jej przygotowania. Moja tłusta cera chętnie transportuje sebum w każde jej zakamarki, w tym także w okolice oczu. Tłuste powieki mogą być zmorą, ale dla mnie to sprawa do przeżycia ;) (choć  rozmazany tusz potrafi podnieść tętno!). Staram się więc zwracać uwagę na to, by dolna powieka w szczególności została odpowiednio pokryta pudrową woalką. Gdy się do tego natomiast nie przyłożę (Magda, leniu!), formuła Le Volume de Chanel zarzuca swą pierwotną, herkulesową twarz na rzecz achillesowej pięty, bo właściwie tylko taką słabość w niej znalazłam. 

Le Volume de Chanel mniej więcej w taki sposób podkreśla moje przeciętnej urody rzęsy

Dodam również, że tusz nie wykazuje nieprzyzwoitych tendencji do sklejania rzęs, długo pozostaje świeży, a ja, pomimo tych wszystkich zalet, już do niego nie wrócę.
Obecnie szukam czegoś, co wykaże się podobnymi właściwościami, a przy tym podczas procesu formułowania i produkcji wykluczy testy na zwierzakach. Chcecie coś polecić? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

niedziela, 12 czerwca 2016

Diptyque, Philosykos

Diptyque, Philosykos

Rzecz działa się na pewnej rajskiej wyspie, której nazwy nie chcieli zdradzać. Chcą ją mieć tylko dla siebie, mówią. Bo to rzadkość intymności i wspólnych tajemnic. Świadkami pozostaną tylko błękitne ptaki, które wyśpiewując dźwięczną melodię wyśpiewują radość, miłosne uściski i dochodzący z oddali szum fal nieokiełznanej wody tworzącej lazurową lagunę. Wokół nich atol, niesamowity, cudowna koralowa rafa rozpościera się na odległość kilku kilometrów. Patrzą daleko w horyzont. Leżą niemal przy brzegu białej, piaszczystej plaży. Pod palmą. Na hamaku przywiezionym z Paryża. Romantyczna Francja, to był ich ostatni przystanek przed bezludną przygodą. Bo tak chcieli, bo tak czuli i tego potrzebowali. Odciąć się. Od wszystkiego. Poczuć klimat wolności. Wyjątkowej. Tylko Oni. Zostawili za sobą dotychczasowy pęd. Do plecaków zapakowali swobodę, uśmiech na każdy dzień i swoje żwawo bijące serca. Było im lekko i radośnie. Bo mieli siebie i mieli to, o czym tak długo marzyli. Bo urzeczywistnili sny tak nierzeczywiste.

Ich myśli spotykały się niemal w każdym punkcie, jakby łączyły ich wspólne synapsy. Nie mieli za sobą nietuzinkowych historii. Ona i On, tacy zwykli, bez dostojnych tytułów, z mozolną codziennością i głowami przepełnionymi śmiałymi pomysłami, których nigdy nie zrealizowali. Wieczność była czymś odległym i tak bardzo niepokojącym. Żyli chwilą, choć nie żyli w pełni.

Żyli tak, jak musieli.

Do dnia, w którym gorący piasek otoczył ich stopy, słońce przyodziało ciała w swoje otulające promienie, a nadwodny wiatr uczesał włosy. Teraz to czuli. Czuli życie! Wsłuchując się we własne myśli zaczęli poznawać siebie naprawdę. Właśnie tam, na tym hamaku, pod tą palmą, na tej plaży. W dłoniach dzierżyli kokosowe orzechy, tak bardzo przepełnione orzeźwieniem. Byli wdzięczni za każdy łyk, bo każdy z nich był symbolem ich odważnej miłości. Nie mogli uwierzyć w swoje szczęście. A przecież sami je wykreowali. To nie był przypadek. Ta wyspa. To był cel ich wspólnej podróży. Do raju. Pomimo wszystko i pomimo wszystkim.

W plecakach znaleźli też kilka ulubionych fig. A to przez nie się poznali. Kokosowo-figowy koktajl zawrócił im w głowach.
Na tym hamaku. Na tej plaży. Pod tą palmą.
Nie zamierzają wracać. Mają wszystko.




Nuty głowy: figa i liście figowca
Nuty serca: kora figowca i mleczko kokosowe
Nuty bazy: biały cedr

Taką historię widzę, gdy czuję Philosykos. Zapach wyjątkowy pod każdym względem. Nietuzinkowość i charakterność figowego drzewa połączona z delikatnością i słodyczą kokosowego mleczka. Nic więcej. Wyjątkowość nie wymaga komplikacji.
Ubolewam tylko nad mizerną trwałością tej kompozycji w połączeniu z moją skórą. Niestety, zapach nie utrzymuje się na niej nawet kilka krótkich godzin, ulatnia się szybko i niepostrzeżenie. Być może wersja EDP jest pod tym względem bardziej satysfakcjonująca?

Które perfumy przedstawiają Wam szczególną historię?

Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 8 czerwca 2016

Antipodes, Rejoice Light Facial Day Cream

Antipodes, Rejoice Light Facial Day Cream
Chyba odwykłam już od pisania recenzji. Niby mała sprawa, a jednak potrafi skutecznie zabić ćwieka. Zwłaszcza po tak długiej przerwie!
Niemniej, jeśli ktoś tutaj jeszcze zagląda i ma ochotę spędzić chwilę z moją pisaniną, to serdecznie zapraszam :)

Powroty bywają trudne, prawie tak bardzo, jak znalezienie dobrego kremu do twarzy, czyż nie? ;)) Pomimo szerokiego wachlarza dostępnych na rynku opcji, bardzo często nasze poszukiwania kończy konstatacja: ‘Obietnice obietnicami, a rzeczywistość swoją drogą!’ Ale i tak szukamy dalej, sprowadzamy je z najdalszych zakątków świata i z nadzieją uzyskania najlepszych efektów sumiennie opróżniamy ozdobne pojemniczki. Cóż, ja nie odstaję od normy ;)

Takim sposobem trafił do mnie krem nowozelandzkiej marki specjalizującej się w produkcji kosmetyków szukających odpowiedzi w naturze - Antipodes, Rejoice Light Facial Day Cream.
Jak widzicie, moja tubka jest już mocno sfatygowana. Przebyła kilka kilometrów w podróżnej kosmetyczce, zajęła się moją cerą w różnorakich jej stanach i towarzyszyła w sporej amplitudzie pogodowej. Jak krem sprawdził się w zaserwowanych warunkach?

 

Nietypowo zacznę od zapachu. Bo, musicie wiedzieć, zapach jest tutaj zdecydowanie uroczy :) Naturalna woń migdałów spleciona z subtelnym akordem wanilii potrafi skutecznie uprzyjemnić pielęgnacyjny porankowy czas. Kojarzy mi się z miękkością, relaksem i jednoczesną gotowością do rozpoczęcia aktywnego dnia. Mogę rzec śmiało, że to jeden z najprzyjemniejszych aromatów, jakich można by się doszukać w pielęgnacyjnych rytuałach! Rejoice bardzo szybko się wchłania i choć konsystencja początkowo może wydawać się nieco wymagającą, ostatecznie sprawnie się aplikuje, tworząc w okamgnieniu doskonałą bazę pod każdy makijaż. Krem otula skórę naturalnym, acz subtelnie matowym wykończeniem, nie powoduje nadprodukcji sebum, a poczucie jakie zostawia porównać można z delikatnym, odstresowującym okładem, bynajmniej nieobciążającym cery. 

A propos działania, producent raczy nas różnorakimi obietnicami wynikającymi ze składowych receptury. Muszę przyznać, że składnica dobroci jest tutaj zacna. Rejoice to właściwie mieszanka olejków zbudowana wokół masła shea i lawendowego destylatu. Olejek różany, olej awokado, makadamia, czy jojoba - każdy z osobna i wszystkie razem mają doskonały wpływ na samopoczucie skóry. Za naturalne olejki ręczę własną głową! Dodatkiem rzadko występującym w kosmetycznych produkcjach jest olejek z kwiatów krzewu manuka, który odznaczają szczególne właściwości antybakteryjne. Jak to działa w praktyce?

Dla cer tłustych, jak moja, z pewnymi małymi wyjątkami,  krem z czystym sumieniem mogę serdecznie polecić. Należy jednak pamiętać o jednej kwestii - formuła, pomimo swego bogactwa, jest pod względem nawilżenia całkiem zachowawcza (może dodatek odrobiny kwasu hialuronowego wpłynąłby na większą skuteczność?), okazać się zatem może niewystarczającą w warunkach ostrej zimy, chyba, że przy wspomożeniu działaniem nawilżającego serum. Przed zakupem proponuję więc dokładnie rozważyć potrzeby cery. Polemizowałabym jednocześnie z sugestią wyraźnie na opakowaniu nadrukowaną - receptura nie znajdzie satysfakcjonującego zastosowania u osób ze skórą inną niż ta przetłuszczająca się, czy normalna - w takich bowiem przypadkach zwyczajnie nie zapewni wymaganego nawilżenia. Dla nazbyt spragnionych to nazbyt lekki model. I mam tutaj na myśli także cery odwodnione. 

Zdecydowanym plusem wyrobu Antipodes jest formuła przyjazna cerom trądzikowym. Nie odnotowałam pogorszenia stanu skóry, ponadto mam wrażenie, że w pewnym stopniu ów przyczynia się też do ograniczenia nadprodukcji sebum. Krem ten nie zdziała cudów i z dnia na dzień nie sprawi, że skłonna do zanieczyszczeń cera przeobrazi się w jedwabistą skórę mitycznej Kleopatry, lecz pomimo kilku niedociągnięć, nie wykluczam powrotu. Może kiedyś, może gdzieś znów zapragnę otoczyć się hipnotycznym aromatem Rejoice? :)


Na zakończenie dodam jeszcze, że producent sugeruje wysmarować tubkę w ciągu 6 miesięcy od momentu otwarcia. Krem ma 60 ml (159-180 zł), a jego wydajność oceniam bardzo dobrze.

Na tym kończę dzisiejszy wywód, za wszelkie uchybienia z góry przepraszam i jednocześnie zachęcam do pozostawienia po sobie śladu w komentatorskiej sekcji na dole :)))

Standardowo zadam Wam pytanie na interesujące mnie zagadnienie - znaleźliście idealny krem dla Waszej cery? Który to?

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger