sobota, 26 września 2015

Fridge by yDe, ff.1 fabulous face

(Ostrzegam, peanom pochwalnym nie będzie tu końca! Do poczytania zapraszam wszystkich szukających przyjemności w kosmetycznej dali :)).

Od lat już naturalna pielęgnacja zdecydowanie wiedzie u mnie prym. A im bardziej zwiększa się moja konsumencka świadomość, tym większy procent kosmetycznej przestrzeni obejmują u mnie eko receptury. Starannie dobrane składniki w dłuższej perspektywie potrafią pokazać naprawdę zaskakujące rezultaty, w dodatku bez pobocznych szkód, czy zdrowotnych kompromisów, które nierzadko przyjmują agresywne oblicza. Nie dywaguję nad wartością takich, czy innych wyborów, bo wiem, że w sytuacjach na wskroś przepełnionych frustracją (takich, jak choćby nawracający, uporczywy trądzik), bardzo łatwo jest poddać się każdej obietnicy poprawy stanu rzeczy. Agituję jednak, czytajmy składy, nie kolorowe zapewnienia - podejmujmy decyzje z rozmysłem, nawet, jeśli są kompromisowe, wiedzmy, na co przystajemy!

Przyznam, że takie odstępstwa od naturalnej kosmetycznej ścieżki zdarzają mi się coraz rzadziej. Na ten moment właściwie jedynym obszarem, w którym przystaję na taki kompromis są kosmetyki służące do makijażu. Doprawdy trudno o mineralne produkty o czystych składach tworzących wyśmienite formuły. Często to dość kapryśne rozwiązania, bo albo dostarczają trosk już podczas aplikacji, albo kilka godzin później… Dla debiutantów już jedno takie niepowodzenie może przyczynić się do całkowitej rezygnacji z poszukiwań zdrowych dla skóry rozwiązań. A tymczasem…




Tymczasem na naszym rodzimym rynku powstają prawdziwe rarytasy tworzone z największą uwagą i niepowszednią pasją. Dziś opowiem Wam o niekwestionowanej gwieździe tej plejady :)
Krem ff.1 fabulous face, choć jest stosunkowo nowy w szeregach wyjątkowej marki Fridge by yDe, szturmem zdobył twarze i … lodówki zainteresowanych nim użytkowniczek. W tym moją :) Dlaczego?

Gwoli ścisłości, od lat nastoletnich moja cera jest tłusta. Odkąd pamiętam wszelki błysk starałam się bezwzględnie zakamuflować. Próżno było szukać lekkich formuł w mojej kosmetyczce - takich, które dodadzą świeżości nie tylko kolorem, ale przede wszystkim strukturą, czy wykończeniem. Mat, mat, mat. Tylko mat się liczył! Do czasu, gdy zaczął mi po prostu… przeszkadzać. Owszem, matujące kosmetyki to nadal moi sprzymierzeńcy, trudno byłoby mi się obejść bez bibułek matujących (choć zwykle i prosta chusteczka spełnia się wielozadaniowo), lecz jeśli raz odkryje się moc kontrolowanego blasku, trudno później obejść się bez niego. A ten właśnie ulokowany został w buteleczce, którą widzicie na zdjęciu!

Lekki krem z domieszką naturalnych pigmentów stworzony na bazie trzech wspaniałych glinek, wokół których rozwinięto wachlarz kilku dobroczynnych olejków działających na skórę niczym okład. W dodatku upiększający :) Słowo krem jest tutaj kluczem. Z czym ów Wam się kojarzy? Dla mnie dobry krem to synonim zadbanej skóry, takiej o autentycznej strukturze, z mniejszymi lub większymi porami, delikatnie połyskującej i przede wszystkim, oddychającej. Pielęgnacyjne produkty, które obciążają skórę i pokrywają ją topornym filmem są u mnie nie do przyjęcia. Mówię o tym nie bez powodu, bowiem marce Fridge bezbłędnie udało się stworzyć coś na pograniczu wyśmienitej pielęgnacji i subtelnego upiększenia.

Konsystencja tego kosmetyku jest wyjątkowo lekka, rozprowadza się bezproblemowo, zarówno dłońmi, jak i pędzlem. Nie należy obawiać się tutaj smug, plam, czy obnażonych suchych skórek. Obfita w naturalne bogactwo formuła nawilża cerę i utrzymuje ją w poczuciu komfortu przez cały dzień. Kolor idealnie dopasowuje się do odcienia karnacji, odpowiadał mi zarówno w okresie wakacyjnym, jak i w czasie, gdy słoneczna opalenizna pozostawała już w sferze marzeń ;)

Trzeba nadmienić, iż ff.1 bezsprzecznie posiada rozświetlające właściwości. Upragniony efekt glow trwa na mojej skórze do momentu demakijażu. I choć kilkakrotnie w ciągu dnia zdarza mi się usuwać z twarzy nadmiar sebum, to  krem z niej nie znika, nie tworzy prześwitów, nie utlenia się i nie wchodzi w pory. Ideał?

Te z Was, które cieszą się cerą bez większych problemów mogą odnaleźć w nim bezpośrednią odpowiedź na codzienną potrzebę wyrównania kolorytu skóry i dodania jej świeżości. Osoby z cerą podobną do mojej, z licznymi niedoskonałościami, mogą wspomóc się korektorem. Przyznam jednak, że sama często z tego kroku rezygnuję i paraduję z mniej lub bardziej daleką od nieskazitelności cerą. Efekt ogólnej świeżości przesuwa ewentualne skórne usterki na dalszy plan ;)

Na koniec dodam jeszcze, iż krem ma pojemność 30 g, ważny jest przez 2,5 miesiąca od daty produkcji i należy go przechowywać w lodówce.
Definicja odżywiania skóry z marką Fridge zyskuje zupełnie nowy wymiar :))

Bardzo lubię i bardzo polecam, nie tylko na lato!

Znacie ff.1? Co wolicie w podkładach/kremach koloryzujących? Wysoki poziom krycia, czy świeży, naturalny i lekki efekt?


Pozdrawiam Was serdecznie! :)
Megdil