sobota, 26 września 2015

Fridge by yDe, ff.1 fabulous face

Fridge by yDe, ff.1 fabulous face
(Ostrzegam, peanom pochwalnym nie będzie tu końca! Do poczytania zapraszam wszystkich szukających przyjemności w kosmetycznej dali :)).

Od lat już naturalna pielęgnacja zdecydowanie wiedzie u mnie prym. A im bardziej zwiększa się moja konsumencka świadomość, tym większy procent kosmetycznej przestrzeni obejmują u mnie eko receptury. Starannie dobrane składniki w dłuższej perspektywie potrafią pokazać naprawdę zaskakujące rezultaty, w dodatku bez pobocznych szkód, czy zdrowotnych kompromisów, które nierzadko przyjmują agresywne oblicza. Nie dywaguję nad wartością takich, czy innych wyborów, bo wiem, że w sytuacjach na wskroś przepełnionych frustracją (takich, jak choćby nawracający, uporczywy trądzik), bardzo łatwo jest poddać się każdej obietnicy poprawy stanu rzeczy. Agituję jednak, czytajmy składy, nie kolorowe zapewnienia - podejmujmy decyzje z rozmysłem, nawet, jeśli są kompromisowe, wiedzmy, na co przystajemy!

Przyznam, że takie odstępstwa od naturalnej kosmetycznej ścieżki zdarzają mi się coraz rzadziej. Na ten moment właściwie jedynym obszarem, w którym przystaję na taki kompromis są kosmetyki służące do makijażu. Doprawdy trudno o mineralne produkty o czystych składach tworzących wyśmienite formuły. Często to dość kapryśne rozwiązania, bo albo dostarczają trosk już podczas aplikacji, albo kilka godzin później… Dla debiutantów już jedno takie niepowodzenie może przyczynić się do całkowitej rezygnacji z poszukiwań zdrowych dla skóry rozwiązań. A tymczasem…




Tymczasem na naszym rodzimym rynku powstają prawdziwe rarytasy tworzone z największą uwagą i niepowszednią pasją. Dziś opowiem Wam o niekwestionowanej gwieździe tej plejady :)
Krem ff.1 fabulous face, choć jest stosunkowo nowy w szeregach wyjątkowej marki Fridge by yDe, szturmem zdobył twarze i … lodówki zainteresowanych nim użytkowniczek. W tym moją :) Dlaczego?

Gwoli ścisłości, od lat nastoletnich moja cera jest tłusta. Odkąd pamiętam wszelki błysk starałam się bezwzględnie zakamuflować. Próżno było szukać lekkich formuł w mojej kosmetyczce - takich, które dodadzą świeżości nie tylko kolorem, ale przede wszystkim strukturą, czy wykończeniem. Mat, mat, mat. Tylko mat się liczył! Do czasu, gdy zaczął mi po prostu… przeszkadzać. Owszem, matujące kosmetyki to nadal moi sprzymierzeńcy, trudno byłoby mi się obejść bez bibułek matujących (choć zwykle i prosta chusteczka spełnia się wielozadaniowo), lecz jeśli raz odkryje się moc kontrolowanego blasku, trudno później obejść się bez niego. A ten właśnie ulokowany został w buteleczce, którą widzicie na zdjęciu!

Lekki krem z domieszką naturalnych pigmentów stworzony na bazie trzech wspaniałych glinek, wokół których rozwinięto wachlarz kilku dobroczynnych olejków działających na skórę niczym okład. W dodatku upiększający :) Słowo krem jest tutaj kluczem. Z czym ów Wam się kojarzy? Dla mnie dobry krem to synonim zadbanej skóry, takiej o autentycznej strukturze, z mniejszymi lub większymi porami, delikatnie połyskującej i przede wszystkim, oddychającej. Pielęgnacyjne produkty, które obciążają skórę i pokrywają ją topornym filmem są u mnie nie do przyjęcia. Mówię o tym nie bez powodu, bowiem marce Fridge bezbłędnie udało się stworzyć coś na pograniczu wyśmienitej pielęgnacji i subtelnego upiększenia.

Konsystencja tego kosmetyku jest wyjątkowo lekka, rozprowadza się bezproblemowo, zarówno dłońmi, jak i pędzlem. Nie należy obawiać się tutaj smug, plam, czy obnażonych suchych skórek. Obfita w naturalne bogactwo formuła nawilża cerę i utrzymuje ją w poczuciu komfortu przez cały dzień. Kolor idealnie dopasowuje się do odcienia karnacji, odpowiadał mi zarówno w okresie wakacyjnym, jak i w czasie, gdy słoneczna opalenizna pozostawała już w sferze marzeń ;)

Trzeba nadmienić, iż ff.1 bezsprzecznie posiada rozświetlające właściwości. Upragniony efekt glow trwa na mojej skórze do momentu demakijażu. I choć kilkakrotnie w ciągu dnia zdarza mi się usuwać z twarzy nadmiar sebum, to  krem z niej nie znika, nie tworzy prześwitów, nie utlenia się i nie wchodzi w pory. Ideał?

Te z Was, które cieszą się cerą bez większych problemów mogą odnaleźć w nim bezpośrednią odpowiedź na codzienną potrzebę wyrównania kolorytu skóry i dodania jej świeżości. Osoby z cerą podobną do mojej, z licznymi niedoskonałościami, mogą wspomóc się korektorem. Przyznam jednak, że sama często z tego kroku rezygnuję i paraduję z mniej lub bardziej daleką od nieskazitelności cerą. Efekt ogólnej świeżości przesuwa ewentualne skórne usterki na dalszy plan ;)

Na koniec dodam jeszcze, iż krem ma pojemność 30 g, ważny jest przez 2,5 miesiąca od daty produkcji i należy go przechowywać w lodówce.
Definicja odżywiania skóry z marką Fridge zyskuje zupełnie nowy wymiar :))

Bardzo lubię i bardzo polecam, nie tylko na lato!

Znacie ff.1? Co wolicie w podkładach/kremach koloryzujących? Wysoki poziom krycia, czy świeży, naturalny i lekki efekt?


Pozdrawiam Was serdecznie! :)
Megdil

sobota, 25 kwietnia 2015

Nowości :)

Nowości :)
Halo, jest tam kto? :)
Oj, długo mnie tu nie było! I cisza absolutna trwałaby pewnie jeszcze chwilę, gdyby kilka z Was nie wyraziło chęci podglądnięcia tego, co u mnie nowego :) Od czasu publikacji ostatniego takiego wpisu sporo kosmetycznych dobroci przewinęło się przez moje ręce, lecz dziś pokażę Wam to, co udało mi się zebrać bez przewracania domu do góry nogami ;)) Większość jest jeszcze w stanie nieodpieczętowanym, ale znajdą się i moje pewniaki, do których wracam regularnie. Gotowi?

Zapraszam zatem na nowinkowy post! :)




#1 Aesop, Mouthwash - od pewnego czasu szukałam środków do higieny jamy ustnej, które nie będą zawierać fluoru. Niestety, w drogeriach, gdzie zwykłam się w owe zaopatrywać, próżno oczekiwać możliwości ich nabycia (chyba, że źle patrzę?). Przy okazji zamówienia w mojej ulubionej perfumerii galilu.pl, dorzuciłam więc do koszyka powyższy płyn. Póki co nie miałam jeszcze sposobności go użyć, ale premiera zbliża się wielkimi krokami - zobaczymy, co z tego będzie!

#2 Aesop, Parsley Seed Cleansing Masque - tę maseczkę poznałam dzięki próbce i… bum! Od razu się zakochałam. Świetnie oczyszcza cerę, wygładza ją, nie wysusza i sprawia, że upierdliwe wypryski szybciej znikają. Jeśli można chcieć czegoś jeszcze, to tylko wydajności i przyjemnego zapachu – ta maska ma to wszystko :) Bardzo lubię i bardzo polecam.

#3 Aesop, Oil Free Facial Hydrating Serum - kolejny kosmetyk, na który zdecydowałam się po zużyciu próbki. Jego sekret tkwi w sile nawilżenia, jakie zapewnia mojej skórze. W cieplejsze dni, które wreszcie nastają, z pewnością posłuży mi dzielnie solo, bez pomocy dodatkowego nawilżacza. Jest lekkie, szybko się wchłania i pozostawia skórę przyjemnie odświeżoną.

#4 Aesop, B&Tea Balancing Toner - mój obecny ulubieniec z nowej jabłkowej serii Phenome dobiega końca, miałam zamiar sięgnąć po kolejną butelkę, ale na horyzoncie pojawił się on. Ciekawość zwyciężyła i oto jest ;) Tonik ma nawilżać, łagodzić i harmonizować pracę skóry. Jeszcze go nie używałam, ale zapach zwiastuje przyjemną współpracę, mam nadzieję, że działanie mu nie ustąpi.

#5 Aesop, A Rose By Any Other Name Body Cleanser - przyznam, iż żel ten był moją małą zachcianką. Bardzo polubiłam się ostatnio z różanymi produktami do pielęgnacji. Miałam chęć na coś, co umili mi wieczorny relaks w łazience i… to chyba nie to. Kosmetyk sam w sobie jest w porządku, lecz połączenie nuty różanej z kardamonem i pieprzowym dodatkiem nie do końca trafia w mój gust. Zapach mnie nie obezwładnił, a na to liczyłam. Pozostaje mi więc szukać dalej - polecacie coś?

#6 Aesop, Rejuvenate Intensive Body Balm - tak, znów Aesop… Ale po raz ostatni na dziś ;) Poszukując przyjemnego mazidła do ciała na dłuższą chwilę zatrzymałam oczy również na asortymencie tej australijskiej marki. Kombinacja mandarynki, wanilii i drzewa sandałowego zaintrygowała mnie na tyle, by przygarnąć osobistą tubkę. Niebawem premiera. Już nie mogę się doczekać! :)




#1 Phenome, Purifying White Clay Mask - co by się działo, Phenome u mnie zabraknąć nie może ;) Ta oczyszczająca, glinkowa maska to żadna u mnie pierwszyzna. Pokaźny słój gości na mej łazienkowej półce co jakiś czas i za każdym razem przywołuje takie samo zadowolenie. Lubię za delikatność białej glinki, lubię za jej jednoczesną skuteczność, lubię za wydajność, lubię za przywołujący miłe wspomnienia zapach i lubię za to, że mogę jej używać codziennie.

#2 Phenome, Exfoliating Facial Paste - następny powrót, jeden z dwóch ukochanych mechanicznych peelingów. Wyborny skład i dualistyczna, nomen omen, natura, pozwala mi na jednoczesne złuszczenie i ukojenie cery dzięki zawartości wywołanej wyżej białej glinki oraz zastępowi olejków. Peeling + maska to jest to! Exfoliating Facial Paste pozostawia moją skórę odświeżoną, wygładzoną, dokładnie oczyszczoną i ukojoną jednocześnie. Ogromnie polecam!

#3 Phenome, Enzymatic Gentle Exfoliator - z uwagi na denko w innym moim ulubieńcu (klik), po raz kolejny postawiłam na jego poprzednika z Phenome. To on jako pierwszy pokazał mi moc enzymatycznego złuszczania, pozostaję mu więc na dłuższą metę wierna. Świetnie działa na moją trądzikową cerę, nie wysusza jej, a zamiast tego oczyszcza zgodnie z oczekiwaniami, zmiękcza, wygładza i pomaga okiełznać niedoskonałości.

#4 Phenome, Micellar Cleansing Water - to był dość spontaniczny zakup, gdyż pomimo chęci jego wypróbowania, w pierwszej kolejności na celowniku miałam polecany przez rzesze micel Sylveco. Jak widać, tego drugiego nie udało mi się kupić, ale co się odwlecze… Micellar Cleansing Water jest w porządku, lecz muszę zaznaczyć, że moich wymagań nie spełnia w 100%. Z makijażem wodoodpornym sobie nie radzi, a i podczas zmywania klasycznego tuszu wymaga dłuższej chwili. Plusem jest fakt, że nie podrażnia oczu i świetnie sprawdza się w ciągu dnia do przemywania cery. Tym mnie do siebie ostatecznie przekonał, więc pewnie będę do niego wracać.

#5 Phenome, Complete Blemish Cleanser - swego czasu żel ten gościł u mnie bez przerwy. Bardzo go lubiłam i mam nadzieję, że nasza relacja po odświeżeniu pozostanie taka sama :) Oczyszczał, łagodził, był skuteczny, acz delikatny. Brakuje mi tu tylko pompki, z której producent najwyraźniej zrezygnował.




#1 MAC, Prep+Prime BB Beauty Balm SPF35 - coś na kształt lekkiego podkładu chodziło mi po głowie długo, do azjatyckich kremów BB nie byłam jeszcze wówczas przekonana, ostatecznie więc skusiłam się na coś, co sporo osób polecało. Cóż, nie zawiodłam się, choć przyznam, że MACowy krem nie jest bez wad. Wszystko to jednak do okiełznania. Ładnie wygląda na skórze, odświeża, ujednolica koloryt i ładnie rozświetla – byłabym w nim pewnie do tej pory zadurzona, gdyby nie kontakt z… azjatyckim bebikiem! O dzięki Ci, unappreciated, za uchylenie mi rąbka tego kosmetycznego świata! Po pierwszym użyciu zakochałam się w Dollish Green Lioele. Zakup prywatnego bebika mam w planach wkrótce, coś już wybrałam, ale może i Wy macie coś do polecenia?

#2 MAC, Pro Longwear Concealer - to zakup poczyniony jakiś czas temu, został więc już dobrze przetestowany. Na ten moment to mój zdecydowany faworyt, nadaje się zarówno do ukrywania niedoskonałości, jak i pod oczy, czy w roli bazy na całą powiekę. Nie wysusza, długo się utrzymuje, jestem bardzo na tak!

#3 MAC, Blot Powder Pressed – ULUBIONY. Po kilku pudrowych wpadkach z podkulonym ogonem wróciłam do Blota, nic go nie pobiło i śmiem sądzić, że nic go już nie pobije. Nie wykluczam tego, że co jakiś czas skusi mnie chęć odmiany, ale póki co wcale się na to nie zanosi :)

#4 Annabelle Minerals, Mineralny podkład matujący - mineralnych formuł podkładowych wypróbowałam już kilku, ale to właśnie ta matująca od AM okazała się dla mnie najlepsza. Pomimo wrażenia, że producent coś w niej zmienił, jestem zadowolona. Ładnie ujednolica koloryt cery, całkiem nieźle kryje, nie jest ciężki, dobrze wygląda na skórze. Lubię i będę sięgać po kolejne opakowania.

#5 MAC, Kinda Sexy i Brave - pomadki to temat nadal u mnie emocjonujący. Lubię i już! A że te MACowe zasłużyły sobie na miano moich ulubieńców… niemal bez skrupułów kupuję nowe ;))) Brave dołączyła do mnie dzięki akcji Back2MAC (ileż ja się za tym kolorem nachodziłam!), Kinda Sexy zaś była stosunkowo spontanicznym zakupem, ale jakże trafionym! Uwielbiam obydwie, nie tylko za przepiękne kolory, ale też za ich właściwości - świetna trwałość i brak efektu wysuszania, tego właśnie oczekuję :)

#6 L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture So Black - długo nie testowałam żadnych nowości z tuszowego światka. Wiernie oddana kilku egzemplarzom nabywałam je naprzemiennie. Tym razem jednak skusiłam się na fioletową wersję maskary, o której od wielu lat myślę z sentymentem (pierwsza wersja Volume Million Lashes :)). I, nie jest źle! Rzęsy są rozdzielone, wydłużone, pogrubione, tusz naprawdę daje radę. W dodatku jest trwały, nie rozmazuje się i nie kruszy. Korzystając z okazji, że znów mam fioła na punkcie rzęs, zaczynam polowanie na polecaną przez wiele z Was odżywkę AA 4Long Lashes (i już przebieram nogami w oczekiwaniu na rzęsy do nieba :>). A przy okazji - macie swoje ulubione maskary?


Ufff! To na tyle. Znacie coś? Macie na któryś z tych produktów chęć? Co ostatnio zasiliło Wasze kosmetyczne szeregi? :)
Podzielcie się nowinkami!


Pozdrawiam Was słonecznie,
Megdil

poniedziałek, 9 marca 2015

Bumble and bumble, Semisumo

Bumble and bumble, Semisumo
Muszę przyznać, że kosmetyki do stylizacji włosów nigdy nie wzbudzały we mnie szalonej ekscytacji. Rzadko dostrzegałam konieczność stosowania czegokolwiek poza pielęgnacją, ale przecież taki stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność, prawda? ;) Zwłaszcza, że niedawno udało mi się trafić na kilka świetnych produktów, a to z kolei oznaczać może tylko jedno - rodzą się kolejne kosmetyczne potrzeby. Tak, tak to działa ;))

Reakcją na jedną z takich potrzeb stał się zakup nabłyszczającej pomady Semisumo marki Bumble and bumble. Z uwagi na dokuczający mi często włosowy puch, szukałam czegoś, co pozwoli mi tę bolączkę zdyscyplinować. Czy znalazłam?




Zacznę od tego, że pomada, choć w obsłudze banalnie prosta, pozostaje w swej naturze specyficzna i wymagająca uwagi podczas aplikacji. Konsystencja jest tu typowa dla produktów tego rodzaju, bardzo zbita i ciężka, przywodząca na myśl wazelinę. I właśnie to może na początku sprawiać najwięcej kłopotu - nałożenie odpowiedniej ilości. Zachowanie ostrożności okazuje się nieodzowne, bowiem każda nadprogramowa drobina Semisumo wywoła efekt przeciwny do zamierzonego - zamiast dociążenia zyskamy obciążenie, a blask zastąpi tłusta powłoka okalająca zbite w strąki kosmyki. Należy pamiętać jeszcze o jednej kwestii, mianowicie o rozpoczęciu stylizacji dopiero wtedy, gdy włosy są już całkowicie suche. Tylko taki stan pozwala na osiągnięcie optymalnych rezultatów. Tylko wówczas można liczyć na okiełznanie nieznośnego puszenia, dociążenie, wygładzenie, zmiękczenie i rzecz jasna - nabłyszczenie. W gratisie otrzymujemy wdzięczny zapach o wyraźnej nucie zielonej herbaty, który stosunkowo długo utrzymuje się na włosach.





Czy to ideał? Nie wiem i nie śmiem też twierdzić, że na rynku nie ma lepszych propozycji, może bardziej skutecznych? Semisumo daje mi nieoceniony komfort zwłaszcza w dni pełne wilgoci, gdy ta przejmuje kontrolę nad fryzurą. Zauważalnie pomaga ujarzmić nieznośny puch, ale w ekstremalnych warunkach pogodowych trudno liczyć na zachowanie pięknej, gładkiej tafli, zwłaszcza w przypadku włosów wysokoporowatych, więc fakt ten podkreślam. Mimo wszystko doceniam rezultaty, które pomada mi zapewnia i wiem, że będzie u mnie regularnie gościć.
No, chyba, że znajdę coś jeszcze lepszego… Macie swoje propozycje? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 14 stycznia 2015

Bobbi Brown, Long-Wear Even Finish Foundation SPF15

Bobbi Brown, Long-Wear Even Finish Foundation SPF15
Ile podkładów przeszło już przez Wasze ręce? Dużo? Dużo za dużo? I wciąż nic? Ideału brak?
Witam w klubie!

Temat to emocjonujący, bo przecież podkład idealny, bądź takiemu obrazowi bliski, jest na wagę złota. To ważna część makijażu, podstawa, od której właściwie zawsze zależy wygląd i trwałość pozostałych produktów, którymi upiększamy twarz. O wybawco, gdzie jesteś!, chciałoby się krzyczeć.
Taki krzyk ciśnie mi się na usta, gdy pomyślę o Long-Wear Even Finish Foundation od Bobbi Brown. To miało być marzenie, bożyszcze wśród podkładów, nieskazitelna cera w butelce. To miała być odpowiedź na moje wołania. Miała być.




Uwierzcie, nie wiem od czego zacząć… Może od tego, że nie był to zakup dokonany pod wpływem impulsu, trochę o nim poczytałam i zbudowałam jakieś wyobrażenie. Pod kreską znalazły się zarówno plusy, jak i minusy odnotowane przez inne jego użytkowniczki. Tak, wiem, że każda cera ma prawo zareagować zupełnie inaczej na dany produkt, ale… obietnice producenta winny do czegoś zobowiązywać, czyż nie? Wprawdzie daleko mi do ślepego galopu tuż za nimi, jednak są takie przypadki, w których całkiem zwyczajnie zdaję się na ślubowane efekty. Zwłaszcza, gdy brak mi możliwości wypróbowania danej rzeczy przed zakupem. Nie chcę popadać w paranoję, chcę móc, w pewnym przynajmniej stopniu, oprzeć się o zapewnienia sprzedawcy. A ‘Long-Wear’ to jest już jakaś obietnica, prawda?




Pierwsza potencjalna niedogodność pojawia się już wraz z odkręceniem buteleczki - zapach. Intensywny aromat lawendy, który jest bodaj jednym z bardziej kontrowersyjnych. Mnie na szczęście nie przeszkadza, choć z czasem zaczął kojarzyć się negatywnie ;) Sprawa druga - lepka warstwa na skórze, możliwa do wyeliminowania jedynie przez warstwę pudru. Szkopuł numer trzy - ciężkość! Podkład wyczuwalny na twarzy? Nie, dziękuję. Sprawa czwarta - kiepskie krycie, możliwe do delikatnego ‘dobudowania’, co w połączeniu z punktem trzecim zaczyna pretendować do miana aktu masochizmu. Dodam tylko, że samo lekkie krycie nie jest dla mnie powodem do narzekań, w takich przypadkach ratuję się korektorem. Lubię, gdy podkład wygląda na twarzy naturalnie i ten, zaaplikowany rozsądnie, to właśnie mi daje, ładnie wyrównuje koloryt skóry, dzięki żółtej tonacji ożywia i redukuje zaczerwienienia, poza tym dobrze wtapia się w skórę i nie daje płaskiego wykończenia. Właściwie to jedyne plusy, które tu odnotowałam.




Najgorsze jednak nie zostało jeszcze wypowiedziane! Najgorsza jest w jego przypadku… trwałość. Czego winno się oczekiwać od podkładu marketingowanego jako długotrwały? Dobrej przyczepności? Możliwie najdłuższego utrzymywania jednolitej warstwy na skórze? O kontrolowaniu sebum nie wspomnę, bo to rzecz, która w moim przypadku jest wyjątkowo trudna do okiełznania. Są jednak takie produkty, dzięki którym proces wydzielania mocno nadprogramowego tłuszczu przebiega delikatniej, cera nie wygląda na niezdrową, co więcej, cały makijaż prezentuje się po prostu estetycznie, choćby po użyciu matującej bibułki… Ale nie w przypadku Long-Wear Even Finish Foundation. Tu rzecz ma się zupełnie na opak. Przeokropne warzenie się kosmetyku w okolicach ust i czoła (!) doprowadza mnie do rozpaczy. A w połączeniu z zupełnym i ultra szybkim znikaniem podkładu z nosa i zbieraniem się wokół jego skrzydełek przepełnia czarę goryczy. Niestety, produkt ten zupełnie nie trzyma się mojej skóry, każde, najdelikatniejsze nawet dotknięcie twarzy powoduje powstanie smug i prześwitów.
Wiem, że podkład ten ma swoje zwolenniczki, lecz ja ze swojej strony absolutnie go nie polecam, a jeśli koniecznie chcecie go przetestować - zróbcie to ostrożnie i przemyślcie sprawę trzy razy, by nie skończyć z butelką przepełnioną rozżaleniem.


A może znacie Long-Wear Even Finish Foundation SPF15?
Jak wygląda Wasza podkładowa historia? Macie swoją ulubioną sztukę?

  
Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

środa, 7 stycznia 2015

MAC, Mineralize Blush in Warm Soul

MAC, Mineralize Blush in Warm Soul
Róż to piękny kosmetyk, pojmowanie jego nieodzowności w codziennym makijażu zakorzeniło się w moich przyzwyczajeniach kilka lat temu i dotąd uparcie się tego trzymam. Dziewczęcy rumieniec, podkreślony model twarzy, czy mgiełka dodająca witalności - nie ma przed tym produktem rzeczy niemożliwych, wystarczy sięgnąć po odpowiednie pudełeczko. To magia prostych rozwiązań, sekretny akcent uwydatniający każdą urodę :)




Warm Soul już samą swoją nazwą zachęca do poznania. Miękka, połyskująca, wypiekana struktura w jakiś hipnotyzujący sposób przyciąga spojrzenie i palce. Tak, bo samo karmienie oczu tu nie wystarczy… Dopiero bliższe spotkanie daje potwierdzenie podejrzeń o niezwykłej delikatności formuły i subtelności pudrowej woalki zaaplikowanej na skórę. Sam odcień też jest wyjątkowo czarowny - połączenie różu i szlachetnej brzoskwini, przykurzone odrobiną brązu i w całości okraszone mikro drobinami złota. Coś cudownego! Cudowniejszym od widoku tego skarbu w opakowaniu może być tylko wynik jego upiększania na twarzy. Efekt końcowy jest bowiem idealnie wyważony - świeżość wydobyta kolorem, strukturą i delikatnie połyskującym wykończeniem. Zapewniam, że próżno szukać tu nieszykownego brokatu oszpecającego naturę, dla mnie to optymalny kompromis pomiędzy matem a satyną, która choć piękna, często okazuje się zbyt zaczepna. Tym sposobem Warm Soul mogę używać zawsze wtedy, kiedy przyjdzie mi na to ochota, bez obaw o nieprofesjonalny, czy wręcz przesadzony wygląd. To kosmetyk, który nigdy mnie jeszcze nie zawiódł - trwałości nie mam nic do zarzucenia, pigmentacja jest idealna dla użytkownika na każdym stadium makijażowego wtajemniczenia, a wydajność rekompensuje każdy trud i cenę, jaką należy zapłacić za kilka gramów tego kanadyjskiego wypieku.




Ogromnym plusem jest dla mnie również fakt, że kolor świetnie wtapia się zarówno w cerę muśniętą słońcem, jak i tę w stanie czystym. Nie podkreśla przy tym zaczerwienień, rozszerzonych porów, czy innych niedoskonałości. Ponadto, dzięki swemu zjawiskowemu odcieniowi i pięknemu wykończeniu róż nie tylko pełni przypisaną mu rolę, ale także okazuje się wspaniałym zamiennikiem bronzera i rozświetlacza - brzmi jak idealny kompan w podróży, prawda?

Uwielbiam Warm Soul do tego stopnia, że z pewnością po zużyciu obecnego opakowania (tak, zużywam róże) sięgnę po kolejne. To na tyle wyjątkowy twór, że każdego, bez względu na preferencje kolorystyczne, czy wykończeniowe, zachęcam chociażby do zapoznania się z nim w salonie MAC. Większość pewnie przepadnie, tak, jak ja - od pierwszego muśnięcia :)



  
Ogromną ochotę mam także na odcień Dainty :) No, a jak podoba Wam się Warm Soul? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

niedziela, 4 stycznia 2015

Bumble and bumble, Prêt-à-powder

Bumble and bumble, Prêt-à-powder
Wiecie, czasami bywają takie dni, że… nic się nie chce ;) Albo po prostu nie ma się na coś czasu, nie ma się czegoś w planie, albo w ogóle traktuje się to coś, jakby tego nie było. Jeśli brzmi to zawile, to znak, że chodzi o… włosy ;) I to takie dwudniowe, takie, których pierwsza świeżość odeszła wraz z przebudzeniem, ale też takie, które wciąż mogłyby wyglądać estetycznie, nie tylko dzięki odpowiedniemu ich upięciu, ale także (albo i przede wszystkim) dzięki odpowiednim narzędziom.

Temat suchych szamponów okazał się odpowiedzią na te rozterki. Kilka lat temu, gdy po raz pierwszy usłyszałam o tym wynalazku, pomyślałam, że to kolejny marketingowy chwyt, piękny w opisie, kiepski w praktyce. Wizja lokowania jakiegokolwiek proszku na włosach była mi wyjątkowo odległa. Naprawdę wolałam kolejnego ranka zobaczyć bezlitosną godzinę na budzikowym cyferblacie, niż toporne, matowe włosy po obsypaniu ich ‘nowatorską’ miksturą. Mimo tego zrobiłam jedno podejście. I drugie. Kolejnych przez długi czas nie było. Nietrudno się chyba domyślić dlaczego? ;) Rezultaty bliższe moim marnym wyobrażeniom, niż obietnicom przedłużonej świeżości kosmyków skutecznie zniechęciły mnie do dalszych eksperymentów. Któregoś razu jednak w moje ręce, w ramach jednego z mistrzowskich podarków (unappreciated!), trafiła do mnie buteleczka z osławionym na świecie suchym szamponem marki Batiste. I wówczas pojęcie ‘odpowiedniego narzędzia’ zyskało dla mnie swoje prawidłowe znaczenie. Zapragnęłam więcej!




Prêt-à-powder marki Bumble and bumble trafił do mnie stosunkowo szybko. Postawiłam na niego głównie z ciekawości, lecz i przez wzgląd na moje pozytywne doświadczenia z innymi produktami firmy. Cóż, to był strzał w dziesiątkę!
Skłamałabym mówiąc, że tuż przed pierwszym użyciem nie czułam lekkiego zakłopotania - w końcu to proszek, całkiem niestandardowa forma jak na kosmetyk do włosów. No i jak tego używać? Moje rozterki okazały się zupełnie bezpodstawne, bowiem proces odświeżania czupryny jest w tym przypadku wręcz banalny. Prêt-à-powder ląduje na moim skalpie bezpośrednio z opakowania, otwór jest na tyle mały, by zapewniać kontrolę nad ilością wydobywanego kosmetyku. Kolejnym krokiem jest wmasowanie produktu w skórę głowy i włosy tuż przy niej. I… tyle! Potem jest już czas na rozczesanie i ułożenie ich wedle uznania.

Efekt jest naprawdę zacny, fryzura zyskuje na objętości i upragnionej świeżości. Cel osiągnięty! Na tym można by zakończyć proces reanimacji,  lecz ze względu na zmatowienie i delikatne usztywnienie, jakie pojawia się w komplecie z odświeżeniem, ja dodatkowo traktuję kosmyki czymś, co je rozświetli, delikatnie zmiękczy i zdyscyplinuje - taki zestaw, to mój zestaw ratunkowy!


Prêt-à-powder stał się moim niezbędnikiem, niczego innego już nie szukam :)
Znacie? Macie swoich ulubieńców w tym temacie?


Pozdrawiam Was,
Megdil
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger