sobota, 27 grudnia 2014

MAC, Ruby Woo

Czerwona pomadka rzadko traktowana jest po koleżeńsku. Zwykle wywołuje onieśmielenie, często generuje obawę, ale zawsze roznieca ciarki - odwaga, tajemniczość i najwyższy wymiar kobiecości - to z tym zwykła nam się kojarzyć.
Czerwień na ustach zarezerwowana na wyjątkowe okazje? Niezwykła randka? Celebracja pięknego wydarzenia w gronie najbliższych? A może chęć zagrania w kimś nutki fascynacji? Dopasuje się do każdej roli! I choć stosunkowo niedawno powiedziałabym, że to temat mi odległy, dziś mogłabym posiadać jej redundantne ilości. Tak uwielbiam czerwone usta!




Ruby Woo trafiła do mnie w ramach akcji Back2MAC, którą swoją drogą uważam za wyjątkowo celną. Puste opakowania? Za świetną pomadkę? Takie interesy mogę ubijać codziennie ;) Ruby Woo to szminka legenda, brak tu krzty przesady i zaprawdę, z góry powiadam Wam - to sztuka warta posiadania.
Kolor? Idealny! Doskonale skomponowany, z odpowiednią ilością niebieskich tonów - odpowiednią, bo biel uzębienia winduje na wyższy poziom; odpowiednią, bo zawartość ta nie determinuje ograniczonej jej przydatności - sprawdzi się przy akompaniamencie każdej karnacji, wtopi się w tło każdej urody i zdobić będzie z całą swoją imponującą mocą.

Kolor to jednak nie wszystko, co czyni tę pomadkę wyjątkową. Obraz ten dopełnia każdy pozostały użytkowy aspekt. Niezwykłe, matowe wykończenie, które imituje zamsz, dodaje elegancji i poczucia kobiecości. Tak! Kto raz przyodzieje tę sztukę, w mig pojmie me słowa ;) Do tego dochodzi druzgocąca trwałość. Czerwona powłoka RB tworzy ze skórą ust niemal nierozłączny duet, który trwa pomimo pobocznych przeszkód - wszak jedzenie, picie, czy wzmożone uskutecznianie sztuki konwersacji od zawsze zdają się wiązać z następującą w końcu poprawką makijażu. A tymczasem… Ta czerwień trwa godzinami! Nic jej niestraszne, nawet w ekstremalnych sytuacjach wykazuje się swą odpornością. To lubię :)




Jedyną dokuczliwością może okazać się sam proces aplikacji. Konsystencję ma bowiem bardzo suchą i wymagającą wprawy/konturówki/pędzelka do idealnego podkreślenia konturu warg. Zdecydowanie nie jest to jedna z tych pomadek zasilających zbiór ‘awaryjny’, to sztuka, która potrzebuje czasu i uwagi.
Dla niezorientowanych dodam jeszcze, iż przez wzgląd na iście matowe wykończenie Retro Matte, warto zaprzyjaźnić się z peelingiem i uważnym nawilżaniem - to zapewni uciechę i całkowitą satysfakcję.

Jednym słowem - POLECAM!

Znacie się z Ruby Woo? :)
Jakie jest Wasze ustosunkowanie do czerwonych ust?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

środa, 3 grudnia 2014

Listopadowi ulubieńcy :)

Ostatnie miesiące obfitowały u mnie w wiele kosmetycznych przyjemności. Pojawiło się kilka nowości, parę produktów zaczarowało mnie sobą na nowo, a i kolejny bzik mnie doszczętnie opętał... ;) Jeśli interesuje Was moje zdanie na temat przedstawionych na zdjęciach wybrańców, zapraszam do czytania! Ostrzegam jednak, mam ochotę sobie trochę pogadać, więc nie obiecuję, że będzie szybko i bezboleśnie :))




#1 Phenome, Smoothing Body Serum - cóż mogę rzec... Kto zagląda do mnie od jakiegoś czasu, ten wie, że ta polska marka jest jedną z moich absolutnie ulubionych. Po kosmetyki spod szyldu Phenome sięgam często i robię to z nieskrywaną przyjemnością. Zwykle otrzymuję wszystko, czego oczekuję - i tak też było w przypadku tego serum. Jest to stosunkowa nowość w asortymencie Phenome, która wchodzi w skład serii Silhouette Dream, mającej na celu pomoc w walce z uciążliwym cellulitem. Kosmetyk ten towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy i po tym czasie mogę z czystym sumieniem potwierdzić jego świetne wygładzające właściwości. Pierwsze tygodnie nie wskazywały na taki sukces - ot, dostateczne nawilżenie, przyjemna, lekka konsystencja, łatwa aplikacja i szybkie wchłanianie. Po pierwszym miesiącu codziennego stosowania (raz dziennie, wieczorem), doznałam ogromnego zaskoczenia, gdyż skóra w okolicach ud i pośladków zdecydowanie zyskała na gładkości i jędrności. Dodam, że był to czas, gdy moja aktywność fizyczna oscylowała wokół podstawowych czynności, bez wyciskania siódmych potów na macie. Uważam więc, że to świetny wynik, a sam kosmetyk dobrze rokuje na przyszłość - z całą pewnością okaże się nieocenionym pomocnikiem regularnego wysiłku i dobrej diety. Godny polecenia sprzymierzeniec w walce z tą paskudną przypadłością! (Skład możecie zobaczyć na stronie <klik>)

#2 Phenome, Relaxing Massage Oil - coraz chłodniejsze wieczory skłaniają do otulania się nie tylko cieplejszymi tkaninami, ale również cięższymi formułami kosmetyków i relaksującymi, głębokimi zapachami. Uwierzcie, seria Rejuvenating Rose jest do tego najlepszym narzędziem :) Nigdy nie należałam do klubu wielbicielek wyrazistych zapachowych nut różanych, ale to... To się Phenome udało wyśmienicie. Jestem bez reszty zakochana w tym aromacie - mamy tu dość wyraźny różany bukiet w samym centrum, lecz zapachowa melodia, która unosi się wokół sprawia, że cała kompozycja wprost uzależnia. Jest tu coś owocowego, coś orzechowego, trochę zieleni, dalej pojawia się już tylko błękitne niebo, wiejska polana, dziki ogród i... gładka skóra :)) Olejek stosuję średnio dwa razy w tygodniu. Jego mięsista konsystencja świetnie się rozprowadza, skóra wchłania go w czasie umożliwiającym wykonanie rozluźniającego masażu. Po takim seansie ciało nie jest klejące, nadal jednak czuć delikatną powłoczkę ochronną. Poziom nawilżenia jest godny podziwu, gdyż nawet po depilacji ten różany olejek daje mi komfort rozluźnionej skóry. Zapach unosi się wokół mnie dość długo, z pewnością uprzyjemniając zasypianie :) Po przebudzeniu zaś cieszę się gładką, miękką i delikatną skórą. Lubię ogromnie i serdecznie polecam wszystkim miłośnikom olejków i oliwek do pielęgnacji skóry! (Jeśli jesteście zainteresowani dokładnym składem <klik>)

#3 Fridge Ostra Szczotka - wokół tematu szczotkowania ciała na sucho krążyłam bardzo długo. Przeczytałam kilka artykułów, zapoznałam się z wieloma wrażeniami po regularnym uskutecznianiu tej czynności, aż wreszcie zapragnęłam doświadczyć zapowiadanych rezultatów na własnej skórze :) Jak sięgam pamięcią, swego czasu miałam do czynienia z Rossmannową ostrą szczotką, której sporadycznie używałam do masowania ud i pośladków. Nie wspominam jej miło, ponieważ była wyjątkowo nieprzyjemna w użytku (bardzo ostra), co skutecznie zniechęcało mnie do utrzymywania regularności. Podczas przeczesywania sieci w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego trafiłam m.in. na szczotkę innej polskiej marki, Fridge. I to był dobry wybór! Włosie szczoty jest bardzo sprężyste i gęste, ponadto mam wrażenie, że jego moc została idealnie wyważona - jest wystarczająco ostre, by spełniać swoją rolę bez agresywnego drapania. Drewniana nasadka wygodnie leży w dłoni, a całe narzędzie zostało solidnie wykonane. 
Efekty nie pozostają w tyle! Przy regularnym masowaniu, raz dziennie (najczęściej rano), po kilku tygodniach nie da się nie zauważyć różnicy! Skóra staje się coraz gładsza, zyskuje więcej blasku, a poszczególne partie ciała są bardziej zbite. Każdy masaż zaczynam od stóp, przez łydki kieruję się do ud i pośladków, po czym zabieram się za dłonie i ramiona, następnie przychodzi czas na dekolt, brzuch i plecy (5 posuwistych 'okrążeń' na każdą partię, po czym czynności powtarzam w tej samej kolejności, już jednokrotnie). Całość zajmuje jakieś 10-15 minut, które w magiczny sposób poprawiają mi samopoczucie. Zachęcam Was do zapoznania się z tematem i jak najszybszego wdrożenia tej świetnej czynności u siebie :)

#4 Tangle Teezer - szczotka legenda, której z jakichś powodów nie chciałam się poddać. Miałam swój drewniany grzebień z TBS i żyłam w przekonaniu, że nic lepszego już znaleźć się nie da. Do zakupu tej plastikowej szczotki podchodziłam więc bardzo sceptycznie, lecz z ciekawością zaczęłam jej używać od razu po tym, jak do mnie trafiła. Wrażenia? Ok, w porządku, fajnie rozczesuje  mokre kosmyki, nie szarpie ich, ale czy rzeczywiście jest warta całego tego zamieszania? Odpowiedź przyszła, gdy pewnego razu sięgnęłam po tak lubiany przeze mnie drewniany grzebień. Różnicę odnotowałam natychmiast i od tamtej pory nie rozstaję się z moją kompaktową złotą pięknością :) Włosy rozczesuje wspaniale, szybko, gładko i bezboleśnie, nie wyrywa ich, a z kołtunami radzi sobie wybornie. Do teraz jestem pod wrażeniem i być może kiedyś sięgnę też po wersję w klasycznym rozmiarze, tak dla porównania, bo tej podróżnej nie mam NIC do zarzucenia :)




#5 Pomadki MAC - to właśnie ten mój nowy, mały bzik, który rozrasta się w zastraszającym tempie ;))) Wpadłam po uszy, a ta mała gromadka, którą widzicie powyżej, to tylko część mojego zbiorku i zaledwie cząstka tego, co mam ochotę przygarnąć. Uwielbiam je za mnogość cudownych kolorów i wykończeń, uwielbiam wybierać, przebierać, poszukiwać swatchy w sieci, wpisywać nowe odcienie na zakupową listę i, oczywiście, sumiennie ich używać! :)) Po tym jak przez długie lata pozostawałam ignorantką w temacie szminek, jestem zdumiona, w jak prosty sposób umożliwiają zupełną zmianę wyglądu. Czy to odcień nude, czy kolor wyrazisty, każdy wnosi interesujący akcent do codziennego makijażu. To jest to, czego mi trzeba <3

#6 Moje paznokcie w ostatnich tygodniach to na zmianę odcienie mleczne, nude i klasyczna czerwień. Słowem, wszystko, co warto mieć w swoim lakierowym zbiorze :) Na zdjęcie załapały się dwie buteleczki - ukochany OPI Vodka&Caviar, czerwień z klasą, ma w sobie odrobinę niebieskich tonów, ale ostatecznie nie determinują one jej tonacji. To po prostu podstawowy kolor, bez wyraźnych domieszek, w najlepszym wydaniu. Jakość jest znakomita i choć zastosowano tu żelkowe wykończenie, dwie warstwy dają pożądany, jednolity efekt bez prześwitów. Oprócz tego otrzymujemy piękny połysk i rewelacyjną trwałość (dla zobrazowania: stojąc jakiś czas temu w kolejce, usłyszałam za plecami narzekania przypadkowej dziewczyny na obskurny wygląd dłoni z jej trzydniowym lakierem - odruchowo spojrzałam na swój sześciodniowy mani w stanie idealnym - cóż, satysfakcja gwarantowana :D). 
Druga buteleczka widoczna na zdjęciu skrywa w sobie cudowny lakier z tegorocznej, letniej kolekcji Essie - Urban Jungle. Odcień jest rewelacyjny, to mieszanka beżu, kropli szarości i odrobiny przykurzonego różu. Mam słabość do tego rodzaju kolorów i bardzo się cieszę, że po wielu próbach udało mi się upolować tę sztukę. Posiadam wersję z cienkim pędzelkiem i pomimo mojego uwielbienia do europejskiej, standardowej łopatki, nie mam nic do zarzucenia temu wariantowi. Lakier świetnie się nakłada, dwie warstwy dają jednolity efekt z pełnym kryciem, a wynik ostateczny to schludny, elegancki mani. Uwielbiam! 


Uff, to tyle :) Znacie coś z powyższych kosmetyków? Chcecie coś pochwalić? Albo może na coś ponarzekać? 
Dajcie znać, jaki kosmetyk w ostatnich tygodniach zdobył Wasze serca :)


Pozdrawiam Was serdecznie!
Megdil