środa, 25 czerwca 2014

Pat&Rub, Regenerująca Maska do Włosów

Dawno już żaden kosmetyk nie wzbudził we mnie takiego znaku zapytania.

Działa/nie działa?
Co robi/czego nie robi?
Lubię go, czy jest mi zbędny?

Moje pierwsze spotkanie z regenerującą maską P&R miało miejsce jakieś dwa lata temu. Puste pudełko zostawiło mi w pamięci całkiem dobrze sprawujący się kosmetyk. Bez szaleńczej ekscytacji, bez efektu nieskazitelnie wyglądających włosów, ot, niezła opcja podrasowania codziennej pielęgnacji. Mimo tych mieszanych odczuć, obiecałam sobie, że sięgnę po nią ponownie, by udostępnić jej szansę pokazania swego prawdziwego oblicza, sobie zaś chciałam dać możliwość ostatecznego opowiedzenia się po jednej ze stron barykady - nie lubię tkwić w kropce, jednoznaczne zdanie umożliwia mi swoistą systematyzację w tej kosmetycznej dziedzinie. W związku z powyższym, kilka miesięcy temu, uzupełniając koszyk na stronie P&R i wykorzystując jeden z ich rabatów, wrzuciłam do niego również tę maskę. Owszem, wiedziałam czego się spodziewać, pewne rezultaty miałam już w głowie, lecz skłamałabym mówiąc, że nie robiłam sobie nadziei na lepsze jej działanie. Taka natura ;) Tym bardziej, że moje włosy od ostatniego z nią spotkania bardzo się zmieniły. Przestałam je katować zabójczą temperaturą, do pielęgnacji na stałe włączyłam olejowanie, a wisienką na torcie w całym tym procesie odnowy, okazała się rezygnacja z chemicznego farbowania.




Zacznę od tego, jak ją stosuję, bo to właśnie sposób użycia jest tutaj kluczowy. Po pierwsze - aplikuję ją na całą długość włosów, nie omijając skóry głowy. Po drugie - absolutnie nie polecam nakładania jej na włosy suche, bo nie dość, że zużyjecie co najmniej trzy razy więcej produktu, niż w przypadku zwilżonych kosmyków, to nie wyciśniecie z niej wszystkiego, co może zaoferować. Po trzecie - jest to maska o niekonwencjonalnym jeszcze rozwiązaniu, bowiem koniecznie należy ją zmyć szamponem. Jeśli jednak zechcecie pójść w tradycyjnym kierunku i potraktować ją jako ostatni etap włosowej toalety, możecie skończyć z obciążonymi, nieświeżo wyglądającymi strąkami. I po czwarte, nader istotne - z mojego doświadczenia jednoznacznie wynika, że regeneracyjny rytuał mycia z jej udziałem musi składać się z trzech  kolejnych etapów: maska, szampon, odżywka. W innej kombinacji włosy wyglądają niekorzystnie, brak im zdyscyplinowania, ochoczo się puszą i sprawiają wrażenie suchych.
Wbrew pozorom, na tym nie koniec schodów, albowiem ten ostatni etap odżywiania po myciu również winien być starannie dobrany. Nie każda odżywka z tego zadania należycie się wywiązuje, a możliwości wypróbowałam kilku. Do pewnego momentu ta regenerująca maska najlepiej współpracowała z odżywką z tej samej serii - po tym duecie włosy zyskiwały na objętości, były miękkie i gładsze, lecz pomimo moich starań, czasami i tak potrafiły się puszyć. Wiele zależało od tego, czy olejowałam włosy przed myciem, czy nie.
Po kilku takich mniej lub bardziej udanych eksperymentach, udało mi się znaleźć świetną odżywkową towarzyszkę dla regenerującej maski P&R - okazała się nią propozycja z Mythos, która nałożona hojną warstwą pięknie potęguje działanie zastosowanej uprzednio treściwej kompozycji. Maska odżywia i wzmacnia kosmyki, odżywka zaś daje mi wygładzenie i takie nawilżenie, jakiego moje włosy oczekują. Trzeba tu bowiem znaleźć równowagę i zaraz po wzmocnieniu zadbać o optymalne nawilżenie, tylko wówczas efekty mają szansę nas zadowolić.

Muszę nadmienić, iż mimo swej mocno kremowej i bardzo zwartej konsystencji, maska jest wydajna i odpowiednio użytkowana wystarczy na kilka słusznych miesięcy. Bo tego jeszcze nie powiedziałam,  uważam, że optymalna częstotliwość jej stosowania to odstęp cotygodniowy, bez względu na częstość oczyszczania czupryny. Jak zwykle, za ważny uważam też czas trzymania jej na włosach. Producent zaleca 20-minutowy seans i myślę, że skrócenie tego zalecenia mija się z celem - dajmy tej mieszance zadziałać :) Z drugiej jednak strony, istnieje też ryzyko przedobrzenia, bowiem za każdym razem, gdy pozwoliłam masce zaschnąć na kosmykach, cały rytuał tracił swój sens - włosy stawały się sianowate i trudne do okiełznania, przez co wyrobiłam sobie nawyk zmywania jej po ok. 30 minutach. Tutaj polecam eksperymentowanie, gdyż spotkałam się z odmiennymi do moich odczuciami (im dłużej maska trwa na włosach, tym lepsze efekty daje) - czasami naprawdę warto pokombinować!




Konkludując. Moje doświadczenia pokazują, że od regenerującej propozycji P&R można oczekiwać wzmocnienia włosów i pomocy w ogólnym planie pielęgnacyjnym, lecz jednocześnie nie jest to produkt, który zapewni mocną regenerację bardzo zniszczonym włosom. Dla takich kosmyków znalazłam lepsze rozwiązania - i o tych możecie już na moim blogu poczytać, chociażby tutaj <klik>, czy tutaj <klik> :) Ta maska potrzebuje wsparcia w nawilżeniu i zmiękczeniu włosów, a stosowana nieuważnie może je obciążyć lub sprawić, że wyglądać będą na napuszone i przesuszone. 
Dla mnie to sporo uwag i obwarowań. Wygląda na to, że obecne opakowanie jest moim drugim i ostatnim.


A Wy, jakie macie sposoby na regenerację włosów?
Może mieliście do czynienia z tą maską? 


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

wtorek, 17 czerwca 2014

Denko Project!

Tytuł jasny, ale zawartość nieco inna, niż zwykle, bowiem zamiast pustych opakowań pokażę Wam kosmetyki, które, wedle zapomnianej już chyba pierwotnej koncepcji, wytypowałam do szybkiego zużycia :) Mojej kosmetycznej filozofii od dawna daleko do pochwały przepychu i choć minimalistką absolutną nazwać mnie nie można, to nie lubię posiadać zbyt wielu produktów. Dlatego ulży mi, gdy poniższe znikną z mojego kuferka w stanie najwyższej pustości :) Pragnę jednocześnie nadmienić, że posty zbiorczo przedstawiające zużycia, prawdopodobnie nie będą się już u mnie pojawiać. Podoba mi się przyświecający im cel, lecz ich fotografowanie idzie mi jak po grudzie. Podejść w ostatnim czasie miałam już kilka, ale za każdym razem z trudem zrobione zdjęcia lądowały w koszu - zbyt wiele prób wyczerpało już moją cierpliwość ;)

Wracając jednak do tematu. Większość z poniżej przedstawionych kosmetyków bardzo lubię, a ich nominacje podyktowane zostały albo goniącymi terminami przydatności albo znacznym już zużyciem.





Największą grupę stanowią tu błyszczyki. Nie wiem, czy mówiłam już o tym na forum, ale moje umiłowanie błyszczących i soczyście krzyczących ust niemal z dnia na dzień straciło na sile, przekazując jednocześnie pałeczkę pomadkom. Bo, o dziwo, te drugie stanowią aktualnie silniejszą grupę w moim zbiorze! Po przyjrzeniu się każdej sztuce z osobna, uznałam, że najwyższy czas zużyć co następuje:

Guerlain Kiss Kiss Gloss 864 Rose Sunset - przepiękny róż, który przywodzi mi na myśl truskawkowo-malinowy shake :) Zawiera w sobie mnóstwo złotych i koralowych drobinek, dzięki którym zyskuje interesujące wykończenie - efekt na ustach nie jest przeładowany, a mimo wszystko elegancki i bardzo soczysty! Dużym plusem jest dla mnie fakt, że shimmer został mocno zmielony, dzięki czemu jest prawie niewyczuwalny, a oprócz tego błyszczyk ma wspaniały, owocowy zapach, przyjemny pędzelek, pielęgnuje usta i co najważniejsze - nie skleja ich. 

YSL Gloss Pur 7 Pure Sorbet - w opakowaniu jasny, niemal pastelowy, zimny róż, który po nałożeniu na usta zaskakująco je upiększa, tworząc na nich gładką, soczystą, mocno błyszczącą taflę. Świetnie sprawdza się w wieczorowym makijażu, gdy na pierwszy plan wychodzą mocno podkreślone oczy, ale i w codziennym użytku pięknie się odnajduje. Otrzymujemy tu przyjemną konsystencję o owocowym, podobno arbuzowym zapachu (choć ja wyczuwam tu melona) i średnio klejącą formułę. Rzeczą, która mocno mi przeszkadza jest jego tendencja do zbierania się w łączeniu ust.

Dior Addict Ultra-Gloss Pearl 257 Pink Trench - jasny, bardzo delikatny róż z ogromem mikrodrobinek w kolorze różu, złota i niebieskości. Na ustach prezentuje się obłędnie! Błyszczyki od Diora sprawdzają się u mnie szalenie dobrze, z każdego byłam zadowolona - dobra jakość, wspaniały efekt na ustach i świetne właściwości pielęgnacyjne. Kupuję i używam z przyjemnością :) Po tę sztukę sięgam zawsze wtedy, gdy nie mam ochoty nakładać na usta czegokolwiek, bo są spierzchnięte, ściągnięte, czy usiane suchymi skórkami. Momentalnie po aplikacji czuję ulgę, miękkość i cudowne nawilżenie. Uwielbiam!

Essence Stay With Me 01 Me&My Icecream - jasny, mleczny róż z naturalnym efektem na ustach. Bardzo polubiłam tę serię błyszczyków, miałam ich kilka, a ten w odcieniu 01 jest moim drugim (trzecim?). Spośród przedstawionej tu czwórki, ten klei się najmocniej, ale wciąż pozostaje komfortowy w użytku, ma fajny aplikator i bardzo ładnie wygląda na ustach. Jedyną wadą, która w tym momencie stała się dla mnie wyjątkowo nieznośna, to chemiczny zapach i mocny posmak, który towarzyszy jego noszeniu. 





W denku znalazł się też flakonik pięknych perfum od D&G, La Lune - wspaniały zapach owocowo-kwiatowy, idealny dla mnie na okres wiosenno-letni. Ta mieszanka raczy nas pięknymi nutami zapachowymi - mamy tu bowiem jabłko, tuberozę, lilię, irys, czy białą skórę i piżmo. Przyznam, że perfumy te budziły we mnie różne odczucia, ostatecznie jednak uznaję je za moje. Być może kiedyś pokuszę się o ich opisanie. Tymczasem, na dnie została ilość na kilka psiknięć, będę tęsknić :)

Bobbi Brown Shimmer Blush Coral - cudowny róż o idealnym koralowym odcieniu. Kocham! Denko jest tu spore, lecz i wydajność ma szaleńczą. Pomimo tego, mam nadzieję zużyć go tego lata. Jeśli ciekawość nakazuje Wam przeszukać sieć w poszukiwaniu swatchy, możecie najpierw zajrzeć do mojej recenzji <klik>.




Bobbi Brown Sheer Finish Loose Powder 5 Soft Sand - o rany, baaaardzo dawno go nie używałam! Odstawiłam go na rzecz Kryolana <klik> (tak, męczę się z nim nadal ;)), głównie z powodu wykończenia, jakie daje, albo raczej tego, że nie posiada mocnych właściwości matujących. Ma ładny, delikatnie żółtawy odcień, jest niezwykle drobno zmielony, a na twarzy daje bardzo naturalny efekt. W opakowaniu nie zostało już wiele, ale jeśli pamięć mnie nie myli, wydajność ma sporą, poużywam go więc trochę i pokuszę się pewnie o pełną recenzję - macie chęć o nim poczytać?

MAC Studio Finish Concealer SPF35 NC20 - lubię, o czym możecie poczytać tutaj <klik>, lecz terminy gonią :) Na zdjęcie nie załapał się odcień NC30, ale i ten zostanie wzięty w obroty, gdy tylko kolor skóry mi na to pozwoli :)

Bobbi Brown Corrector Light Bisque - z przerwami używam go już od jakiegoś czasu i wypadałoby go wreszcie zwolnić ze służby. Moje uczucia wciąż są mieszane, ale może wreszcie będę w stanie opowiedzieć się po którejś ze stron. Mam nadzieję, że szansa zostanie dobrze wykorzystana :)




Ostatnie dwa kosmetyki również zasłużyły na zużycie:

MAC Studio Fix Powder NC25 - pełną recenzję znajdziecie tutaj <klik>. Wciąż używam go na różne sposoby, cały czas towarzyszy mi w torebce i mimo tego zdaje się nie kończyć - jest pioruńsko wydajny! 

MAC Pro Longwear Bronzing Powder Sun Dipped - część limitowanki Hey, Sailor! z 2012 roku. Wiem jednak, że kolor ten pojawił się też w zeszłorocznej kolekcji Temperature Rising. Świetny odcień beżowo-złotego brązu, w którym upakowano drobny, złoty shimmer (przypominający mi ten zastosowany w Lagunie z Nars). Pięknie ociepla cerę dając przy okazji delikatne rozświetlenie. Ostatecznie da się nim nawet wykonturować twarz, ale nie lubię go mieszać z różami (wyjątkiem jest Coral od Bobbi). Koniec jego jest bliski, a wraz z nim nadejdzie czas na moją pierwszą akcję Back2Mac (nie muszę chyba dodawać, że motywację mam w związku z tym podwójną? :D).


Tak, to na tyle. Miało być krótko, a wyszło jak zawsze ;) Powiedzcie, co sądzicie o tym pierwotnym zastosowaniu projektu denko? Uskuteczniacie go u siebie?

Trzymajcie za mnie kciuki, zwłaszcza w temacie błyszczyków - one wcale tak łatwo nie poddają się zużyciu :) 
Znacie któryś z tych produktów?


Pozdrawiam Was serdecznie!
Megdil

poniedziałek, 9 czerwca 2014

John Masters Organics, Rosemary & Peppermint Detangler

Twierdzenie o tym, że kosmetyczna drużyna JMO uratowała moje włosy przed inwazją fryzjerskich nożyc wcale nie będzie przesadzona. Szampon, odżywki, maska i mieszanka do zadań specjalnych sprawiły, że dziś cieszę się zdecydowanie zdrowszymi kosmykami. O ja szczęśliwa, że nie muszę podejmować radykalnych cięć!

Jednym z moich niepodważalnych odkryć jest cytrusowa odżywka, którą miałam już okazję przed Wami wychwalać <klik>. Wspaniałe właściwości nawilżające i odbudowujące zapewniły jej stałą fuchę w mojej pielęgnacji. Podobnie jak cudownemu rekonstruktorowi do zadań specjalnych <klik>. Rzeczą jasną jest jednak to, że zmiany są potrzebne, choćby tymczasowe. I takim też chwilowym rozwiązaniem okazała się dla mnie odżywka, którą dziś chcę Wam opisać.




John Masters Organics, Rosemary & Peppermint Detangler to produkt, który wydawał mi się bliźniaczo niemal podobny do mojej cytrusowej ulubienicy. Skład jest bardzo zbliżony, pomyślałam więc, że okaże się dla niej dobrą alternatywą, a że zakup dokonywany był latem, obecność odświeżającej mięty dodatkowo zachęcała mnie do sięgnięcia po tę wersję. Zapach rzeczywiście jest miętowy, bardzo przyjemny i orzeźwiający, lecz sam kosmetyk nie zyskuje przez to ani właściwości chłodzących, ani mrowiących. Zwyczajnie, przez chwilę, pozwala zanurzyć się w poczuciu konkretnego odświeżenia. Aromat ten daje o sobie znać głównie podczas noszenia odżywki na włosach, po jej zmyciu i wyschnięciu kosmyków unosi się subtelnie przez kilka następnych godzin, po czym staje się praktycznie niewyczuwalny. Konsystencja jest cudownie lekka, kremowo-żelowa i tak, jak w przypadku wszystkich znanych mi włosowych propozycji JMO, nie obciąża kosmyków, bez względu na sposób użytku.

A propos. Rzeczą ważną w jej przypadku jest czas. Na moich włosach najlepsze efekty dawała po minimum 30-minutowym seansie. Po takim czasie kosmyki rozczesywały się właściwie same, a co najważniejsze, były dobrze nawilżone i przyjemnie się układały. Dzięki niej, całkowicie wysuszona fryzura zyskiwała lekkość i gładkość, ładnie błyszczała i nie miała ciągot do elektryzowania się, a to przyszło mi docenić zwłaszcza zimą.

Ale… No właśnie, jest jedno. Brakowało mi w tym wszystkim spektakularności, konkretnej mięsistości, dosadnego nawilżenia i nieprzyzwoitej chęci ciągłego dotykania włosów. Brakowało mi w tym wszystkim tego, co zapewniała mi cytrusowa kompozycja od John`a Masters`a. Nie narzekam, wcale, bo przecież kosmetyk z zadań sobie powierzonych wywiązał się bardzo dobrze. Poprzeczki postawionej przez poprzedniczkę jednak nie przeskoczył, bo tęskniłam za nią przez cały ten czas, kiedy rozmarynowo-miętowy bukiet dbał o moje włosy.





Odżywka jest dobra - dobrze nawilża, dobrze wygładza i dobrze wywiązuje się z obowiązku ułatwiania rozczesania mokrych kosmyków. Nic poza. Zostaje w szeregu, nie wychylając się zanadto. Ja natomiast, w tej cenie (76,90 zł), szukam widowiskowości (jakkolwiek to brzmi), dlatego zostawiam ją w tej zachowawczej kolumnie i idę dalej.


Znacie?
Jak mają się aktualnie Wasze włosy? Planujecie jakieś zmiany w pielęgnacji na zbliżające się lato? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

czwartek, 5 czerwca 2014

Pat&Rub, Hipoalergiczny Balsam do Ciała

O nawilżaczach wszelkiej maści było już u mnie trochę. Cenię produkty, które odznaczają się dobrym działaniem, raczą me zmysły zapachem, a oprócz tego zostały skomponowane z samych najlepszych składników. I choć w wyjątkowych przypadkach jestem w stanie pójść na świadomy kompromis, to zawsze w pierwszej kolejności sięgam po takie kosmetyki, które mają największą szansę spełnić każdy z moich warunków. Dlatego też, mimo iż markę P&R znam i goszczę w mych progach od lat kilku, kierując się określonymi wymaganiami w kwestii nawilżania ciała, zawsze stawiałam na masełka <klik> lub olejki <klik>, <klik>. Balsamy stały na samym końcu listy potrzeb, do czasu, kiedy Autorki kilku moich ulubionych blogów nie zaczęły głośno polecać tego, co następuje…




Hipoalergiczny balsam do ciała.
Moje odczucia mogłabym zawrzeć w jednym, mięsistym zdaniu, ale jaka byłaby to dla mnie przyjemność? Przecież muszę choć trochę się sobie popisać! Zacznę więc od tego, że na celowniku strzały Amora znalazłam się już po pierwszym spotkaniu z tym kosmetykiem, gdy po zmyciu z siebie ciężaru minionego dnia mogłam otoczyć się aromatem świeżości, który automatycznie przeniósł mnie myślą na zieloną łąkę usianą soczyście żółtymi mleczami. Do tego błękit nieba, pojedyncze, puszyste, białe chmury przeganiane delikatnym wiatrem i słońce swą troską subtelnie otulające tę spokojną przestrzeń. Nie mogłabym też zapomnieć o męskiej obecności w mym wyobrażeniu, jako że wyraźnie wyczuwam w tej kompozycji nuty stosowane zwykle w perfumach dla płci brzydszej :) Myślę, że ważną informacją dla części z Was będzie wiadomość o pominięciu cytrusowego zapachu w hipoalergicznej linii kosmetyków P&R. Przygotujcie się więc na zieleń, słońce i wiosenne powietrze :)

Na zapachu jednak plusy tego balsamu się nie kończą, oj nie! Regularnie stosowany optymalnie nawilża i odżywia skórę, na której nie pojawiają się suche placki, a wszelkie zadrapania zdecydowanie szybciej się goją. Nie jest to bardzo treściwy kosmetyk, lecz spora zawartość maseł i olejków wymusza chwilowy masaż umożliwiający poprawne wchłonięcie się tej kompozycji w skórę. Jedyną wadą, którą w tym produkcie dostrzegam, jest jego kiepska wydajność. Przy codziennym, sumiennym stosowaniu jego użyteczność szacuję na trzy tygodnie, a biorąc pod uwagę cenę wyjściową, wynik ten uważam za bardzo przeciętny. Tak, czy inaczej, balsam zdobył moją sympatię. Lecz ostatecznie... strzała Amora zamiast trafić, otarła się o moje serce, gdyż, w kwestii ogólnego zadowolenia, masła i olejki spod szyldu P&R nadal wiodą u mnie prym. Czuję, że następne w kolejce będzie masełko z tej sielankowej serii :)




Znacie? Lubicie? :)
I pytanie za 100 punktów: Jakie aromaty w pielęgnacji ciała wznoszą Was na wyższy poziom relaksacji?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil