wtorek, 29 kwietnia 2014

MAC, Dazzleglass Sugarrimmed

MAC jeszcze do niedawna zaliczał się do marek trudno osiągalnych w naszym kraju. Pamiętam te czasy, kiedy raz na ruski rok dane mi było przekroczyć progi, głównie warszawskich, salonów. Moje oczy za każdym razem natychmiast stawały się rozbiegane, serce biło szybciej, głos załamywał się pod nadmiarem emocji, a chip karty płatniczej topił się z wiadomych względów. Emocje sięgały zenitu :P
Czasy te jednak minęły, a ja aktualnie rozpływam się nad możliwością czynienia stacjonarnych zakupów, tu i teraz, na miejscu!




Ale nie o mojej radości na tym tle ma być dzisiaj mowa. Dzisiejszy post traktować będzie o jednym z moich ulubionych mazideł do ust. MAC, Dazzleglass w odcieniu Sugarrimmed.
W temacie błyszczyków zawsze byłam na tak. Zwykle są mało wymagające, nie potrzebują uważnej aplikacji przed kompaktowym lusterkiem, pozwalają na szybkie poprawki po lunchu, kawie, czy drinku z palemką na całonocnej imprezie. Pięknie zdobią solo, ale świetnie nadają się też do podrasowania pomadek.
Seria błyszczyków Dazzleglass po brzegi została napakowana brokatowymi drobinkami, a mój wybór jest tego idealnym przykładem. Tego rodzaju wykończenie bywa w makijażu traktowane po macoszemu. Przeze mnie również. Nie przepadam za widocznymi drobinkami, zwykle wolę subtelność i rozświetlenie za pomocą formuły, czy koloru odbijającego światło. Są jednak wyjątki...

Sugarrimmed to odcień delikatnego różu, który koloru ust nie zmienia, a zamiast tego wspaniale podkreśla ich naturalne piękno. A to… to, co dzieje się w tej błyszczykowej bazie, to jest dopiero coś! Milion drobinek w kolorze różu, niebieskości (czasami mignie mi przed oczyma i jakaś zieloność) wprost obłędnie prezentuje się w słońcu, czy blasku sztucznego światła. Cudo :)
Kwestie użytkowe pasują mi niezmiernie, gdyż pomimo tego, że konsystencja jest dość klejąca i przyciąga rozwichrzone włosy niczym magnes, to nie klei samych ust - wiecie, o co mi chodzi? Nie zbiera się w miejscu ich łączenia, nie zauważyłam też, by formuła była wysuszającą, jest za to całkiem trwała i w przerwie między regularnymi posiłkami siedzi dzielnie w miejscu przykazanym. Bardzo podoba mi się również fakt, iż brokat jest niewyczuwalny i nie migruje poza obręb ust. No i do tego ten MACowy zapach, który uwielbiam…




Podsumowując - jeśli lubicie zabłysnąć w świetle reflektorów i słonecznych promieni, ale wciąż chcecie utrzymać makijaż w naturalnym tonie, to serdecznie polecam Waszej uwadze tę propozycję. Wasze usta będą iskrzyć, kokietować i przyciągać spojrzenia, pozostając jednak subtelnymi i delikatnymi.


Lubicie błyszczyki Dazzleglass? Możecie polecić mi jakiś inny odcień? :)

Pozdrawiam Was,
Megdil

sobota, 26 kwietnia 2014

John Masters Organics, Honey&Hibiscus Hair Reconstructor

„- Co zrobiłaś z włosami, że jest ich tak dużo? Są puszyste, miękkie i tak ładnie błyszczą. Wyglądają jakoś inaczej…
 - Hmm… nic. A nie, wróć, użyłam JMO.”

Słowa te padły dawno temu, wraz z moim pierwszym spotkaniem z pielęgnacyjną linią John Masters Organics przeznaczoną do włosów zniszczonych. Zapadły mi w pamięci na tyle mocno, bym mogła przekazać je dalej - bo jeżeli mężczyzna jest w stanie zauważyć różnicę, to która z nas jej nie dostrzeże? :>
Seria Miód i Hibiskus stworzona została z myślą o silnej regeneracji włosów zniszczonych. Oprócz tytułowych wartościowych ekstraktów z miodu i hibiskusa zawiera kwasy linolenowy i hialuronowy (tworzące budulec młodych, zdrowych kosmyków), którymi tak szczyci się producent. W skład tej linii wchodzi szampon i mocno skoncentrowana odżywka-maska. Tę drugą dziś mam zamiar Wam przedstawić.

Powiem to od razu - nie jest to byle co, ot, kolejny produkt z utopionymi w opakowaniu nadziejami. Dla mnie to coś, co naprawdę działa. Coś, co zdołało uchronić moją czuprynę przed radykalnym cięciem, a wespół z innymi podjętymi działaniami, wyprowadziło mnie z włosowego dołka. Nie muszę się już martwić wysuszoną, smętnie zwisającą i wiecznie napuszoną fryzurą, która, o zgrozo!, wyglądała jako-tako tylko i wyłącznie po uprzednim spotkaniu z prostownicą. Utrzymanie takich włosów we względnym (pozornym) ładzie nie należy do najprostszych. A doskonale wiem o czym mówię, gdyż w pułapce tego zamkniętego koła tkwiłam przez wiele lat. Nie sposób wyjść z niej zwycięsko, więc gdy nadszedł czas poważnych zmian, odstawienia złych nawyków i wypowiedzenia walki prawdziwym zniszczeniom, jakie mnie czekały, postawiłam na silne i obfite w naturalne ekstrakty działo. Teraz wiem, że to był dobry wybór. Dlaczego?




Spójrzcie na skład - produkt oparty na wodzie aloesowej, zawierający moc olejków, ekstraktów, maseł i protein od początku do końca zachwyca. Jest to zdecydowanie najbogatsza i najbardziej intensywna mieszanka, z jaką się dotąd spotkałam. Niesamowite przy tym jest to, że konsystencja tego kosmetyku jest lekka i nie obciąża włosów. Moje chłonęły ją w każdej ilości, warto jednak pokombinować z różnymi dawkami, gdyż może się okazać, że Wasze kosmyki zareagują na tę kompozycję odmiennie w zależności od tego, jaką porcją je nakarmicie (np. tak, jak u Kasi <klik>). Myślę, że w głównej mierze zależeć to będzie od stopnia zniszczenia i suchości, z jaką się borykacie.
Kolejną istotną kwestią jest czas, w szerokim ujęciu. Po pierwsze - utrzymywanie tego rekonstruktora na włosach zaledwie kilka lichych minut, mija się moim zdaniem z celem i zdrowym rozsądkiem. Nie mamy tu bowiem silikonów, które są w stanie w minutę osiąść na powierzchni i zrobić ‘swoje’. Oczywiście, nawet po tak krótkim czasie odżywka ta może delikatnie wygładzić strukturę włosa i pomóc w ich rozczesaniu, ale to chyba za mało? Ja rezerwuję dla tego produktu 30-60 minut, dopiero wtedy czuję, że maska oddała mi to, co ma rzeczywiście do zaoferowania - częściowo zostaje wchłonięta przez kosmyki, reszta zaś zmywa się szybko i bez problemu, nie czyniąc włosów tępymi i opornymi w dotyku.
Kolejnym czasowym aspektem jest częstotliwość. Ja w momencie największego załamania stosowałam ten kosmetyk przy okazji każdego mycia przez jeden tydzień w miesiącu, a taką intensywną kurację wspomagałam jednokrotną aplikacją w ciągu pozostałych tygodni. Serdecznie polecam Wam taką kombinację, gdyż pokazuje ona, jak włosy zachowują się w przypadku zastosowania różnych scenariuszy. Poza tym, mają szansę zarówno namiętnie chłonąć wszystkie właściwości płynące z tej mieszanki mycie po myciu, jak i odetchnąć od niej, by co jakiś czas uraczyć się składowym bogactwem na nowo.

No i pozostaje kwestia efektów. Różnicę w wyglądzie włosów byłam w stanie zauważyć już po jednym użyciu. Zresztą, nie tylko ja - czego dowodem jest rozpoczynający ten wpis akapit. Na długofalowe polepszenie stanu włosów musiałam, oczywiście, poczekać. I z tego miejsca po razy wtóry mogę wyrazić swoją radość, gdyż jakość mojej czupryny aktualnie ma się nijak do jej stanu sprzed podjętych przeze mnie działań. Użycie po użyciu kosmyki zyskiwały na poziomie nawilżenia, czego efektem jest ich miękkość, elastyczność, podbity blask i gładkość. Problem z rozczesaniem? Nie tutaj.
Wzmocnione i zdrowsze włosy to coś, czego powinniśmy od tego kosmetyku oczekiwać. Prawdą jest, że pewnych uszkodzeń nie da się cofnąć i tylko ingerencja nożyczek jest w stanie pomóc w pozbyciu się nieestetycznego balastu - nie oczekujmy więc, by wysuszone na wiór kołtuny przeistoczyły się w taflę wprost z telewizyjnej reklamy, w której śmiało można by się przejrzeć. Dzierżę jednak w dłoni namacalny dowód na to, że do pewnego stopnia da się zregenerować i takie włosy, którym wcześniej nie dawano wielkich na to nadziei. Potrzeba na to czasu i kilku wspomagających czynności. Potrzeba też wyrzeczeń i kompromisów. Oprócz strategii ważne są tutaj narzędzia - a John Masters, w moich oczach, jest ich wybitnym wytwórcą.





Na koniec lawina pytań :)
Jak maluje się Wasza włosowa historia? Macie za sobą poważne załamania ich kondycji? Jak radzicie sobie z takim stanem rzeczy?


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 23 kwietnia 2014

Chanel Chance Eau Tendre

Kocham wiosnę. To moja ulubiona pora roku. Powołuje do życia nie tylko przyrodę, ale i nowe idee, świeże spojrzenie, nadzieję, wiarę i moc do realizacji układanych w głowie planów.
Wiosna to siła, niemała!




Od kilku już lat okres ten kojarzy mi się nierozerwalnie z jednym z zapachów Chanel.
Chance Eau Tendre.
To ponoć najznakomitsza kompozycja z całej gamy Chance. Delikatna, zwiewna, lecz cały czas charakterystyczna, nie do zapomnienia. Jej rozkwit na skórze to prawdziwa esencja nieskazitelnej kobiecości na każdym etapie. Kwiatowo-owocowa mieszanka magicznie otula ciało niczym utkany z rozkwitłych pąków kolorowy płaszcz. Chcesz go nosić zawsze i wszędzie, bo wiesz, że nie ma dla niego sytuacji niewskazanych. Pasuje do każdego kroku i każdego gestu. A jeśli słowa okraszone aromatyczną kompozycją mogą brzmieć inaczej, to tak właśnie dzieje się w tym przypadku. Każde wypowiedziane zdanie przybiera na kobiecości.

Plastyczność tego zapachu jest zaskakująca. Z jednej strony jest lekki, optymistyczny i eteryczny. Z drugiej zaś bębni zuchwałością, zachęca do działania, popycha do brania tego, co swoje, budzi śmiałość i przebojowość na codziennej drodze – nawet te szare, płochliwe dusze artystycznie ubiera w najznakomitsze kolory. No bo jak zostać niezauważoną w tym wielobarwnym obłoku, który Chance Eau Tendre sobą maluje?

Dla mnie to fenomen, złożoność bez zbędnej komplikacji, słodycz w świeżości, wielkość w kruchości i kolor na starej fotografii.
Mamy tu miękkość i zdecydowanie, finezyjność przeplata się ze stanowczością – ale nie tą ostrą i kamienną. Ten flakon skrywa w sobie stanowczość nieuchwytną, aluzyjną, taką, którą trudno dostrzec, ale i nie sposób się jej sprzeciwić. Taką, która rzuca urok i od pierwszego poczucia działa jak hipnotyczny talizman skutecznie przyciągający uwagę. To obłok piękna i radości, a każdy wdech powietrza zmieszanego z tą kompozycją wyzwala pozytywne emocje.
Idealny na dzień o każdej porze roku. Idealny na wiosenno-letni wieczór nad jeziorem, z przyjaciółmi lub z ukochanym. Kojarzę go z czytaniem książki nad wodą w samym środku miasta i leśnymi spacerami. Wspaniale harmonizuje z morskim powietrzem, będąc doskonałym kompanem szumu fal rozbijających się o brzeg piaszczystej plaży.
Czujesz ten powiew? :)

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: grapefruit, pigwa
Nuta serca: jaśmin, hiacynt
Nuta bazy: piżmo, irys, cedr, ambra







Znacie Chance Eau Tendre? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się swoim spojrzeniem na tę kompozycję!
No i powiedzcie - który zapach jest Waszym wiosennym ulubieńcem? :)

Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Phenome, Wrinkle Resist Face Mask

Odmładzającą maź wypełniającą zmarszczki, ujędrniającą skórę, rozświetlającą cerę i czyniącą twarz witalną w odbiorze - raz, proszę! Aha, chcę też, by delikatnie oczyszczała pory i przyczyniła się do relaksu w domowym zaciszu. To chyba nie tak wiele? ;)

No dobrze, wyłączywszy tryb marzycielski i przełączywszy się na ten racjonalny, zejdę na ziemię, by przedstawić Wam coś, co część z tych niewygórowanych wymagań spełnia w 100%.
Gwoli ścisłości zaznaczę, że skórę mam już po pierwszym przeżytym ćwierćwieczu i czas ten uważam za jak najbardziej adekwatny do powzięcia czynności przeciwzmarszczkowych. Nie lubię wyolbrzymiać, dlatego nie powiem, by moja cera kwalifikowała się do tych przedwcześnie uwidaczniających zmarszczki, bruzdy, czy zagniecenia, choć nie używam sumiennie filtrów, a codziennego menu nie skomponowałam jeszcze na tyle dobrze, bym mogła rzec, że z pewnością pozytywnie wpływa na mój ogólny wygląd. Wszystko to jednak przede mną. Łącznie z wiotczejącymi skutkami upływającego czasu ;) Cóż, rąk załamywać nie zamierzam, Wam też tego nie radzę, albowiem tylko aktywne działanie może zadziałać na naszą korzyść!

Magiczna moc antyoksydantów, opóźniająca starzenie moc kompleksów roślinnych, czy poprawiające wygląd skóry technologie coraz szerzej rozpowszechniane w kosmetykach różnej maści, to coś, w czego działanie wierzę. Tak, brzmi to jak wyznanie kosmetycznej wiary, ale to właśnie ze względu na tę ufność trafiła do mnie maska Phenome, Wrinkle Resist. Ma ona bowiem pobudzać naskórek do regeneracji, ma odżywiać, nawilżać, a także sprawiać, że skóra będzie elastyczna i sprężysta. Ogromną zachętą była dla mnie zawartość białej glinki, która nie jest bazą całej mieszanki, a raczej kolejną składową uzupełniającą jej sukces. Mimo mojego czystego uwielbienia do glinkowych maseczek, jestem zadowolona z tego, że w tym kosmetyku Phenome potraktowało kaolin jako substancję pomocniczą, a co za tym idzie, w moim odczuciu, zapewniło holistyczną opiekę również nad tak trudną w obejściu tłustą i trądzikową cerą. Nie jest tu bowiem na tyle bogato, by zasiać spustoszenie na skórach trądzikowych, ale też grzechem byłoby nazwać skład zbyt ubogim dla pielęgnacji cer suchych - myślę, że zgodnie z sugestią producenta, każdy ma szansę odnaleźć tu odpowiedź na swoje potrzeby. Pełen opis znajdziecie, jak zawsze, w sklepie online <klik>.





W związku z tym, iż jest to inwestycja przyszłościowa, nie sposób stwierdzić, czy rzeczywiście działa - moje wróżbiarskie zapędy nigdy nie przebiły się przez twardo trzymające mnie przy ziemi nastawienie - stąd skupiam się na korzyściach doraźnych, jednocześnie wierząc, że to, co robię dla mojej cery dziś, będzie mieć pozytywne skutki jutro, za rok i lat dziesięć - a wiedzcie, że za każdym razem, gdy ta maseczka ląduje na mojej twarzy, czuję, że to dobry krok w tym kierunku. Konsystencja jej jest kremowo-żelowa, świetnie rozprowadza się na skórze, a do wywołania oczekiwanych skutków potrzebuje zaledwie 10-15 minut. W tym czasie częściowo się wchłania, częściowo zasycha, jednak nie tworzy trudnej do zmycia skorupy, przeciwnie, pozostaje plastyczna i szybko pozwala usunąć się z twarzy przy pomocy wody. A kiedy już to zrobię, mym oczom ukazuje się cera przyjemnie odprężona, o ładniejszym, odrobinę wyrównanym kolorycie, miękka i rozświetlona. Ogromnym plusem jest fakt, że wszelkie niedoskonałości z którymi się borykam są po takim kilkunastominutowym seansie złagodzone i uspokojone. Czego chcieć więcej w tym temacie?

Nie jest to mocno oczyszczająca maska, więc jeśli takiej szukacie, zwróćcie swe kroki w innym kierunku. Tutaj również otrzymacie te właściwości, owszem, lecz w zdecydowanie delikatniejszym wydaniu, w zamian okraszone wyciągami i ekstraktami nawilżającymi, odżywiającymi i działającymi przeciwzmarszczkowo. Nie uważam też, by była to pielęgnacja, która wygładzi powstałe już bruzdy, ale coś, co być może choć trochę opóźni ich pojawienie się - a to i tak dużo w walce z upływającym czasem młodości ;)




Dajcie znać, co myślicie o przeciwzmarszczkowej pielęgnacji - stosować, czy nie? Wierzyć, czy traktować z przymrużeniem oka? Chętnie poznam Wasze stanowisko w tym temacie :)


Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

środa, 16 kwietnia 2014

Co nowego? :)

Wpisów z nowościami u mnie mało (tyle, co nic? ;P), ale to już pewnie zauważyliście. Głównym powodem jest fakt, że każdy zakup staram się przed dokonaniem dobrze przemyśleć i nie wrzucam do koszyka na potęgę tego, co popadnie. Drugą sprawą jest to, że w kosmetyczny asortyment zaopatruję się na bieżąco, gdy coś się kończy. Zwykle więc nowość szybko nowością być przestaje i trafia do codziennej rutyny. W ostatnim czasie zebrałam jednak kilka nowinek i jeśli macie ochotę zerknąć, co zasiliło moją kosmetyczkę, zapraszam na szybki przegląd :)




Historia z powyższymi nabytkami od Dermalogica jest długa jak Chiński Mur, ale spokojnie, oszczędzę Wam jej. Początkowo plany były bardziej rozległe, ostatecznie, po drobnych perturbacjach, zdecydowałam się na zakup peelingu (Skin Prep Scrub) oraz żelu do mycia twarzy (Clearing Skin Wash z serii MediBac). Obydwa produkty przeznaczone są do pielęgnacji cery tłustej i/lub trądzikowej, idealnie więc wpisują się w profil mojej skóry. Nic jeszcze o nich powiedzieć nie mogę, ale mam nadzieję, że moje oczekiwania zostaną zaspokojone. W niezrealizowanym ostatnio planie utknęły jeszcze trzy kosmetyki – olejek do demakijażu PreCleanse, proszek złuszczający Daily Microfoliant oraz peeling enzymatyczny Gentle Cream Exfoliant – przy czym ten ostatni ma szansę być zastąpionym przez enzymatyczną alternatywę Organique, którą tak wiele z Was się zachwyca. Gdy powyższe pozycje do mnie trafią, będę Dermalogica-lnie zaspokojona :)

W ostatnim czasie zdecydowałam się również na moje pierwsze zakupy w internetowej neoperfmerii Galilu <klik>. Po nieudanym spotkaniu z kremem Mythos szukałam czegoś, co pozwoli mojej cerze odetchnąć i nie przyczyni się do pogorszenia jej stanu, a mnie da poczucie wypielęgnowanej cery. Po krótkiej konsultacji z Kasią z Kolczyków Izoldy <klik>, zdecydowałam się dać szansę marce REN i wrzuciłam do koszyka krem przeznaczony do cery ze skłonnością do niedoskonałości, Clearcalm 3 Replenishing Gel Cream. Jeszcze go nie stosowałam, lecz poprzeczka, jaką przed nim stawiam, sięga przynajmniej półki, na której stoją moje ulubione kremy Phenome <klik>. Korzystając z okazji, że I TAK płacę za przesyłkę (mhm, gdyby to był jedyny powód… :D), rozejrzałam się też po asortymencie marki Becca, który interesował mnie już od dawna. Początkowo chciałam kupić podkład, potem na myśl przyszła mi baza, a finalnie wybrałam… rozświetlacz! Piszę to w tonie ogólnego poruszenia, gdyż za rozświetlaczami przepadałam tylko na cudzych twarzach. No bo gdzie mnie – naczelnemu tłuściochowi do większego błysku? Po głębszym zastanowieniu doszło do mnie, że bardziej już błyszczeć się nie mogę, co mi więc szkodzi? ;) Wybrałam prasowaną propozycję Shimmering Skin Perfector Pressed w przepięknym kolorze delikatnego, bladego złota, Moonstone. Nie ma on jednak oczywistego ciepłego połysku – jest jakby… naturalny? W świetle dziennym wygląda obłędnie i wcale nie jak rozświetlacz nałożony na skórę, lecz jak blask bijący ze skóry – oczywiste, nieprawdaż? No właśnie nie takie to oczywiste, lecz więcej opowiem Wam przy okazji recenzji, która z pewnością się tutaj pojawi.
Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że zakupy na Galilu wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie i na pewno zostanę ich stałą klientką. Przesyłka była pięknie zapakowana, cudownie wypachniona, a oprócz tego otrzymałam solidny pakiet próbek i to takich, które sama z siebie wybrałabym dla swojej cery! To był dobry ruch ze strony Galilu, bo dzięki temu odkryłam prawdziwe perełki, których nabycie już planuję :>

Jakąś już chwilę temu, w żałobie po wycofanym Guerlain Parure Extreme, poszukiwałam podkładu, który mógłby przejąć jego obowiązki. Kandydatów było kilku, lecz ostatecznie wyłoniłam spośród nich jednego szczęśliwca, którym jest podkład od Bobbi Brown, Long-wear Even Finish Foundation SPF15. I choć Parure nie wyzionął jeszcze ducha (choć ostatnie krople spłynęły na dno, a jego ilość jest policzona na użyć 2?3?), to Bobbik trafił już do mojej rutyny. Powiem Wam tylko, że Guerlain zostawiło go daleko w tyle. Wciąż jestem w trakcie kombinacji, ale miłości z tego nie będzie (chyba, że nagle nastąpi niespodziewany zwrot akcji). Za jakiś czas na pewno powiem o nim coś więcej.

Kolejny na liście jest krem pod oczy, po który pobiegłam w podskokach po tym, jak przeciwzmarszczkowy tłuścioch od AnneMarie Börlind ostatecznie wyczerpał moją cierpliwość <klik>. Okazał się jeszcze gorszy, niż przewiduje to moja jego recenzja, dlatego w najbliższej możliwej chwili pozwolę sobie ją zaktualizować i dopisać kilka żali. Typów, które mogły go zastąpić było kilka, lecz ostatecznie postawiłam na Tołpę i krem z białym hibiskusem, który tak ochoczo poleca Aneta <klik>. Stosuję go od zaledwie kilku dni, więc wiele powiedzieć nie mogę, lecz liczę na jego dobre działanie :)




Ostatnim moim nabytkiem jest skromne uzupełnienie lakierowego zbiorku o holograficzną buteleczkę marki a-england. Chrapkę miałam głównie na piękność Her Rose Adagio, niestety na maani.pl <klik> nie jest już dostępny, zdecydowałam się więc na żurawinkę Briar Rose. Przemówiła do mnie ta ‘mleczna poświata’, którą producent opisuje powyższy odcień, a także poszczególne swatche w sieci. Na paznokciach jeszcze nie królował, ale na pewno jego debiutu odkładać długo nie będę :) Przy okazji zauroczyły mnie też takie kolory jak Sleeping Palace oraz Bridal Veil – czuję, że trudno będzie mi się im oprzeć ;))


To na tyle! Miało być krótko, ale musiałam trochę do Was pogadać :) Co myślicie o moich zakupach? Znacie coś z tej gromadki, czy może macie w planach? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

John Masters Organics, Głęboka kuracja torebek włosów zwiększająca objętość włosów

Wiecie, nie wierzę w cuda-wianki.  Marketingowe krasomówstwo już dawno przestało wywierać na mnie pożądane przez producentów, dystrybutorów i potencjalnych sprzedawców wrażenie. Owszem, często zapoznaję się z zapowiadanymi efektami, które kosmicznie brzmiące składniki i technologie mają mi zapewnić, ale nie niesie to już za sobą w skutkach bezzwłocznych, kompulsywnych zakupów – jak kiedyś. 
(A jak jest u Was?)

Nie pozostaję jednak całkowicie obojętna na słowną magię (co to, to nie) i wymienić mogłabym całą rzeszę kosmetyków, które już samą swoją nazwą potrafią mnie do siebie przyciągnąć – a wtedy trzymają się mojej podświadomości dopóki ich nie wypróbuję. Tak też było z produktem, który dziś chcę Wam pokrótce przedstawić.


John Masters Organics, Głęboka kuracja torebek włosów


Kuracje wzmacniające, zagęszczające, hamujące wypadanie włosów i stymulujące ich wzrost zawsze znajdą u mnie zastosowanie. Włosy mam po przejściach, ciężko im ze mną było – i tak cieszę się, że nie wszystkie porzuciły miejsce im przypisane i trwają ze mną do dziś ;) Wyciągnięcie wirtualnej ręki w kierunku tej kolejnej propozycji JMO było więc tylko kwestią czasu, kliknięcia i dokonania przelewu.

Czym owa tak mnie do siebie przekonała? Przede wszystkim składem (coś podobnego? :P).

Pozwolę sobie od razu wytknąć jedną poważną wadę zewnętrznej otoczki tego produktu. Brak składu na opakowaniu bezpośrednim, a i kartonowego okrycia tu brakuje. Posiłkuję się więc spisem zaczerpniętym z internetowej czeluści:


John Masters Organics, Głęboka kuracja torebek włosów


Mieszanka nad wyraz kusząca i, nomen omen, pobudzająca. Wyobraźnię :)
Wszystko razem ma bowiem stymulować krążenie krwi w skórze głowy, przywracać równowagę w produkcji sebum i spowalniać działanie wolnych rodników. W gąszczu mitów i szeroko jeszcze panującym przeświadczeniu, jakoby skórze głowy wystarczyło tylko oczyszczanie delikatnym szamponem, łatwo jest popłynąć z prądem i zagłuszyć jej potrzeby, które mogą okazać się dużo większe. Oczywistości jednak najczęściej najtrudniej dostrzec. Bo to, że wszystko zaczyna się właśnie w tym miejscu jak i to, że od zdrowia tegoż uzależniona jest też bezpośrednio kondycja samych włosów, brzmią jak truizm, prawda?

Mając już w głowie zakorzenioną powyższą myśl, z miejsca zmieniłam swoje dotychczasowe nawyki, a w kosmetyczce zrobiłam miejsce dla tworów takich, jak ten zamknięty w niepozornej buteleczce z ciemnego, twardego plastiku. Aplikacja jego jest banalnie prosta – po umyciu włosów kilka naciśnięć na sprawnie działający dozownik i skroplony płyn równomiernie ląduje w miejscu docelowym, zraszając skórę głowy i częściowo kosmyki u jej nasady. Nic wielkiego, nic czasochłonnego – całość zajmuje kilka sekund, wystarczy jeszcze pomasować chwilę skalp i już.
Efekt jest zaskakujący i trudny do opisania...

... Zaznaczam, że produkt należy nanieść na włosy mokre, tuż po umyciu, ostatnią więc rzeczą, której bym się spodziewała, jest natychmiastowe poczucie lekkości – nie takiej absolutnej, ale wyczuwalnej, tak, jakby kosmyki zostały przewiane czystym powietrzem (brzmię bardzo szaleńczo? :P). Jakkolwiek to brzmi, z pewnością pomaga rozczesać włosy (ale i bez przesady, kołtunów po Babydream nic by nie ruszyło ;)). Oprócz tego, delikatnie podnosi włosy u nasady, a efekt ten wsparty odpowiednią stylizacją na pewno utrzyma się dłużej. Oczywiście, ten punkt uzależniony jest bezpośrednio od gęstości i ciężkości włosów. Na moich delikatnych i nie tak gęstych, jak bym tego chciała, zauważam sporą różnicę.
Tyle z radości doraźnych.




Co zaś przyniosła mi regularna, półroczna z nim historia?
A dużo.
Choć po przeczytaniu kilku niespowitych entuzjazmem opinii nie obiecywałam sobie po nim wiele, to z pewnością liczyłam na ukojenie swędzącej, podrażnionej skóry głowy. Z problemem tym borykałam się od czasu do czasu. Wystarczył nieudany eksperyment z kiepskim szamponem, czy produktem do stylizacji. Czasami niedogodność ta potrafiła zjawić się znikąd, kapryśnie, ‘po prostu’.
JMO nie poległ, a pomógł mi tę uciążliwość usunąć. Wdzięczność moja nie zna granic i myślę, że zrozumie mnie każda osoba, która z tą nieprzyjemną zgryzotą miała do czynienia. Przyznam, że w trakcie całej kuracji, nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile dobrego ta ziołowa mieszanka zdołała dla mnie zrobić.

Rzadko zdarza mi się przyklasnąć producenckim obietnicom, stąd zresztą wstęp, jednak tutaj jestem skłonna zgodzić się z większością tych (racjonalnych) haseł.
Nie jest to moim zdaniem rzecz, która pomoże w leczeniu zaawansowanego łysienia, ale wzmożone wypadanie włosów jest w stanie ograniczyć – tak, jak u mnie. Owszem, włosy wypadają mi nadal i owszem, nie mogę całej zasługi zmniejszenia tego problemu przypisać Kuracji JMO, ale odkąd włączyłam ją do użytku na stałe, różnicę zauważyłam znaczną. Skutkiem ‘ubocznym’ – bo na to nie liczyłam ani trochę, okazała się skuteczna pomoc w okiełznaniu nadgorliwych gruczołów łojowych. W myśl zasady, że sukces ma wielu ojców, wspomnieć muszę w tym miejscu także o dodatkowych zabiegach, którymi raczę skórę głowy (nieoceniona pomoc stymulującego Khadi). Niemniej jednak, Kuracja JMO spisała się w tej kwestii na medal, dołożywszy cegiełkę do uwolnienia mnie od codziennego mycia czupryny.

Nie zrozumcie mnie źle. Na pewno nie jest to cud, odkrycie na miarę termodynamiki, ale dla tych z Was obdarzonych cierpliwością i wymaganiami podobnymi do moich, może okazać się wybornym pomocnikiem w okiełznaniu wymienionych wyżej nieprzyjemności. Przed ewentualnym zakupem weźcie też pod uwagę stosunek zadowolonych klientów do tych, których opinie są mniej entuzjastyczne. Domyślam się, że może to być wynikiem zbyt kosmicznych oczekiwań względem produktu.

Głęboka kuracja torebek włosów okazała się w moim przypadku dobrym wyborem, a niepozornie małe kroki złożyły się na duży sukces.
W najbliższym czasie nie planuję powrotu, nie tylko ze względu na cenę (ok. 103 zł za 59 ml), ale przede wszystkim chcę sprawdzić, na ile wszystkie te osiągnięcia okażą się trwałe.


Znacie? Macie w planach?
A może opracowałyście własną receptę na zdrową skórę głowy?

Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 11 kwietnia 2014

Lakierowy Box Paese

Wieści o lakierowej akcji polskiej firmy Paese rozpłynęły się po Blogosferze z prędkością światła. I wcale mnie to nie dziwi! No bo same powiedzcie - czy pudełeczko wypełnione lakierowymi cukierasami nie brzmi bajecznie? :) Tym bardziej, że opcje są dwie - pierwsza zakłada pełną kontrolę nad zawartością rzeczonego pudełka i możliwość osobistego wyboru pięciu kolorowych buteleczek na firmowych stoiskach Paese, druga zaś to zdanie się na los i oczekiwanie kuriera z niespodzianką w rękach (a to wszystko za 39 zł!) - w takim przypadku nie ma złego wyjścia :) Pozostałych technicznych detali nie będę powielać, wszystko, co trzeba wiedzieć, zostało zawarte w informacji udostępnionej na stronie Paese <klik>. Jeśli jednak będziecie mieć jakieś wątpliwości - pytajcie.





Tymczasem zaprezentuję Wam zawartość mojego pudełeczka. Nie ukrywam, że to moje pierwsze spotkanie z lakierami tej marki, tym większą niespodzianką były dla mnie ich urocze buteleczki. Gdy otworzyłam pakunek moim oczom ukazały się piękne, wiosenne kolory, po które z chęcią będę w nadchodzącym sezonie sięgać.
Jako że same numerki przyporządkowane konkretnym lakierom wydają mi się suche, nudne i nic nie mówiące, nadałam im prowizoryczne nazwy - może Wy macie na nie inne pomysły? :>




342 Bananowy smoothie był pierwszym kolorem, który przykuł moją uwagę - piękna żółć, trochę bananowa, trochę cytrynowa, trochę pastelowa i zaskakująco "twarzowa". Na pewno nie każdemu taki kolor przypadnie do gustu, mnie jednak zauroczył i już widzę go w letnich stylizacjach przy akompaniamencie złotej opalenizny :) Kwestie techniczne, o dziwo, wcale mnie nie rozczarowały i choć formuła ma tendencję do smużenia przy pierwszej warstwie, to druga już kryje płytkę równo i gładko. Bardzo przyjemna sztuka!




191 Wakacje w miętowym gaju to lakier, którego właściwy odcień było mi wyjątkowo trudno uchwycić na zdjęciach. Ostatecznie się poddałam, dopowiem za to, że w rzeczywistości to turkusowa mięta z widocznymi zielonymi tonami. Pastelowa, ale w żadnym wypadku nie delikatna - bardzo rzuca się w oczy i naprawdę upiększa i rozwesela dłonie. Technicznie lakier nie jest zły, dwie warstwy dają pełne krycie, trzeba jednak uważać, bo choć kształtowi pędzelka nie mam nic do zarzucenia, to zauważyłam, że nabiera dużo lakieru - kwestia do okiełznania.




137 Rafa koralowa. Piękna, boska, koralowa czerwień! Ciepłe tony są tutaj bardzo oczywiste - dużo pomarańczu, trochę różu, a cała ta mieszanka idealnie odnajduje się w kolorze bazowej czerwieni. Żałuję jedynie, że na paznokciach ta delikatna różowość nie jest bardziej widoczna. Dodatkowym plusem jest fakt, że przy odrobinie wprawy pełne krycie da się uzyskać już po jednej warstwie! Lakier ładnie rozkłada się na płytce, a cały proces malowania przebiega błyskawicznie.




301 Biurowy szyk to kolejny lakier, który śmiało mogę nazwać jednowarstwowcem. Świetny, elegancki nude z delikatnymi wrzosowymi tonami. Efekt, jaki daje w połączeniu z moją skórą bardzo mi się podoba, jednak nie określiłabym go kolorem uniwersalnym. Myślę, że to jeden z tych lakierów, w których trzeba się po prostu 'czuć'.




118 Buraczkowy brownie przysporzył mi najwięcej problemu w odnalezieniu odpowiedniej dla niego nazwy. Doprawdy, z jego określeniem mam ogromny kłopot, jest tu drobina różu i ogrom brązu, ale przede wszystkim widzę buraczka. Kolor piękny i nietuzinkowy - niemal do złudzenia przypomina mi Angora Cardi od Essie. Ta sztuka ma najprzyjemniejszą konsystencję i choć jest dość rzadki, to odznacza się świetną pigmentacją, dzięki której mani można by uznać za zakończony po jednej nałożonej powłoce.

Jak z trwałością, nie wiem, gdyż nie było mi jeszcze dane poznać tych lakierów od tej strony. Jeśli jednak ktoś będzie ciekawy, to postaram się na FB przy okazji coś o tym napomknąć :)




Oprócz lakierów kolorowych, Box od Paese oferuje nam dwa produkty z dziedziny około pielęgnacyjnej. Mnie trafiła się baza wyrównująca powierzchnię płytki oraz utwardzacz. Tych jeszcze nie używałam, ale ciekawa jestem zwłaszcza bazy, która swoim kolorem i przeznaczeniem przywodzi mi na myśl produkt, z którego swego czasu byłam zadowolona, Fill The Gap! z Essie.


Jak podoba Wam się zawartość mojego Boxa? Skusiłyście się na propozycję Paese? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 9 kwietnia 2014

Essie, Watermelon

Macie w swoich lakierowych zbiorach taką sztukę, której osobista wyjątkowość zawsze wprawia Was w wielki zachwyt?
Ja mam kilka takich, a jedną przedstawię Wam dzisiaj. Przed Wami genialna propozycja Essie - Watermelon, czyli czarowna odpowiedź na moje uwielbienie do róży i czerwieni. I to w jednej buteleczce! :)






Arbuz zalicza się do najpopularniejszych odcieni, które oferuje nam Essie w swym stałym asortymencie. Musicie wiedzieć, że sława ta nie jest bynajmniej podyktowana samą reputacją marki, a doskonałością, jaką producent w przypadku tej formuły osiągnął. Kapitalna pigmentacja pozwala na jednowarstwowy manicure w tych awaryjnych sytuacjach, gdy czas nas goni, a paznokcie muszą odpowiednio się prezentować. Konsystencja jest wybitnie kremowa, o idealnej gęstości, właściwie sama układa się na płytce, a do tego wszystkiego otrzymujemy piękny połysk i świetną trwałość. Poza kolorem, rzecz jasna. A ten? Ten jest cudowny! Nadzwyczajny! Róż, fuksja, malina, czy czerwień? W zależności od światła efekt wygląda inaczej. Wszystkie te odcienie wymieszane w proporcjach idealnych, komplementują siebie nawzajem, żaden z nich nie wysuwa się agresywnie na pierwszy plan, a zamiast tego wszystkie harmonijnie ze sobą współgrają. Piękniejszej wariacji w temacie tej części koła barw nie można sobie chyba wyobrazić :)





Znacie? Lubicie? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

MAC, Studio Finish Concealer

Korektor rzecz ważna. Choć skłamałabym mówiąc, że od zawsze jest nieodłącznym towarzyszem mojej kosmetyczki. Przekonałam się o jego słuszności stosunkowo niedawno, na długo po mojej makijażowej inicjacji. W zasadzie ten rodzaj kosmetyku jawił mi się jako czysta fanaberia kobiet przywiązujących przesadną uwagę do wykonywanego makijażu – i mimo że dwukolorowy sztyft maskujący z Oriflame (kto miał taki sam? :>) stanowił niegdyś fundament upiększania mojej naturalnej aparycji, z czasem został całkowicie wyparty przez podkład stosowany przeze mnie dwojako – na całą twarz, jak pan producent przykazał, oraz punktowo tam, gdzie jedna warstwa nie radziła sobie z pełnym pokryciem niedoskonałości.

Jednak wraz z rozwojem moich urodowych zainteresowań, urosły też pewne potrzeby, na które wcześniej zwykłam pozostawać głucha. W tym właśnie momencie zrodziła się we mnie chęć wejścia w posiadanie dobrego korektora z przeznaczeniem dla cery – dobrego, czyli takiego, który ukryje niedoskonałości swoim nasyconym pigmentem, nie będzie wyglądał jak plama karmelowych lodów dziarsko pochłoniętych podczas deseru, a przede wszystkim takiego, który dzielnie będzie trwał na przykazanym miejscu, trzymając niedoskonałe tajemnice mojej skóry z dala od oczu mych rozmówców.

W wirze poszukiwań przystanęłam na ofercie MAC i spośród obfitującego w korektorowe propozycje asortymentu, wybrałam dla siebie Studio Finish Concealer z SPF35, który według producenta, w wachlarzu swych możliwości posiada nawet tak trudne zadanie, jak ukrycie tatuaży! To dopiero wyzwanie.
Muszę nadmienić, że z jakości opakowań MAC jestem bardzo zadowolona. Pomimo upływu czasu i jednoczesnego panoszenia się w odmętach mojej napakowanej po brzegi torebki, nic mnie jeszcze nie zawiodło – nic się nie urwało, nie odczepiło, nie połamało. Zwracam na to uwagę, bo w tym temacie ‘nawet’ Dior potrafił mnie mocno rozczarować.




Zacznę od tego (tak, dopiero zaczynam - czy ja czasami nie piszę za dużo? ;)), że do pewnego stopnia uważam ten kosmetyk za wielozadaniowy. Jest świetnie napigmentowany i stosunkowo kremowy, w związku z czym ukryć może naprawdę wiele – od przebarwień, przez niedoskonałości po cienie pod oczami. Konsystencję ma raczej suchą i tępą, zatem kluczową sprawą jest dobranie odpowiedniej metody i narzędzia aplikacji do problemu, z którym chcemy się zmierzyć. A mamy w czym wybierać, gdyż śmiało i bezkarnie możemy tu eksperymentować – ja próbowałam wielu sposobów – kolejno: dłonie; Beauty Blender; mały, sztywny pędzel języczkowy; puszysty (lecz niezbyt duży) pędzelek do blendowania; a nawet zaokrąglony flat top (hę?), który normalnie służy mi do aplikacji podkładu. Każda z tych wymienionych metod daje pozytywne rezultaty, z tym, że największe krycie uzyskuję przy użyciu klasycznego syntetycznego pędzelka przeznaczonego do korektora lub podczas wklepywania produktu palcami.

Tak, jak wspomniałam, uważam, że kosmetyk ten uchodzić może za wielozadaniowy, lecz tylko do pewnego stopnia. Dlaczego? O tym, że świetnie zakrywa wszelkie niedoskonałości nie będę Was przekonywać - nie gubi pigmentu podczas wklepywania i delikatnego rozcierania, nie tworzy nieestetycznej skorupy na skórze, nie jest też rozświetlający i nie wybija na pierwszy plan tego, co ukryć chcemy. Ponadto dobrze trzyma się powierzchni, na którą zostanie zaaplikowany, a ewentualne poprawki w ciągu dnia ograniczam jedynie do górnej partii okolic nosa, o ile pojawiają się na nim okulary przeciwsłoneczne. Jest w tym wszystkim jednak małe ale. Otóż SFC ma tendencję do podkreślania suchych skórek, o które wokół wyprysków często nietrudno, a aplikowany na większe partie twarzy może osadzać się w porach skóry. Trzeba więc dać sobie czas, a skórę odpowiednio przygotować, by wyżej wymienione kłopotliwości zniwelować.

Ostatnim zadaniem, do którego czasami go angażuję jest ukrywanie cieni pod oczami. Wprawdzie nie mam z tym ogromnego problemu, nierzadko nawet z tego kroku po prostu rezygnuję, zdarzają się jednak kryzysowe sytuacje, w których pomoc tego rodzaju  jest nieodzowna. SFC nie jest idealną odpowiedzią na te wołania, ale na odpowiednio nawilżonej skórze, zaaplikowany delikatną warstwą (np. puchatym pędzelkiem) i przyprószony równie delikatnym pudrem, wcale nie musi okazać się kiepską alternatywą – choć sam w sobie jest dość ciężki, więc ostatecznie nie mógłby zostać moim etatowym korektorem pod oczy, gdyż jego konsystencja sprzyja podkreślaniu zmarszczek i zbieraniu się w tych załamaniach skórnych. Ponadto jest w tych miejscach widoczny i może skórę wysuszać, trzeba go więc stosować z umiarem.


MAC Studio Finish Concealer SPF35 Swatch


Fakt, że posiadam ten kosmetyk w dwóch różnych odcieniach śmiało może świadczyć o mojej sympatii do niego. NC20 jest dla mnie idealną propozycją na teraz, NC30 zaś stosuję latem, przy czym tego odcienia nie aplikuję pod oczy, gdyż zauważyłam, że lubi  w tych okolicach ujawniać lekko pomarańczowe tony. Plusem może okazać się też zawarty tutaj filtr SPF35, którego zastosowanie widzę w ochronnych działaniach znamion na ciele, czy twarzy - jednak na ile ten filtr jest stabilny - nie wiem. Bezcenną za to wiadomością staje się fakt, że formuła korektora nie przyczynia się do żadnych szkód na cerze – nie podrażnia, nie uczula i nie powoduje powstawania wyprysków.


Znacie ten korektor?
Macie swojego korektorowego niezawodnego ulubieńca?


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 4 kwietnia 2014

Weekendowe przyjemnostki: Cukrowe SPA :)

Dzisiejszy post sponsoruje słowo przyjemność :) Jako że dziś oficjalnie rozpoczyna się weekend, a dla większości z nas to taki moment tygodnia, w którym łatwiej jest znaleźć chwilę dla siebie, chcę Was mocno do tego zachęcić :) W związku z tym przyświecającym mi celem nie mam w zamyśle tworzenia skrupulatnych recenzji, a jedynie przedstawienie Wam moich luźnych przemyśleń w temacie tych kilku kosmetyków, które aktualnie uprzyjemniają mi domowy łazienkowy seans :)

Moje domowe SPA inauguruje przyodzianie się w milutki szlafrok i demonstracyjne zamknięcie łazienkowych drzwi. Troski dnia codziennego umieszczam w szczelnej fantasmagoryjnej pocztowej skrzynce, daję sobie chwilę na odetchnięcie, myślę o czymś, co sprawia mi radość, albo nie myślę o niczym – takie chwilowe odłączenie się od świata też może przyczynić się do rozluźnienia nielubianych zmarszczek ;)




Kolejnym, już kosmetycznym, punktem koronnym jest pozbycie się martwego naskórka z całego ciała. Za to właśnie ubóstwiam peelingi – dają poczucie lekkości i wypielęgnowanej do granic możliwości skóry. Tego z Phenome zachwalałam już tutaj. Jest to niewątpliwie mój ulubiony na tę chwilę scrub i to właśnie on zachęcił mnie do dalszej eksploracji linii Pure Sugarcane. Jego cudowny aromat stał się więc ostatnio bazą dla pozostałych dwóch kosmetyków, które w pielęgnacji ciała mi towarzyszą. Przy okazji jednej z promocji skusiłam się na żel i lekką emulsję nawilżającą. Jest słodko, lecz zbalansowanie dzięki owocowo-kwiatowym nutom – piękny aromat unoszący się w powietrzu na każdym etapie cielesnej pielęgnacji, to jest to!

Żel jest przyjemny w obsłudze nie tylko dzięki zamontowanej pompce, czy wspaniałemu zapachowi. To pierwszy tego rodzaju kosmetyk, który wzbudził we mnie autentyczny zachwyt! Przyznaję, że wraz z jego zakupem nie nastawiałam się na wiele. Głównym czynnikiem nabywczym był tutaj zapach i chwilowy spadek formy – cóż może być lepszego na poprawę samopoczucia, niż drobne sobie dogodzenie? ;) Tymczasem, po kilku regularnych użyciach, doznałam wielkiego rozczarowania – tym razem bardzo przyjemnego :) Żel w najmniejszym nawet stopniu nie wysusza skóry, otula ją delikatną pianką i doskonale ją przy tym oczyszcza. Zauważyłam, że ciało jest zdecydowanie delikatniejsze dzięki niemu, a efekt wygładzenia po peelingu utrzymuje się znacznie dłużej, niż podczas stosowanych przeze mnie dotąd żeli. Co więcej – pozwoliłam sobie na mały eksperyment i przez tydzień nie używałam żadnego nawilżacza po kąpieli. Efekt? Żadnych suchych placków, skóra w dobrym stanie, o dziwo, nie wołająca o pomstę do nieba – wow! Nie wiem, jak moja skóra zareagowałaby, gdyby ten eksperyment trwał dłużej (za bardzo lubię jej dogadzać ;), ale wiem za to, że będę do tych żeli wracać :)

Pełne rozpieszczanie skóry ciała nie mogłoby się obyć bez nawilżającej dawki, którą w tym przypadku serwuje mi lekki balsam – Nourishing Body Emulsion. Kupiłam go w ramach urozmaicenia, z czystej ciekawości, gdyż nie znałam ani konsystencji, ani jego nawilżających możliwości, a dla przypomnienia – w tej materii wielbię wszystko, co porządnie się z tego zadania wywiązuje. Dla jasnego oglądu stosowałam go w towarzystwie kilku różnych żeli i muszę nadmienić, że nie jest to kosmetyk wybitnie nawilżający. Owszem, ma lekką konsystencję, dość szybko się wchłania i przyjemnie pielęgnuje skórę, lecz dla jej suchych lub kapryśnych odmian nie będzie najlepszym z możliwych wyborem, zwłaszcza w okresie wzmożonej potrzeby nawilżenia i odżywienia. W takim przypadku zdecydowanie polecam masełko Regenerating, które niedawno opisywałam tutaj.




Po tych wszystkich cielesnych przyjemnościach, nakładam na twarz maseczkę, często przedtem robię też peeling, w powietrzu fale dźwiękowe roznoszą upajającą duszę, zwykle spokojną, muzykę, a na koniec siadam wygodnie z kubkiem herbaty i interesującą mnie książką, z daleka od telefonu i komputera, cieszę się chwilą przepełnioną spokojem i przyjemnością :) Czasami (coraz częściej) siadam na podłodze i próbuję zgłębiać tajniki jogi, niebywale odprężające zajęcie, z czasem przynosi też ogromną satysfakcję z czynionych postępów.

A jak wygląda Wasze domowe SPA? Często w ten sposób odrywacie się od codzienności? A może macie lepsze sposoby? Koniecznie podzielcie się swoimi metodami w komentarzach! :)


Pozdrawiam Was i życzę udanego weekendu :)
Megdil

środa, 2 kwietnia 2014

Essie, Bond With Whomever

Po małych technicznych problemach wracam do żywych i z tego miejsca dziękuję wszystkim tym, którzy wyrazili swoją za mną tęsknotę :)

Aby miło wejść w ten radosny wiosenny czas, przygotowałam na dziś prezentację pięknego lakieru Essie, zakupionego przeze mnie czystym przypadkiem w zeszłym roku. Bond With Whomever wchodził w skład wiosennej kolekcji Madison Ave-Hue, która niemal w całości trafiła w moje szeregi. Zaczęło się niewinnie od zakupu fantastycznego lakieru Go Ginza, a skończyło na uwielbieniu do pozostałych propozycji wysuniętych wówczas przez markę :)







Bond With Whomever początkowo wydawał mi się zbędny w mojej kolekcji, taki nijaki, typowy, bez wyrazu, dlatego też nie brałam go w swoich nabywczych planach pod uwagę. Los jednak zdecydował inaczej i przy okazji dobrej cenowej obniżki nabyłam swoją osobistą sztukę w Hebe :)

Zaskakujące jest to, jak bardzo ten lakier polubiłam! Nie posiadam niczego podobnego w swoich zbiorach - to piękny, jasny, liliowy fiolet w ciepłej tonacji, który genialnie współgra z opalenizną, ale i równie wspaniale prezentuje się w połączeniu z bladą skórą. Jest niesamowicie kobiecy i delikatny, nie rzuca się w oczy, lecz jednocześnie dodaje nam subtelności i zwiewności :) Zdjęcia nie oddają jego koloru w 100%, gdyż na żywo odcień jest nieco cieplejszy, z nutą różowości - piękność :)
Swego czasu nie mogłam ubierać paznokci w takie kolory, jakie bym chciała. Siłą rzeczy gustowałam więc w mlecznych odcieniach różu lub delikatnych lakierach nude - rozumiem zatem, jakim bólem dla lakieromaniaczki, lub po prostu kobiety lubiącej szykowny, lecz nietuzinkowy mani jest zamknięcie się w standardowych ramach. Sądzę jednak, że Bond (wszak nazwa zobowiązuje :)) odnajdzie się wszędzie i nawet w przypadku takich ograniczeń pokaże, że jest mistrzem sytuacji :) 







Kwestie użytkowe są tutaj dopracowane do perfekcji - idealny pędzelek, odpowiednia konsystencja, piękny połysk oraz dwie warstwy potrzebne do pełnego krycia i osiągnięcia kolorystycznej głębi. Odcień nie jest dostępny w stałej ofercie, ale często widzę go choćby na Allegro, gdzie można go upolować w miłej cenie :)


A co Wy o nim sądzicie? Może macie go w swoich zbiorach? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil