piątek, 21 lutego 2014

Zoya Pixie Dust, Sunshine

Zdaje się, że niebieska Sunshine spotkała się z najmniejszym (choć wcale niemałym!) entuzjazmem podczas szybkiej prezentacji moich piaskowych nabytków. Muszę Was jednak zapewnić, że cudo to wyjątkowej urody i mimo że niebieskości nie przygniatają swoją obecnością róży, czy czerwieni w moim lakierowym zbiorku, to ten... ten śmiało pretendować może do pierwszego miejsca na podium w swej kolorystycznej kategorii :)






Sunshine to czarowny odcień głębokiego, ciemnego dżinsu, który hojnie obsypany został srebrnym i niebieskim brokatem, tworzącym na paznokciu niepowtarzalną, zadziorną, lecz wciąż gustowną fakturę. W świetle dziennym piaskowa struktura wygląda bardzo intrygująco i, uwierzcie, zwyczajnie nie da się pominąć takiego mani szybkim, obojętnym spojrzeniem :)

Dla mnie jednak dopiero w odpowiednim oświetleniu ta emalia budzi się do życia. Iskrzące drobinki brokatu sprawiają, że paznokcie wyglądają jak kuszące kobiecą duszę szlachetne kamyki, a to z kolei niesie za sobą jedną oczywistość - nie można od nich oderwać wzroku! :))
Lakier należy do tych, które po jednej już warstwie kryją płytkę w zupełności. Mnie w takiej kombinacji czegoś brakowało (być może zadośćuczynienia zasadzie ;)), więc na paznokciach wylądowały standardowe dwie powłoki. Każda z warstw wysycha w mgnieniu oka, więc dzięki tej niepozornej buteleczce, minimalnym nakładem sił, osiągamy niezwykle efektowny mani.

Nie wiem, czy Was również, ale mnie nadanie niebieskości miana "Sunshine" mocno zbiło z tropu. Po krótkich oględzinach w sieci zagadka jednak sama się rozwiązała - Sunshine to imię manikiurzystki gwiazd, która podczas jednego z pokazów na NYFW, metodą layeringu, połączyła ze sobą Godivę, Dahlię oraz Nyx - piaski z pierwszej kolekcji Pixie Dust, inspirując tym samym markę Zoya do stworzenia tego głębokiego granatu. Sunshine Outing - thank you!






Na ogromną pochwałę zasługuje niesamowita trwałość tych lakierów. Poprzednie (Arabella oraz Carter) trzymały się u mnie tydzień bez żadnych uchybień, a i pewnie dłużej mogłyby pociągnąć, gdyby nie moja zmienność w temacie.

To już ostatni Zoykowy piasek w mojej kolekcji. Każdym jestem zauroczona tak samo i każdy z nich mogę polecić Wam serdecznie. Dzięki nim całkowicie przekonałam się do teksturowego wykończenia, lecz wiem też, że trudno będzie mnie przekonać do piasków innych marek - te są idealne!






Jeśli ominęły Was moje zachwyty nad pozostałymi dwiema sztukami Pixie, kliknijcie w linki:
Zoya Pixie Dust, Carter

Ja swoje egzemplarze kupiłam na maani.pl. Większość kolekcji jest jeszcze dostępna, a w dodatku aktualnie trwa na nie promocja. Nic, tylko klikać :P

Uwiodła Was niebieska Sunshine? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 17 lutego 2014

Pat&Rub, Tonik do twarzy

Uwaga, zadam pytanie wagi szalenie osobistej – pamiętacie swój pierwszy… tonik? :P
Bo ja pamiętam! Under20, zielone, całkiem poręczne opakowanie, a w środku przyjemnie odświeżający płyn o delikatnym zapachu. To pierwsze moje spotkanie z kosmetykiem tego rodzaju miejsce miało wiele lat temu. Gdzieś po drodze potrzeba tonizowania twarzy mi umknęła i przez chwilę nie sięgałam choćby myślą po ‘te wszystkie płyny, które właściwie… co mają robić?”.  Przez długi czas tonik albo gościł w mojej kosmetyczce, albo go nie było – wszak żadna to paląca potrzeba, żadne namacalne efekty, a jedynie dodatkowa warstwa na skórze – a co, jak co – warstwowości to ja nie lubię!

Historia zmieniła bieg, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z łagodzącym tonikiem P&R. Wymagania miałam spore, choć mocno niedoprecyzowane ;) No bo tak – niby już wiedziałam, co ów płyn ma robić, ale niekoniecznie wierzyłam w zasadność jego obecności w całym pielęgnacyjnym rytuale. Nadrzędnym jego zadaniem jest wyrównywanie pH, które utrzymane na odpowiednim dla skóry, lekko kwaśnym poziomie (~4,5 do 5,5) jest, w istocie, rzeczą poniekąd warunkującą jej stan. Jest to o tyle ważne w odniesieniu do osób borykających się z problemami trądzikowymi, że zarówno podniesione, jak i zbyt niskie pH sprzyja nasileniu tych kłopotów.
Nie wiem, jak Wy, ale ja od razu nabieram ochoty na regularne tonizowanie.




Sięgnięcie po propozycję naszej rodzimej marki, Pat&Rub, było dla mnie oczywistym następstwem. Firmę darzę zaufaniem, a składowo ta łagodząca mieszanka wydała mi się świetnym rozwiązaniem dla mojej trądzikowej cery.
Mamy tutaj bowiem nawilżającą i łagodzącą zaczerwienienia wodę różaną; działającą antybakteryjnie i przeciwzapalnie wodę rozmarynową; łagodzącą podrażnienia wodę lawendową oraz rumianek solny, który również łagodzi podrażnienia, rumień i zaczerwienienia. Skład jest więc naturalny, zmyślnie skomponowany, a co najważniejsze – wcale nie gołosłowny!

Moje obecne opakowanie jest już którymś z kolei i za każdym razem, gdy go na rzecz innych specyfików odstawię, wracam z podkulonym ogonem, doceniając jego działanie po stokroć bardziej. Dotąd przyświecało mi wyobrażenie o trudnych do zdefiniowania efektach regularnego stosowania toników. Bo jest to coś ‘pomiędzy’. Coś, czego w zasadzie nie widać. Coś, co sobie może i działa, ale jak, gdzie i po co? To już trudniej odnotować. Tymczasem…

Odkąd łagodząca mieszanka P&R towarzyszy mi w ścisłej pielęgnacji, zauważyłam widoczne, dodatnie zmiany w odbiorze samej cery, jak i złagodzenie problemów, z którymi przyszło mi się borykać. Skóra nie jest bowiem tak podatna na poddawanie się uciążliwym stanom zapalnym jak bez niego. A jeśli takowe się pojawiają, to cały proces ich gojenia przebiega szybciej i łagodniej. Rzecz jasna, tonik nie uchroni mnie całkowicie przed takimi przejściami, lecz stanowi swoistą tarczę obronną, która w przydzielony sobie sposób działa jak kojący okład.
Działanie toniku oceniam wysoko nie tylko z powodu jego dobroczynnego wpływu na moje trądzikowe zgryzoty, albowiem i reszta zapewnień producenta znajduje u mnie odzwierciedlenie. Płyn delikatnie nawilża moją cerę, niweluje uczucie ściągnięcia skóry po dogłębnym jej oczyszczeniu. Niejednokrotnie uratował mnie po tym, jak z uwagi na moją delikatną niesubordynację ;) przeciągnęłam w czasie działanie glinkowych maseczek. Uwierzcie, cera po takim seansie potrafi zastrajkować – jest zaczerwieniona, ściągnięta, a poczucie ogólnego dyskomfortu zniwelować może tylko odpowiednio dobrany specyfik łagodzący.
O profitach takich, jak doczyszczenie ewentualnych demakijażowych uchybień, czy uczucie odświeżenia cery bez niechcianego poczucia lepkości chyba nie muszę wspominać? Ponadto, tonik ten idealnie uzupełnia poranne czynności pielęgnacyjno-makijażowe, gdyż świetnie współpracuje z kremami, a ostatecznie również z kosmetykami kolorowymi. Mam wrażenie, że makijaż na cerze nim potraktowanej wygląda lepiej i lepiej się utrzymuje.

Jak widzicie, tonik od P&R mnie kupił i wpisał się na dobre w moje pielęgnacyjne rytuały. Wprawdzie mam w planach wypróbowanie jeszcze kilku innych tonikowych opcji, ale poprzeczkę P&R postawiło wyjątkowo wysoko.


Znacie?
Jakie jest Wasze stanowisko w kwestii tonizowania cery? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 10 lutego 2014

Denko, czyli ogrom mini recenzji :)

Melduję, że wraz z tym postem opróżniam niemal całą denkową szufladę ;)
Kilka z poniższych kosmetyków doczekało się swojej pełnej recenzji, dlatego nie będę sobie wtórować, a zainteresowanych zaproszę do wyodrębnionych linków. 
Z racji tego, że zużywania kosmetyków nie traktuję jako 'cel' (no, może poza szminkami, które zdają się być u mnie nieśmiertelne), z części pożegnań wcale się nie cieszę, przeciwnie, już tęsknię, co pewnie wygeneruje w niedługim czasie radosne zakupy ;)

Ale, ale! Natenczas pławię się w radości, że nic się u mnie nie marnuje, a aktualne denko prezentuje się tak:




1. Pat&Rub, Relaksujące i Otulające masło do ciała.
O tym, czy warto zainwestować w te masła pisałam całkiem niedawno - klik. Podkreślę tylko, że bardzo je lubię. Dzięki świetnej formule spełniają swoje zadanie całorocznie, więc mogę swobodnie sięgać po nie zawsze wtedy, kiedy tylko najdzie mnie ochota. Marzą mi się inne warianty zapachowe i mam nadzieję, że P&R już nad takimi pracuje :>

2. Phenome, In-A-Minute, Manicure Scrub.
Peeling do dłoni, do którego uwielbienie również zdążyłam Wam przekazać. Porządny kosmetyk, do tej pory lepszego w tej kategorii nie znalazłam. Jeśli chcecie wiedzieć coś więcej, zapraszam Was tutaj.




1. Phenome, Enzymatic Gentle Exfoliator.
Kolejny świetny kosmetyk Phenome. Na oku mam inne enzymatyczne specyfiki, dlatego na razie do niego nie wracam, ale prędzej, czy później świeża buteleczka znowu zagości w mojej łazience. Na mojej problematycznej cerze sprawdza się kapitalnie, pod warunkiem, że jest stosowany regularnie - pomaga mi w okiełznaniu trądzikowych dolegliwości, pozostawiając po sobie wygładzoną i odświeżoną cerę.
Uwaga! Mimo iż peeling kojarzy się zwykle z natychmiastowo namacalnym efektem, w przypadku takiej jego odmiany należy dać kosmetykowi czas i zapewnić mu regularny 'dostęp' do skóry. I tak, łącząc go z innymi złuszczaczami stosowałam raz na tydzień, kiedy zaś pełnił rolę jedynego peelingu, lądował na cerze dwa razy w tygodniu. Pokrótce scharakteryzowałam go tutaj.

2. Phenome, Enlivening Facial Toner.
O tym toniku wspomniałam Wam wcześniej, w osobnej recenzji, klik. To dla odmiany produkt, z którym się nie polubiłam. Nie pasował mi tutaj zapach, nie zadowalało mnie działanie, a lepka warstwa, jaką po sobie pozostawiał przepełniła czarę goryczy. Finalnie zużyłam go do rozrabiania glinek i z tego zadania się wywiązał. Na pewno do niego nie wrócę, a Wam radzę się z jego formułą przed zakupem zapoznać.

3. John Masters Organics, Rose&Aloe Hydrating Toning Mist.
Nawilżająca mgiełka do twarzy, która służyła mi dwuzadaniowo. Świetnie sprawdzała się zarówno w roli toniku, jak i ratownika podtrzymującego uczucie świeżości w ciągu dni bez makijażu. Polubiłam za właściwości delikatnie nawilżające, odprężające i kojące. W dodatku mgiełka była bardzo wydajna i przyjemna w użytku dzięki pomyślanemu opakowaniu. JMO ma w swej ofercie także regulującą mgiełkę skierowaną do cery tłustej i myślę, że to ona trafi do mnie w najbliższej kolejności.

4. Phenome, Active Sebum-Control Gel.
Lekki krem nawilżająco-matujący, którego działanie porównałam ze słynnym Oil-Control tej samej marki, klik. Lubiłam i na pewno znowu kiedyś po niego sięgnę. W charakterze dziennego kremu, na mojej tłustej cerze, sprawdzał się świetnie i dlatego tym z Was, które borykają się z podobnymi do moich problemami, polecam zwrócić na niego uwagę.




1. Fitomed, Żel do mycia twarzy, ziołowy.
Kupiłam go na fali ostatniej popularności kosmetyków Fitomed. Niestety, nie było mi dane dostrzec jego fenomenu. Nad względami estetycznymi nie będę się rozwodzić, żel kosztował niewiele, więc nie oczekuję od niego, by zdobił łazienkową półkę, zlew, czy brylował wśród mojego prywatnego prysznicowego asortymentu. Mocno się pienił, zapach miał średni, najgorsze jednak było dla mnie to, że po umyciu nim twarzy miałam wrażenie, że nie jest dokładnie oczyszczona, a przy tym bardzo ściągnięta. Na pewno nie pomagał w łagodzeniu wyprysków, o jakimkolwiek działaniu prewencyjnym nie marząc. No i nie taki on ziołowy, jak o nim piszą! Nie, nie, nie.

2. L`Oreal, Ideal Soft, Oczyszczający płyn micelarny.
Całkiem dobry produkt. Często porównywany do różowej Biodermy, co moim zdaniem, jest trochę na wyrost. Płyn dobrze zmywa makijaż, jednak trzeba mu dać chwilę. Nie zostawiał lepkiej warstwy, nie przypominam też sobie, by mnie podrażniał, robił jednak coś, czego nie znoszę - wylany na wacik w zbyt dużej ilości, w kontakcie ze skórą, często lubił się pienić. Nie mówię mu 'nie', bo sam w sobie zły na pewno nie jest, w dodatku ma dobrą cenę i jest szeroko dostępny. Jeśli jeszcze go nie próbowałyście, to na pewno warto dać mu szansę.

3. Bioderma, Sensibio, Solution Micellaire.
Mój zdecydowany ulubieniec, którego nic jeszcze nie zdeklasowało. Szybki, skuteczny, a przy tym delikatny i niesamowicie wydajny. Nie pieni się, nie pozostawia lepkiej warstwy, nie ściąga skóry. Nigdy mnie nie podrażnił, a w internetowych aptekach można go nabyć w rozsądnej cenie. Bez dwóch zdań, kupię ponownie.




1. Bobbi Brown, Cleansing Oil.
Kto nie słyszał jeszcze o wieloetapowym oczyszczaniu twarzy? Rozszerzenie tego wątku na pewno pojawi się kiedyś na moim blogu, tymczasem wyrażę swoje zadowolenie z idealnego pomocnika tego rytuału. Olejek stosowałam do rozpuszczania całego makijażu lub po uprzednim użyciu micela. W obydwóch przypadkach spisywał się wyśmienicie, idealnie usuwał każdy kosmetyk od pudru począwszy przez podkład, czy tusz do rzęs, na długotrwałym eyelinerze Bobbi skończywszy. Nie podrażniał skóry, nie ściągał jej, nie powodował powstawania wyprysków, nie pozostawiał też żadnej tłustej warstwy. Idealny do każdego demakijażu, w dodatku niesamowicie wydajny, w świetnym opakowaniu, które umożliwiło mi zużycie produktu do ostatniej kropli. Rysą na szkle jest wysoka cena (195zł/200ml), jeśli jednak macie wolną do zagospodarowania gotówkę, serdecznie Wam ten olejek polecam.

2. E-naturalne, Algi spirulina sproszkowana.
O rewelacyjnym działaniu spiruliny naczytałam się sporo, dlatego przy okazji zakupów dorzuciłam ją do koszyka. Niestety, nie polubiliśmy się. Owszem, maska na bazie tych sproszkowanych alg mocno oczyszcza i wygładza cerę, jednak dzieje się to zbyt wysokim kosztem. Skóra po takim zabiegu jest bardzo podrażniona, czerwona i ściągnięta. Przy tych wszystkich niedogodnościach nawet smród ulatniający się z gotowej maski nie wypada tak źle. Na ten moment nie planuję ponowienia znajomości ze spiruliną, ale nie wykluczam podarowania jej ostatniej szansy - tym razem od innego dostawcy.

3. E-naturalne, Francuska glinka zielona.
Glinki uwielbiam, to fantastyczne naturalne maski, które idealnie oczyszczają skórę i w zależności od rodzaju, pozwalają utrzymać w ryzach problematyczną cerę. Glinka zielona jest jedną z najsilniej oczyszczających glinek, jest też jedną z moich ulubionych. Tej z e-naturalne jednak nie polecam, gdyż nie była ani spektakularna w działaniu, ani łatwa w przygotowaniu. Lubiła się grudkować, naprawdę trudno było ją odpowiednio rozrobić. Reasumując, nie podoba mi się jakość produktów z tego sklepu i dlatego nie przewiduję dalszej z nim przygody. Ceny, owszem, konkurencyjne, ale nie na tyle, by wymuszać jakościowy kompromis. 

4. Sanoflore, Maska oczyszczająca z glinką.
Jedna z lepszych gotowych masek oczyszczających. W składzie, oprócz białej glinki, zawiera kwas salicylowy oraz zastęp olejków i roślinnych ekstraktów. Genialnie oczyszcza i odpręża skórę, nie ściąga, ale obkurcza nieco pory, rozjaśnia twarz pozostawiając cerę miękką i gładką. Regularnie stosowana na pewno okaże się świetnym sprzymierzeńcem w walce z trądzikiem. W Super-Pharm często bywa na dogodnych promocjach i można ją wtedy kupić za mniej, niż 30 zł. Polecam, koniecznie ją wypróbujcie!




1. Alverde, Porzeczkowy olejek do ciała.
Z tego, co wiem, nie jest już dostępny, więc rozpisywać się nie będę. Kluczowy był tutaj zapach, bardzo soczysty, owocowy, naturalny, mimo że intensywny, nie przyprawiał o ból głowy. Całkiem nieźle nawilżał ciało, bywało jednak tak, że łydki musiałam dodatkowo traktować czymś bardziej odżywczym, bo olejek nie radził sobie z moją kapryśną skórą na tych częściach ciała. Przyjemny kosmetyk, jednak specjalne sprowadzanie go z innych krajów mnie w tym przypadku nie przekonuje.

2. Pat&Rub, Drenujący olej do ciała.
Świetny olejek radzący sobie z moimi łydkami, czy ramionami, których skóra również skłonna jest do przesuszeń. Produkt okazuje się też sensownym wspomagaczem walki z cellulitem, specyficzny jest tutaj zapach, który nie każdemu musi przypaść do gustu. Do pełnej recenzji zapraszam tutaj.




1. Equilibra, Aloesowy szampon do włosów.
Odkryty dzięki M. Delikatny szampon, który nie wysusza włosów, nie plącze ich, a przy tym dobrze oczyszcza je z olejów. Ma przyjemny zapach, dobrze się pieni, a kosmyki po nim zostają miękkie i jakby odrobinę nawilżone. Cenę ma dobrą (12-16 zł), problem może być tylko z dostępnością. Jeśli jednak gdzieś na niego traficie - bierzcie! W kolejne opakowanie zaopatrzę się niebawem :)

2. EcoSpa, Olej jojoba zimnotłoczony.
W olejowaniu włosów jestem absolutnie systematyczna. Widzę efekty i nie mam zamiaru z tego wspaniałego pielęgnacyjnego ogniwa rezygnować. Olej jojoba kupiłam również z myślą dbania o cerę. Niestety, w tym przypadku mi nie pasował. Do olejowania włosów się nadał, ale i w tym kontekście już do niego nie wrócę, bowiem okazał się zbyt lekki dla moich suchych, zniszczonych kosmyków. Świetnie natomiast sprawdzał się w dbaniu o skórki wokół paznokci :)

3. Farmona, Jantar.
Na zdjęciu tego nie widać, ale w kadrze znajdują się dwie zużyte buteleczki :) Wcierka ta albo działa, albo nie. Żadne to uniwersalne cudo, żaden niezawodny lek. Mnie szczęśliwie zadowala, na pewno regularnie stosowana przyprawiła moją głowę o nowe włoski :) Wprawdzie nie zauważyłam tak spektakularnych i szybkich efektów, jak niektóre użytkowniczki, ale jestem na tyle usatysfakcjonowana, że będę do niej wracać. Mam wrażenie, że dołożyła też cegiełkę do ograniczenia przetłuszczania się skóry głowy, dzięki czemu nie jestem już zmuszona do codziennego mycia włosów.




1. Evree, Regenerujący krem do rąk.
Spore zaskoczenie z Rossmanna! Sprawdza się u mnie zdecydowanie lepiej, niż polecany mocznikowy krem z Isany. Ma kilka fajnych składników (mocznik, olej ze słodkich migdałów, masło shea, olej z avocado, olej arganowy). Nie drażni zapachem, całkiem nieźle nawilża dłonie, nie radzi sobie natomiast ze skórkami wokół paznokci, tutaj potrzebne jest dodatkowe działo. Szybko się wchłania, przez chwilę po aplikacji pozostawia na skórze delikatny film, lecz nie przeszkadza on w normalnym funkcjonowaniu. Często można go spotkać w dobrej cenie (5-6 zł), jeśli szukacie dobrego kremu, koniecznie wypróbujcie tę czerwoną wersję :)

2. Anida, Odżywczy krem do rąk i paznokci.
Krem wygrałam u M. i byłam z niego zadowolona tak samo, jak z poprzednika od evree. Szybko się wchłaniał, fajnie nawilżał i zmiękczał, ale chwilami (głównie przy okazji ostatnich mrozów) był dla skóry moich dłoni zbyt słaby. Niemniej również polecam! Z tego, co kojarzę odznacza go też przyjazna cena, poza tym jest wydajny i uniwersalny - nadaje się zarówno do pielęgnacji nocnej, jak i do użytku w ciągu dnia.

3. W tych enigmatycznych pojemniczkach Daga z Infinity Blog przesłała mi do wypróbowania kosmetyki Soap&Glory (peeling do ciała Breakfest Scrub i masło Butter Yourself) oraz mleczko do ciała z japońską różą marki Korres. Wszystkie kosmetyki przypadły mi do gustu na tyle, że już w głowie planuję ich zakup w przyszłości :> Peeling ma smakowity zapach i świetnie zdziera martwy naskórek. Masło wydaje się być bardzo wydajne, ma przyjemną konsystencję, szybko się wchłania, dobrze nawilża i ma interesujący zapach. Początkowo czułam w nim wyraźną męską nutę, później poczułam do niego miętę :P Największym zaskoczeniem okazało się tutaj mleczko Korresowe. Zachwyciło mnie konsystencją, stopniem nawilżenia i... zapachem, który trzymał się skóry wyjątkowo długo. Wiem, że je sobie sprawię :) Daga, wiedziałaś, jak sprawić mi przyjemność :D




1. Nivea, Antyperspirant Pearl&Beauty.
Kulkowy antyperspirant, który gości u mnie niezmiennie od kilku miesięcy. Lubię go za zapach oraz za to, że nie zostawia plam na ubraniach. Przed potem na pewno nie uchroni przez marketingowe 48h, zwłaszcza, jeśli macie problem z nadmierną potliwością. Niemniej uważam go za dobry produkt, w użyciu mam kolejne opakowanie. Następnym razem skuszę się na zieloną kulkę Vichy, ciekawa jestem, jak ten zachwalany produkt sprawdzi się u mnie!

2. Ziaja, Bloker.
To moje bodaj drugie, ale i ostatnie opakowanie. Jedyny produkt tutaj, którego nie zużyłam do końca. Brak mi sił i samozaparcia, by na tortury tego rodzaju dobrowolnie się wystawiać. Skóra po jego zastosowaniu szczypie i swędzi, a żeby jego działanie było skuteczne należy go używać bardzo regularnie, robiąc co jakiś czas kilkudniowe 'kuracje'. Nie chcę, nie lubię, nie wrócę.

3. Etiaxil, Antyperspirant do skóry normalnej.
Tutaj historia ma się zupełnie inaczej. Idea taka sama, jak w przypadku blokera - hamowanie wydzielania potu. Działanie jednak skuteczniejsze i nie tak męczące, jak w przypadku Ziaji. Na pewno kupię ponownie i pokuszę się pewnie o obszerniejszą recenzję.




1. Bobbi Brown, Illuminating Finish Powder Compact Foundation SPF12.
Podkład w kompakcie o zaskakującym kryciu i zaskakująco naturalnym wyglądzie. Świetnie wyrównuje koloryt skóry, a z odrobiną korektora pozwala zrezygnować z typowego podkładu. Więcej pisałam o nim tutaj.

2. Bobbi Brown, Oil-Free Even Finish Compact Foundation.
Swego czasu mój ulubieniec, skończył swój żywot pozostawiając mnie z niesmakiem. Żądnych tej historii zapraszam do pełnej jego recenzji wraz z na-twarzowym pokazem, klik.

3. Bobbi Brown, Skin Foundation Mineral Makeup SPF15.
REWELACJA. Mój najulubieńszy podkład mineralny i choć nie dam głowy za naturalny skład (nie sprawdzałam ;)), to w tym przypadku mogą mnie nawet jako naiwnego konsumenta nabijać w butelkę, albowiem tak naturalnie wyglądającego produktu jeszcze nie miałam. Przepraszam, on nie wygląda na twarzy naturalnie. Jego w ogóle nie widać. Cera jest pięknie rozświetlona, ale i delikatnie zmatowiona. Pory magicznie znikają... Tzw. Photoshop w pudełeczku :) Trwałość kosmetyku też jest zadowalająca, jednak gorzej tu z kryciem - dla osób z poważnymi problemami absolutnie się nie nada, gdyż to określiłabym jako lekkie. Kolejną niedogodnością okazuje się stosunek ceny do pojemności (195zł/6g). Na ten moment daję za wygraną, ale przy okazji jakiejś przyjemnej promocji powrót murowany :)




1. Bobbi Brown, Cień do powiek, Navajo.
Piękny, matowy beż z żółtymi tonami. Odcień doskonały do każdego makijażu, podobne kolory są w mojej paletce niezbędne. Ten był świetnej jakości, dobrze się z nim pracowało, utrzymywał się przez cały dzień (głównie na bazie, choć i bez niej zdarzyło mi się go nosić), no i nasycenie koloru kolorem trzyma poziom :)

2. Dior, Lip Maximizer, 002.
Jeden z moich ulubionych błyszczyków. Ten ma powiększać usta, no, moich raczej nie napompował, ale swoją obecnością na pewno je zdobił. Daje kuszący, ale wciąż naturalny efekt. Delikatnie chłodzi usta, co szczególnie w okresie letnim doceniam. Włosy do niego kleją się w stopniu minimalnym, na ustach nie daje poczucia ciężkości. Lubię i odkupię, bo już tęsknię :)

3. Essie, Good to go.
Top coat, który się sprawdza i którego polecić mogę. Nie jest jednak ideałem, a moje zastrzeżenia możecie poczytać w tym poście porównawczym.




1. Rimmel, Match Perfection, Cream Gel Foundation.
Swego czasu sięgający wyżyn popularności i mnie przypadł do gustu. Wygładzał optycznie cerę, nie podkreślał porów, wyrównywał koloryt i miał całkiem niezłe krycie. Niestety, pod koniec naszej przygody zaczął kaprysić i przestał dogadywać się z moją cerą, która reagowała na niego wypryskami po każdym użyciu. Z tego, co kojarzę, nie jest już dostępny w sprzedaży, co, mimo wszystko, mnie dziwi, bo zdaje się, że zdążył zaskarbić sobie wielu zwolenników.

2. Lush, Sweet Lips, Lip Scrub.
Cukrowy peeling do ust o zapachu czekolady. Fajny produkt, który robił, co robić miał. Wygładzał usta, poprawiał krążenie, balsamy i masła lepiej się wchłaniały, a szminki lepiej wyglądały. Mimo zadowolenia nie mam zamiaru do niego wracać, gdyż nic szczególnego go nie odznaczało. Mam zamiar wypróbować peeling P&R, a i gotowe mieszanki czekają na przyrządzenie :)


Kto wytrwał? Ręka w górę!
Gratuluję wytrwałości i standardowo, z ciekawości, pytam - znacie coś z moich denkowców? Coś Was zaciekawiło? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 5 lutego 2014

Phenome: Kremy do cery tłustej: Oil-Control vs. Active

Pomysł na ten post zrodził się u mnie jakiś czas temu, kiedy to podczas rozmów z Wami często wypływało zainteresowanie kremową ofertą Phenome. Niestety, nie każdej z Was jestem w stanie doradzić, bo typ cery mam jeden i to pod kątem jej ‘wysublimowanych’ potrzeb dobieram sobie mazidła. Mogę jednak skrupulatnie opisać Wam moje odczucia, które ostatecznie znikąd się nie biorą. Rachunek prawdopodobieństwa jakiś jest, jeśli określicie swój typ cery nawet spory, a idąc dalej, takie opinie zwyczajnie ułatwiają zakupy lub wskazują na to, czego można się w najlepszym /lub najgorszym/ razie po danym produkcie spodziewać. To tyle z oczywistości kołaczących mi w głowie :P

Stąd dziś porównanie dwóch kremów, zaprojektowanych z myślą o cerze tłustej, o nieco różniącej się specyfice.




Oil-Control to chyba najbardziej znana propozycja, a na pewno intuicyjnie wybierana przez posiadaczki cery tłustej w pierwszej kolejności spośród dóbr zasilających półki Phenome. Nie dziwi mnie to ani trochę, bo i u mnie scenariusz ten znalazł odzwierciedlenie, o czym na łamach bloga już Was informowałam, o tutaj :)
Zachęca opis producenta, zachęcają zielone motywy na opakowaniu (które swoją drogą, po latach testowania różnego rodzaju produktów, kojarzyć mi się będą już niezmiennie z próbą zaspokojenia potrzeb cer tłustych i trądzikowych ;)), zachęca skład, no i sama filozofia marki może mieć dla niektórych z nas duże znaczenie.

W porządnym, szklanym słoiczku znajdziemy lekką zawartość, której konsystencję porównałabym do żelowego kremu wchłaniającego się szybko i sprawnie. Krem przeznaczony jest do stosowania w trybie dziennym i nocnym, ja jednak używam go wyłącznie podczas porannej toalety i potwierdzić mogę, że z każdym moim kosmetykiem kolorowym dogadywał się bardzo dobrze. Na tym etapie wtrącę jednak małą uwagę. Ważne jest, aby znaleźć optymalną dla siebie ilość podczas jednorazowej aplikacji, bowiem w nadmiarze krem może się nieestetycznie (vel. irytująco) rolować. Wprawdzie nie był to u mnie proceder nagminny, lecz znam opinie przeciwne do mojej i myślę, że warto o tym wspomnieć. Drugą moją radą jest sposób jego aplikacji - po rozprowadzeniu go na twarzy, zamiast masować, wklepcie jego warstwę palcami. Dzięki temu zminimalizujecie te drażniące ciągoty. 

Działanie Oil-Control ma na celu kilka ważnych, z punktu widzenia stereotypowych trądzikowców, zadań. Ma regulować wydzielanie sebum, wspomagać procesy gojenia wyprysków i zapobiegać zatykaniu porów, dzięki swym delikatnie złuszczającym właściwościom.
I tutaj pojawia się nadrzędna kwestia, której nie mogę pominąć. Krem, jak drogi i wspaniały w swym składzie by nie był, sam w sobie, nie jest w stanie wyleczyć skóry z zaawansowanych problemów trądzikowych. Dlatego nie szukajcie w Oil-Control panaceum na tego rodzaju bolączki.

Po co zatem zwracać uwagę na to, czym się smarujemy i jak to coś na naszą skórę działa?
Pamiętajmy, że odpowiednia pielęgnacja (niekoniecznie droga, niekoniecznie naturalna, niekoniecznie apteczna, a po prostu zgodna z oczekiwaniami naszej cery) jest nieodzownym punktem bezpośrednio wspomagającym leczenie skóry. Kluczem jest więc sięganie po kosmetyki mało inwazyjne, niedrażniące, delikatne, a przede wszystkim takie, które nie wzmagają naszych problemów.
Oil-Control daje mi to poczucie. Nie jest ideałem, bo na mojej cerze nie wykazuje ani właściwości matujących, ani w dłuższej perspektywie regulujących wydzielania sebum. Daje mi jednak poczucie spokoju, gdyż rzeczywiście, w najmniejszym nawet stopniu, nie szkodzi mojej skłonnej do zapychania cerze, nawilża ją optymalnie nie powodując jej obciążenia, czy przyspieszonego trybu przetłuszczania. Ponadto doskonale uzupełnia leczenie dermatologiczne, a w długofalowym ujęciu poprawia ogólny wygląd cery, która jest miękka i bardziej promienna.




Drugą w tym zestawieniu stronę stanowi Active, krem nawilżająco-matujący. Mam wrażenie, że pozycja ta jest raczej mało znana i wciąż pozostaje w cieniu poprzednika. A szkoda.
Kwestie użytkowe są tutaj niemal bliźniacze, gdyż krem nadaje się do stosowania również w pielęgnacji nocnej, świetnie się wchłania, jest znakomitą bazą pod makijaż, jest lekki i przyjazny trądzikowcom. Nie odnotowałam w jego przypadku tendencji do rolowania.
Należy tu jednak zwrócić uwagę na skład, bowiem upakowano w jego formułę kilka olejków i choć są to olejki szeroko tolerowane (jojoba, olej arganowy, olej z oliwek), to nie każda skóra musi się z nimi lubić. Bynajmniej, nie wpływa to na konsystencję produktu, bo ta nie pozostawia żadnej tłustej powłoki, wchłanialność jest wyśmienita, a na mojej cerze nie wynikają z jego stosowania żadne przykre niespodzianki.

Czym zatem odróżnia się jego działanie od opisanego wyżej Oil-Control?

Odmienność widzę w dwóch głównych aspektach. Przede wszystkim Active odznaczają większe właściwości nawilżające i odprężające skórę (jednak bez potencjału do wzmagania produkcji sebum). Polecić go więc mogę osobom, dla których nawilżenie tego pierwszego okaże się niewystarczającym. Ja z chęcią sięgałam po Active w czasie, gdy moja cera była bardzo odwodniona i tym samym wykazywała znacznie większe nawilżające potrzeby (pamiętajmy jednak, że to wciąż kompozycja do cery tłustej – sucharków na pewno nie zadowoli). Posiadaczki cer tłustych wiedzą doskonale, jak trudnym zadaniem jest pogodzenie tych dwóch problemów. Treściwości i skuteczności muszą bowiem towarzyszyć lekkość konsystencji i brak obciążających skórę cech, a tego właśnie od Active możemy oczekiwać.

Ponadto, odnoszę jednoznaczne wrażenie, że Active wykazuje większe właściwości matujące cerę. Oczywiście nie jest to efekt wielogodzinny, ale chwilę po nałożeniu widać wyraźną różnicę, dzięki czemu tłusta skóra zyskuje w ogólnym jej odbiorze. Po długotrwałym stosowaniu, raz dziennie, mogę stwierdzić, że krem pomaga mi utrzymać właściwe nawilżenie cery, która zyskuje zdrowszy wygląd i podobnie, jak Oil-Control, jest moim pewnym wyborem uzupełniającym dermatologiczne kuracje.


Jak widzicie, obydwa kosmetyki są do siebie pod pewnymi względami podobne. Różnią je jednak składy, a co za tym idzie, główne zadania.

W ostatecznym rozrachunku, pomijając problemy trądzikowe, Oil-Control polecam cerom tłustym, gdyż dla mieszanych może okazać się za słaby w swym nawilżającym działaniu. Active natomiast to dobry wybór dla tych z Was, które szukają lepszego nawilżenia bez ciężkości i tłustości. 


Znacie te kremy?
Jacy są Wasi ulubieńcy w kremowej kategorii? :)

Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 3 lutego 2014

Lubisz? :)

Kochani,

Mogłabym sporządzić całą listę sytuacji, w których ewidentnie nie doganiam technicznej strony tego świata.
Nie, to nie jest kwestia zacofania, a realnych potrzeb :P Moja zwinność przez dłuższy czas odpychała mnie od facebook`owej społeczności, aż do dziś. O tak, po prostu. Bez przyczyny i większej filozofii :)

Dlatego tym razem nie będę tworzyć esejów, a zwyczajnym słowem zaproszę Was na moją stronę, której założenie pochłonęło mi chwilę (nie, nie dlatego, że nie potrafiłam - po prostu miałam czas ;)).

Po prawej stronie bloga znajduje się mała wtyczka. Jeśli masz ochotę - kliknij :)





Pozdrawiam Was,
Megdil

niedziela, 2 lutego 2014

Zoya Pixie Dust, Carter

Kiedy pokazałam Wam mój mały, trzyskładnikowy zbiór piaskowych lakierów Zoya, wiele z Was wykazało zainteresowanie fioletową buteleczką, Carter.
Po dłuższej przerwie, z Arabellą na paznokciach, przychodzę więc z prezentacją najbardziej zjawiskowego egzemplarza w całej mojej lakierowej kolekcji :)




Kolor jest naprawdę złożony, trudny do opisania i sfotografowania. Walczyłam z nim długo, a i tak wyszłam z walki na tarczy, bowiem zdjęcia nie oddają w najmniejszym ułamku jego bezdyskusyjnej urody. Ogólnie rzecz biorąc, zdjęcia są do kitu :P Nakręciłam nawet krótki film, by pokazać Wam, jak pięknie Carter prezentuje się w sztucznym oświetleniu, ale… na operatora kamery angażu nigdy nie dostanę, to pewne. Pozostawiam Was zatem z pojedynczymi migawkami :)







Bazą dla miliona drobin jest tutaj granatowa czerń, która, w moim odczuciu, zapewnia idealne tło dla wspomnianego fioletowego drobinkowego pyłku nadającego całości ciepłego odcienia. Niestety, mój aparat tym ciepłem się pożywił i za żadne skarby nie chciał oddać faktycznego koloru połyskującego brokatu. Zadanie jest o tyle trudne, że barwa ta transformuje w zależności od światła, w jakim przyjdzie nam to małe dzieło lakierowej sztuki podziwiać.

I tak, od różowego fioletu w świetle dziennym, przez fuksję brylującą w oświetleniu żarówek, dochodzimy do intrygującej czerwieni, która skutecznie przyciąga wzrok w półmroku. Absolutny czarodziejski zachwyt - jak słowo daję. Tak widowiskowej różnorodności nie dostarczył mi jeszcze żaden lakier (tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, lecz wierzę, że lakierowe amatorki zrozumieją mój opętańczy bełkot :)).






Wersja na dziś to matowy piasek, po nałożeniu dwóch warstw, w świetle dziennym. Myślę jednak, że Carter zasługuje na ponowną odsłonę, w wersji błyszczącej, w towarzystwie top coatu - i takie jej wydanie postaram się kiedyś uwiecznić. 
Tymczasem cieszę oczy nietuzinkowością :)





Widzicie w Carter sugerowany przez Zoyę królewski fiolet? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil