środa, 22 stycznia 2014

Zoya Pixie Dust, Arabella

Lakiery Zoya Pixie Dust mnie oczarowały i mimo że moja z nimi przygoda trwa nad wyraz krótko, mogę to już oficjalnie ogłosić!

Przedwczoraj na paznokciach wylądowała Carter, jako pierwsza z całej mojej trójeczki. Jej efektowność i niepodważalne piękno rzuciły na mnie urok, jednak mani zmalowany w mgnieniu oka nie zadowalał mnie na tyle, bym mogła Wam go pokazać. Stąd dziś prezentacja pięknej Arabelli.





We wczorajszym wprowadzeniu pisałam Wam, że to nad tą buteleczką zastanawiałam się najdłużej. Mało było zdjęć w sieci, które zachęciłyby mnie do jej zakupu, bo na większości z nich Arabella sama w sobie wydawała mi się szaraczkiem całej kolekcji, bez polotu, bez wyrazu. Nijaka taka.
Mimo wszystko, jako że róże i podobne odcienie na paznokciach wielbię, za ich kobiecość i elegancję, wrzuciłam ją do koszyka w imię wyzwolenia impulsu lakieromaniaczki. I wiecie co? Nie żałuję ani trochę!




Nazwanie jej fuksją to duże uproszczenie, nawet dla takiego kolorystycznego laika, jak ja :) Znajdziemy tu bowiem ciemny róż podszyty fioletem z odrobiną niebieskości w bazie, która okraszona została srebrnymi mini drobinami przeplecionymi różowym pyłkiem.
Całość jest niesamowicie tajemnicza, bardzo kobieca, elegancka, ale i charakterna, odważna, sygnalizująca pewność siebie i przekonanie o słuszności wyboru - w tym przypadku ;))
Jest to jeden z tych odcieni, które przyporządkowane do każdej karnacji będą się świetnie nosić. Bez uwydatniania zaczerwienień, skaleczeń, czy drobnych zadziorków na obszarze dłoni. 






Warto na moment zatrzymać się przy samej strukturze lakieru, bo ta oprócz tego, że piaskowa, to wydaje mi się być naprawdę wyjątkowa na tle innych propozycji fakturowego trendu. Efekt ostateczny jest tutaj bardzo wyważony i elegancki. Powierzchnia, mimo że chropowata, cały czas pozostaje delikatna. Nie haczy, nie drapie, za to intryguje i przyciąga wzrok :)




Lakier wysycha na szlachetny mat, na tle którego wybija się mnóstwo migoczących drobinek. W zależności od światła efekt jest inny, ale zawsze, bez względu na warunki, piękny i rasowy.
Arabella ma w moich oczach rockowe zacięcie. Jest zadziorna i nietuzinkowa. Ma w sobie coś, co mnie przyciąga i pomimo faktu, że kolor znalazł się w jesiennej kolekcji, widzę go w całorocznym obiegu, zwłaszcza w sytuacjach, gdy poczuję chęć na nieszablonowość i zuchwalstwo!





A jakie odczucia wzbudza w Was Arabella? :)

Pozdrawiam Was, 
Megdil

wtorek, 21 stycznia 2014

Zoya Pixie Dust u mnie :)

Uchowała się wśród Was chociaż jedna istota, która nie słyszała o piaskowym wykończeniu lakierów? Trend ten utrzymuje się już od dłuższego czasu (rok?), a pierwszym twórcą tychże była firma OPI, która wypuściła na rynek intrygująco brzmiącą kolekcję Liquid Sand. Pamiętam, że początkowo nie byłam takim rodzajem mani zachwycona, oglądałam różnorakie prezentacje na wszystkich możliwych blogach, jednak nic nie zainteresowało mnie na tyle, bym chciała poczuć strukturę również na swoich paznokciach. 

Na propozycje innych firm nie trzeba było jednak długo czekać. W tej chwili każda szanująca się lakierowa marka ma w swojej ofercie piaskowe lakiery i wcale nie zapowiada się na uciszenie tej mody, albowiem trend zaczyna przybierać stałą pozycję, a klienci na całym świecie wyczekują coraz to nowych kolorów, zaskakujących połączeń i kuszących innością struktur.

Aktualnie możemy więc wybierać, przebierać, marudzić i tworzyć niezliczoną ilość kombinacji :) Piasek piaskowi jednak nierówny, więc metodą prób i błędów musimy czasami szukać tego, co będzie odpowiadać nam na 100%. W mojej opinii najciekawszymi piaskami są obecnie głównie propozycje p2 oraz ZOYA. Po wstępnych oględzinach i kilku(dziesięciu) blogowych kuszeniach, zdecydowałam się zamówić swoje pierwsze lakiery ZOYA we wspomnianym wykończeniu Pixie Dust :)




Z wyborem kolorów wcale nie było prosto, bo każdy ma w sobie coś, co czyni go wyjątkowym. Ostatecznie wybrałam trzy, które mają szansę sprawdzić się u mnie najlepiej :)
Warto też wspomnieć, że wszystkie lakiery Zoya nazywane są na cześć kobiet - zarówno tych ogólnie znanych, jak i tych zasłużonych bez poklasku ogółu. Można by więc rzec, że za każdą buteleczką stoi jakaś kobieca historia.
Podobnie zresztą, jak w przypadku moich zakupów - za dwoma pierwszymi wyborami stoją dwie blogowe Kusicielki, po których prezentacjach po prostu MUSIAŁAM mieć proponowaną buteleczkę. Prosty mechanizm :P




Sunshine - matowy kolor dżinsu ze srebrnym pyłkiem. Zauroczył mnie już kilka miesięcy temu, kiedy to Extension beauty uraczyła nas swoim pokazem, o tutaj. Moje chciejstwo miało wówczas nikłe szanse na spełnienie, głównie za sprawą kiepskiej wtedy dostępności marki. Ale jak widać... co się odwlecze, to nie uciecze ;))

Carter - opisywany jako królewski fiolet - i niech to będzie zwieńczeniem jego interpretacji. Wspaniale się mieni, w sztucznym świetle wygląda obłędnie! To właśnie Carter była dla mnie inspiracją (przepraszam, dosadnym bodźcem) do poczynienia Zoykowych zakupów. Lakier pokazany przez unappreciated, wcale nie tak dawno temu, przypomniał mi o możliwości ich zakupu na maani.pl. Cóż, musiałam go mieć!

Arabella - to piękna fuksja o niebieskich tonach, wzbogacona o srebrny brokat. Muszę przyznać, że to nad nią zastanawiałam się najwięcej. Ewidentnie nie jest gwiazdą jesiennej kolekcji 2013, z której pochodzą wszystkie trzy sztuki, ale dla tych lubiących wszelkie postacie różu na paznokciach to strzał w dziesiątkę!





Chcecie je zobaczyć w akcji? :D


Pozdrawiam Was,
Megdil

sobota, 18 stycznia 2014

Catrice, Tell Me A Berry-tale

Pomadki to nadal odkrywany przeze mnie horyzont. Nie czuję się nader pewnie na ich gruncie, lecz prawdą jest, że coraz chętniej sięgam po te propozycje. Po latach błyszczyko-manii podniosła się we mnie fala zdumienia - to jest to! Nasycony kolor pozbawiony szalonego błysku, ożywiający zmęczoną twarz i zmieniający jej charakter zależnie od przybranego odcienia. A ten, który chcę Wam dziś pokazać, jest wyjątkowo charakterny!




Z kosmetykami Catrice nie znam się dobrze, choć o samej marce słyszałam wiele. Dodatkowo przeważająca część znanych mi opinii ma wydźwięk pozytywny na kilku frontach - cienie, podkłady, kredki, czy szminki - te cieszą się sporym uznaniem. Kwestią czasu było więc dla mnie przygarnięcie jakiejś drobnostki :)

Chcąc zatem zaspokoić swoją żądzę kosmetyczną, skusiłam się na coś tak dla mnie wówczas nieoczywistego - szminkę w kolorze fioletowo-burgundowo-(odrobinę)czerwonym, Tell Me A Berry-tale z linii pomadek Ultimate Colour. 




Historia tego zakupu nawiązuje poniekąd do samej jego nazwy, albowiem winnam ją zacząć od słów: 'dawno, dawno temu... za rzeką i czterema centrami handlowymi, mieściła się Natura...'. Tak, zaopatrzyłam się w tę szminkę wieki temu, a do teraz służy mi tak samo :)

Opakowanie, czarne, solidne (!), zamykające się na charakterystyczny dźwiękowy 'klik', wygląda elegancko i cieszy moje oko. Sam sztyft jest równie porządny, nie topi się, nie przejawia łamliwych ciągot, a w dodatku ozdobiony został tłoczeniem, które dodaje całości dizajnerskiego szyku (przywodzi mi na myśl moje ulubione pomadki Chanel :)). 




Kolor sam w sobie jest naprawdę piękny - bogaty i nasycony, odważny i elegancki. Zrobić może cały makijaż, bo idealnie komponuje się z delikatnie podkreślonym okiem - może kreska i subtelny cień? W zależności od ilości zaaplikowanej na usta, noszony może być z powodzeniem również w ciągu dnia. Owszem, zwraca uwagę, ale nie przerysowuje twarzy. Całość, odpowiednio wyważona, z pewnością będzie wyglądać interesująco i niebanalnie, ale wciąż dyskretnie (np. po wklepaniu odrobiny za pomocą palca). Najmilej nosi mi się go w okresie jesienno-zimowym (choć w późnym lecie, gdy jeszcze opalenizna zdobi moją skórę, również potrafię docenić jego urok).

Kwestie użytkowe miło mnie zaskoczyły, bo przede wszystkim - pomadka nie wysusza ust i nie podkreśla suchych skórek. Nie muszę jej nakładać na nawilżający balsam, bo i bez tego nie przyprawia mnie o poczucie dyskomfortu. Ponadto nie czuję jej na ustach, nie osadza się na zębach i nie powoduje, że wyglądają one na żółto-żółte ;)

Jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić jest to, iż pomadka nałożona hojną warstwą, lubi wylewać się poza kontur ust. Owszem, pomóc w tym może odpowiednia technika aplikacji, czy oprzyrządowanie pod znakiem konturówki, lecz nie zawsze mam na to czas, czy chęci.
Samą jej trwałość oceniam całkiem dobrze, bo w stanie pokazywalności przetrwa kilka godzin, bez jedzenia, picia, czy nadmiernego gadulstwa. Z ust schodzi raczej równomiernie, nie pozostawiając wokół nich charakterystycznej, mało estetycznej obwódki. W odniesieniu do ceny (17 zł?) wynik ten uważam za znakomity.

A tak wygląda na odkurzonej, ciemniejszej wersji mnie:




Jak widzicie, szminka mnie zauroczyła. Nie tylko pięknym kolorem, ale również większością aspektów użytkowych. Stąd moje pytanie - znacie pomadki Catrice? Polecacie którąś szczególnie? :)

A może znacie inne szminki w podobnym odcieniu?


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 15 stycznia 2014

MAC, Studio Fix Powder

Jako pudrowa maniaczka zawieszam oko na wszystkim, co może zapewnić mi mat. Taki urok i potrzeby mojej tłustej cery. W dodatku, jak już nie raz jeden podkreślałam, lubię kompaktowe propozycje – lusterko, gąbka, czy pędzelek, średnie krycie i jestem kupiona. Takie rozwiązania odpowiadają mi szczególnie w kryzysowych sytuacjach, gdy nie mam czasu na dokładny makijaż. Trzy ruchy, a twarz od razu lepiej wygląda.

Będąc któregoś razu w MAC, skorzystałam z okazji i poprosiłam konsultantkę o użycie Studio Fix Powder na moim licu. Nie pamiętam, co nałożyła przed aplikacją tego pudru (żałuję, bo to coś było całkiem przyjemne i ładnie utrzymywało makijaż), pamiętam za to, że następnego dnia wróciłam do sklepu z zamiarem zakupu.  Od tego czasu używam go z różną częstotliwością i różnym zamysłem. Chcecie wiedzieć coś więcej?




Zaczynając od podstaw. Opakowanie satysfakcjonuje mnie w 100%, ma wszystko, co jest mi w tego rodzaju kosmetyku potrzebne. Dwupoziomowa puderniczka z osobną przegrodą na gąbkę i z lusterkiem, przy użyciu którego mogę śmiało zrobić cały makijaż. Ponadto całą tą zawartość opakowano w solidny plastik z porządnym zatrzaskiem. Przyjemność użytku bezdyskusyjna.

Gama kolorystyczna jest duża. Odcienie ciepłe i zimne. Ryzykuję stwierdzeniem, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie w udziale przypadł odcień NC25, który przez większą część roku spisuje się idealnie. Przynajmniej w przypadku Studio Fix Powder. Zauważyłam, że płynne konsystencje MAC mogą zachowywać się różnie i w takiej formule wybrałabym odcień o poziom jaśniejszy. Puder nałożony już na twarz nie utlenia się i tak długo, jak na niej jest, utrzymuje wyjściowy kolor.


MAC, Studio Fix Powder NC25


Kosmetyk degustowałam dwojako. Jako puder wykończeniowy lub w roli podkładu. Oprócz tego często służy mi do poprawek w ciągu dnia.
Działanie w każdym przypadku oceniam podobnie. Bezwarunkowo należy uważać z nakładaną ilością, by nie skończyć z mianem nadwornej pudernicy, gdyż zwyczajnie jest na twarzy widoczny, a każdy znajdujący się na niej włosek zostaje silnie zaakcentowany. Radykalny efekt maski raczej trudno sobie zafundować, jednak każda kolejna warstwa staje się mocno odczuwalna na twarzy, więc to kwestia komfortu i tego, ile możecie znieść ;) Plusem jest fakt, że produkt tuż po aplikacji nie uwidacznia porów skóry, minusem to, że obnaża je wraz z upływem czasu... Poza tym, lubi podkreślać suche skórki - nawet te, które normalnie nie są widoczne.

Studio Fix Powder tuż po aplikacji daje matowe wykończenie, jednak na mojej bardzo tłustej cerze, początkowy mat szybko się wchłania, a sam puder nie utrzymuje błysku w ryzach, więc poprawki robić muszę dość często. Bez nich twarz nie przetrwa w stanie pokazywalności przez cały dzień.

Noszony solo lubi się warzyć i zbierać w załamaniach skóry, ale to zależy od ilości wydzielanego przez gruczoły sebum, no i ewentualnej aktywności mimiki twarzy :) Jednak najgorsze jest dla mnie to, jak cera wygląda po jego zmyciu. Często pojawiają się na niej wypryski - problemy mniejsze, czy większe. Skóra jest szorstka i zwyczajnie nieprzyjemna. Niejednokrotnie czułam, jakby cera się pod nim dusiła. Podobne odczucia wzbudził we mnie Matchmaster, ich płynna formuła. Czyżby MACowe podkłady nie były mi pisane?
Oprócz tego nie zauważyłam wysuszenia cery, ale kiedy była ona wyjątkowo odwodniona, używanie kosmetyku solo, w roli podkładu, nie było dla mnie najwygodniejszym wyjściem, gdyż odczuwałam wówczas dyskomfort ściągniętej skóry.

Ostatecznie, na bazie tych doświadczeń, w moim przypadku, produkt lepiej sprawdził się w roli kosmetyku przeznaczonego do poprawek w ciągu dnia. Odnajduje się w tym zastosowaniu dzięki opakowaniu, a i trwałość jego oraz komfort poczucia na skórze są nieporównywalnie mniej dokuczliwe, niż obsadzenie go w głównej roli na-twarzowego solisty. Acz nadal gwiazda to kapryśna, bo zależnie od stanu cery potrafi wyglądać lepiej lub gorzej.

A tak wygląda na mojej cerze, solo - bez podkładu i korektora:


MAC, Studio Fix Powder, NC25


Koniec końców, uważam, że produkt może sprawdzić się na cerach niewrażliwych o mniejszej aktywności gruczołów łojowych. Krycie ma całkiem przyzwoite, więc dla niektórych z Was nawet korektor mógłby pójść w zapomnienie.

Ja powrotu na ten moment nie przewiduję, ale chętnie zapoznam się z Waszym zdaniem – używałyście? Macie w planach? Co sądzicie o kompaktach?


Pozdrawiam Was,
Megdil

czwartek, 9 stycznia 2014

Pat&Rub, Masła do ciała - warto?

Gdyby ktoś zapytał mnie, bez którego kosmetyku do ciała nie wyobrażam sobie swojej pielęgnacji, odpowiedź byłaby jedna. Masło. Porządna dawka nawilżenia to coś, czego moja kapryśna skóra oczekuje bez względu na porę roku. Trudno jednak znaleźć taką formułę, po którą chciałoby się sięgać całorocznie. Bo albo to za ciężkie w lecie, albo za lekkie w zimie. Okazuje się jednak, że nie zawsze trzeba iść na kompromis, a złoty środek wcale nie musi być ‘tym ostatecznym rozwiązaniem’. Przeciwnie!


Zebrałam tutaj 3 masełka z rodziny Pat&Rub, każde sprawdziło się u mnie podobnie i dlatego spojrzę na nie jednakowo.




Nie ma recenzji bez opisu opakowania ;)) Jak z tym jest, każdy widzi – brak tu skomplikowanych mechanizmów, ot zwykły, plastikowy słoik. Co ważne, nawet na takich prostych rozwiązaniach można czasami polec. Tutaj firma pomyślała nad wszystkim, bo przy ogólnym zgrabnym wyglądzie zarówno otwór jest odpowiednio szeroki, jak i samo użytkowanie jest w pełni komfortowe – nawet nakremowanymi dłońmi bez problemu zakręcimy słoiczek, a cała dobra zawartość zostanie zużyta do końca, bez szamotania się z niezręcznie opracowanym pudełkiem.

Szata graficzna również mi się podoba, wszystkie standardowe linie wyglądają podobnie i przyjemnie się kojarzą; limitowana zaś edycja ma kolor jednolity, może trochę mdły, lecz jednocześnie wyróżnia się na tle pozostałych pozycji z asortymentu marki – być może o to chodziło?

Standardowo znajdziemy tutaj również krótki opis najważniejszych komponentów, a na dnie słoika pełen skład. Skład, który odznacza się naturalnością i jakością certyfikowanych ingredientów. Swoją drogą, zwracacie uwagę na takie ‘szczegóły’ jak certyfikacja i pochodzenie składników, czy półproduktów, w które inwestujecie?






Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć pewną prawidłowość w komponowaniu składu masełek. Są bardzo podobne, wszystkie bazują na masłach shea i kakaowym, przy czym limitowana edycja otulająca odznacza się większym ich stężeniem.

Konsystencję mają, według mnie, jedną – puszystą, delikatną, trafnie określoną przez firmę jako krem tortowy :) Świetnie się rozprowadzają, szybko wchłaniają, pozostawiając jednocześnie ochronną warstewkę na skórze, która wbrew domysłom, wcale nie przeszkadza sięgnąć chwilę później po dopasowane do ciała dżinsy :) Często zdarzało mi się trafiać na opinie narzekające na utrudnione rozprowadzanie kosmetyku, bielenie skóry i powolne wchłanianie. Zgodzę się z każdym zarzutem, ale tylko wówczas, gdy nie zachowamy umiaru. Przy nabraniu odpowiedniej ilości kosmetyku, każda aplikacja będzie sprawna i miła. Również za sprawą aromatów, które są intensywne, trwałe i nie przyprawiające o ból głowy. Wokół tego tematu także krążą już legendy i nie ma się co oszukiwać, kompozycje zapachowe P&R są bardzo charakterystyczne i wzbudzają skrajne opinie. Ja należę do obozu ich zwolenników. Pośród całego maślanego asortymentu, do gustu nie przypadł mi jedynie zapach linii orzeźwiającej, która obok otulającej, wydana została jako limitowana z okazji 5-tych urodzin marki.

Moją ulubioną kompozycją jest, bezsprzecznie, zapach wersji otulającej – wyważone połączenie słodkiego karmelu i aromatycznej wanilii przełamane zostało cierpkością cytryny – tej wszechobecnej, ale w innym wydaniu – subtelnym i nie wykręcającym nosów cytrusowym alergikom :) Wariacje serii relaksującej i rewitalizującej są dla mnie podobnymi w odbiorze, przy czym ta druga jest bardziej cierpka i pobudzająca, ale w obu przypadkach cytrynowy aromat jako pierwszy uderza nas w nozdrza. Linia rozgrzewająca zdecydowanie odstaje od pozostałych zapachowych propozycji, bo bliżej jej do świątecznego pierniczka, niż cytrynowej herbaty. Aromaty korzenne lubię, zwłaszcza w okresie zimowym, kiedy przed pójściem spać wypijam szklankę ciepłego kakao, a na twarz kładę maseczkę z cynamonem. Pat&Rub te korzenne nuty wymieszało naprawdę przyjemnie, choć z przypisaną już sobie pancerną intensywnością, radzę więc zapoznać się z tym zapachem zanim dokonacie zakupu :)

No i sprawa czołowa – działanie! Bo czymże byłby eko skład o pięknym zapachu, opakowany w ładne pudełko, gdyby nie to, co może nam zaoferować? A może dużo!
Optymalne nawilżenie, uelastycznienie skóry, wygładzenie, delikatne ujędrnienie i zdrowy wygląd. Każde z tych masełek dało mi to, czego od produktu nawilżającego oczekuję. Suche placki na ramionach, czy swędząca na łydkach skóra poszły w niepamięć, a ich właściwości kojące niejednokrotnie pozwoliły mi szybko zażegnać zadrapania, czy skaleczenia. Masła dają sobie radę nawet ze skrajnie suchą skórą w okolicach kostek, ramion, czy kolan. W dodatku mogę ich używać przez cały rok – latem nie dają poczucia ciężkości i oblepienia, a i zimą pokazują, że ich formuła została mądrze zbalansowana.

O cenie nie będę wspominać, bo w regularnej rzadko je kupuję, a częste promocje sprzyjają mojej radości :) Warto natomiast zauważyć, że w dobie rosnących cen przy jednoczesnej redukcji pojemności, P&R złożyło ukłon w stronę swoich klientów i zatrzymując cenę pierwotną, zwiększyło objętość sprzedawanych kosmetyków! Fenomen, za który należą się brawa.

Nic więcej powiedzieć nie mogę. Lubię te masła, są stale przewijającym się elementem mojej kosmetyczki i każdemu je polecam. Jeśli znajdziecie wśród nich odpowiadający Wam aromat – bierzcie i smarujcie się nimi wszyscy ;)


Jakie jest Wasze ustosunkowanie do masełek P&R? Macie swój ulubiony zapach? A może to w ogóle nie Wasza bajka?


Pozdrawiam Was,
Megdil

sobota, 4 stycznia 2014

John Masters Organics, Wzmacniający żel pod oczy

Oczy zajmują bardzo istotny punkt w całym moim pielęgnacyjnym planie. Ze skórą w tej okolicy nie mam poważnych problemów, na worki, czy cienie się nie uskarżam, lecz gdy dopuszczę się najmniejszego choćby zaniedbania, na powiekach od razu pojawiają się suche miejsca, a skóra zaczyna się łuszczyć. Dobre nawilżenie jest więc dla mnie sprawą nadrzędną i to głównie tą kwestią kierowałam się dotychczas przy zakupie specyfiku pod oczy. Tyle słowem wstępu.

John Masters Organics jest marką, która gości u mnie regularnie. Kosmetyki do pielęgnacji włosów zaskarbiły sobie moją ogromną sympatię, naturalnym następstwem było więc zainteresowanie się pozostałym asortymentem firmy.  Tym sposobem trafił do mnie produkt, który chcę Wam dziś przedstawić.

Firming Eye Gel, wzmacniający żel pod oczy.

Zacznę od tego, że podoba mi się opakowanie. Tak, jestem sroką i zwracam na takie aspekty uwagę. Poręczny słoiczek z ciemnego szkła, opatrzony sprawnie działającą pompką i estetyczną naklejką z logo marki. Pompka posiada ochronny kapturek, dzięki czemu opakowanie sprawdza się również w podróży, a całość zachowuje higieniczne walory. Rurka wydobywająca żel, doprowadzona jest do samego dna słoiczka, nie ma więc obawy przed zmarnowaniem kosmetyku, wszystko z pewnością zostanie zużyte. Konsystencja jest lekka, lejąco-żelowa, przejrzysta i szybko się wchłania. Stosować go można rano i wieczorem. Nie kłóci się z makijażem, więc zyskuje kolejny punkt za uniwersalność.




To, czym JMO przyciąga mnie do siebie najbardziej są składy. Cudownie naturalne, przepełnione roślinnymi dobrociami, w których połączeniu już na pierwszy rzut oka można się zakochać. Ten specyfik nie jest wyjątkiem, bo zawartość ma bardzo przyzwoitą, a ta ma mieć działanie rewitalizujące, przeciwzapalne, przeciwutleniające, zmniejszające obrzęki, a nawet lecznicze. Ponadto produkt ten winien likwidować  drobne zmarszczki. Czy tak się dzieje?




Przyznam, iż początkowo byłam odrobinę zawiedziona, bo przyzwyczajona do kremowości i dość treściwej (choć lekkiej) konsystencji lubianego przeze mnie specyfiku od Korres (klik), żelowość i ultralekkość JMO powodowały niedosyt, zwłaszcza w wieczornych rytuałach. Czułam, że czegoś mi brakuje, mimo iż skóra była dobrze nawilżona. Z czasem jednak, paradoksalnie, przyzwyczajenie pozwoliło mi docenić potencjał tego żelu. Wprawdzie nie widzę go solo w mojej pielęgnacji, gdyż czuję potrzebę wzmożenia działań przeciwzmarszczkowych, jednak widzę go jako świetnego kompana porannej toalety, czy też dodatek do regularnego kremu w warstwowej pielęgnacji. Do większości marketingowych zapewnień odnieść się nie mogę (właściwości lecznicze, przeciwzapalne, czy przeciwutleniające trudno byłoby mi zmierzyć), dodać od siebie jednak mogę, iż ze zmniejszeniem obrzęków po kiepsko przespanej nocy radził sobie gorzej, niż jego Korresowy poprzednik, a i drobne linie wokół oczu nie stały się dzięki niemu mniej widoczne (szkoda!). Nie wykluczam, że w tej ostatniej sprawie, przy założeniu długofalowego użytku, mógłby się wykazać. Jednak po upływie 2,5 miesiąca (mniej więcej na tyle oceniam wydajność 15 ml) nie zauważyłam żadnych zmian.

Podsumowując. Kosmetyk uważam za całkiem przeciętny, mimo że ostatecznie z jego właściwości nawilżających byłam zadowolona. Plusem niewątpliwym jest jego szybka wchłanialność, co w porannym makijażu jest szczególnie ważne. Tym samym zachęcił mnie do testów innych, podobnych mu w konsystencji specyfików, ale tylko w charakterze kosmetyku dziennego. Na noc poszukam czegoś treściwszego.

Ja swój egzemplarz kupiłam na stronie naturnika.pl za 126,90 zł. Cenę uważam w tym przypadku za wygórowaną, tym bardziej, że wydajność kosmetyku nie powaliła mnie na kolana.

Znacie Firming Eye Gel z JMO?
Lubicie lekkie żele pod oczy, czy sięgacie po treściwe kremy?

Pozdrawiam Was,
Megdil