sobota, 22 marca 2014

Maseczkowanie z Korres

Maseczkowanie z Korres
Maseczkowy ze mnie potwór i sporym wyrzeczeniem byłaby dla mnie rezygnacja z tych dodatkowych dobroci, którymi zwykłam raczyć cerę. Z reguły stawiam na te oczyszczające propozycje, głównie dlatego czyste glinki wiodą u mnie prym. Jednak zawsze znajdzie się w mojej kosmetyczce jakaś gotowa alternatywa – na wypadek pana niedobrego lenia :)

Przez pewien czas dzielnie towarzyszyły mi dwie maseczkowe formuły od Korres. Każdą z nich charakteryzuje inne działanie, ale funkcje obu propozycji  warto uwzględnić w swojej pielęgnacji. Na myśli mam bowiem oczyszczanie i nawilżanie – dwa podstawowe zagadnienia, które zwykle przyświecają twórcom takich kosmetyków.




Jakiś czas temu, przy pierwszym zetknięciu z marką Korres postawiłam na ich słynny duet do oczyszczania cery z serii Pomegranate. Scrub i maseczka w połączeniu sprawdzały się znakomicie, a jakiś czas po tej historii, w przypływie sentymentu, postanowiłam ponownie zaopatrzyć się w maseczkę. Moją z nią relację mogłabym nakreślić na kartce papieru jako skaczącą sinusoidę, bowiem odczucia na różnych etapach wzbudzała we mnie różne. Skupię się jednak na ostatecznym wrażeniu, jakie po sobie zostawiła.
Poza tym, że opakowanie jej sprzyja bezproblemowemu przechowywaniu, podróżowaniu i zużywaniu zawartości (da się ją wycisnąć do ostatniej kropli), to i skład ma całkiem przyzwoity (91,1% naturalnych komponentów, w tym biała glinka, kwas mlekowy, wyciąg z granatu, czy olej jojoba, klik). W swej kremowej konsystencji świetnie rozprowadza się po twarzy i pomimo mojego uwielbienia do hojnego paćkania cery oczyszczającymi specyfikami, nie widzę tutaj potrzeby nadmiernej, jednorazowej eksploatacji tej maski. Owszem, gdyby zawartość była choćby standardowa (Korres oferuje nam zaledwie 16 ml produktu w opakowaniu), to i pewnie moją rękę odznaczałaby znana mi szczodrość. Cały, około 20-minutowy, seans uprzyjemnia zapach, który jest wyjątkowo relaksujący, świeży i czysty.

Linia Pomegranate stworzona została z myślą o cerze tłustej i mieszanej, sądzę jednak, że maska ta ma duże szanse sprawdzić się również u tych z Was, które posiadają cerę normalną, a nawet suchą. Oczyszczenie to nie łączy się nawet z najmniejszym podrażnieniem (często zdarzało mi się trzymać kosmetyk na twarzy znacznie dłużej, niż przykazane korresowe 10 minut), a i po zmyciu nie jest wyczuwalne poczucie ściągnięcia skóry, mimo iż pory zdają się być delikatnie obkurczone. Kosmetyk jest bardzo przyjemny, gdyż pozostawia cerę miękką, o ładniejszym kolorycie i lekko zwężonych porach; samo oczyszczenie jest tu naprawdę delikatne, choć wyczuwalne – przyszło mi to docenić w sytuacji drobnego podrażnienia skóry, kiedy nie miałam ochoty na dosadne glinkowanie.


Korres, Pomegranate Cleansing Mask


No właśnie, są takie momenty, w których oczyszczanie idzie swoją drogą, a potrzeba nawilżenia skóry wysuwa się na prowadzenie. Oczywiście mówię to jako posiadaczka cery tłustej i trądzikowej – dla mnie na pierwszym miejscu zawsze stoi poprawne oczyszczenie i złuszczenie naskórka. Częściej, lub rzadziej moja cera domaga się ponadpodstawowego odżywienia i mimo że codziennie serwuję jej nawilżające kremy, różne czynniki sprawiają, że zmuszona jestem sięgnąć po dodatkowe działo. Z taką myślą, będąc w temacie marki Korres, kupiłam ich maseczkę z miodem tymiankowym, która przeznaczona jest głównie do pielęgnacji cery normalnej i suchej.

W składzie znajdziemy tutaj nieco mniejszą procentową ilość naturalnych ingredientów, bo 86,2%. Mało/dużo? Według wykazu INCI jest tutaj przede wszystkim miód, olejek z awokado, olej makadamia, a także kwas askorbinowy (po pełen spis odsyłam Was na stronę Korres, klik). Konsystencja jest tutaj bliźniaczo podobna – bardzo kremowa, przyjemna w rozprowadzaniu i bardzo wydajna, gdyż cienka już warstwa daje poczucie relaksu i spływającego na cerę brakującego nawilżenia. Działaniu nie mogę niczego odmówić, jest tak, jak ma być – skóra po zmyciu staje się gładka, miękka i nawilżona, z powodzeniem mogłabym odpuścić sobie po takim seansie kremowanie cery. Jedyną kwestią, która może okazać się sporna jest zapach. Nie jest obojętny, przeciwnie, dość mocny i charakterystyczny – zdecydowanie miodowy, z lekką ziołową, tymiankową nutą – ogólnie wypada słodko i być może delikatnie męcząco. Mnie do siebie przekonał, a chwilę po nałożeniu staje się całkiem przyjemny, delikatnieje i dokłada cegiełkę do ogólnego relaksu, jaki cały maseczkowy seans ze sobą niesie.


Korres, Thyme Honey Moisturising Mask


Jak widzicie, maseczki, mimo że do różnych cer zostały przeznaczone i różne działanie je charakteryzuje, okazały się całkiem przyjemną alternatywą dla mojej tłustej skóry. Odnajduję w nich relaks i poszczególne przypisane im przez producenta właściwości – a tego właśnie oczekuję przez tych kilkanaście minut spędzonych w łazience wieczorową porą.
Dodać jeszcze mogę, że ich cena u głównego dystrybutora w Polsce (Sephora) oscyluje wokół 45 zł. Biorąc pod uwagę pojemność, całe przedsięwzięcie wypada mniej korzystnie (bez ujmy dla samych produktów!). Ze swej strony polecam więc czyhanie na promocje, lub buszowanie po Allegro czy innych zaufanych portalach internetowych.

  
Znacie te maseczki? A może macie jakichś ulubieńców, na których zechcielibyście zwrócić moją uwagę? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 17 marca 2014

Kryolan - Anti-Shine Powder

Kryolan - Anti-Shine Powder
Korzystając z okazji, że mój humor odbiega dziś od normalnego mi przyjaznego nastawienia do świata, bezkarnie rzucę jego kurtynę na obiekt największego kosmetycznego rozczarowania, jakie w ostatnim czasie mnie spotkało (nie ma tego złego, czego na pożyteczne nie można by przełożyć :).

Dobry puder to jedna z kilku podstaw w makijażu tłustej cery. Musi zmatowić, ale nie może wysuszać, powinien zmniejszać widoczność porów, ale nie może podkreślać suchych skórek. Jego zadaniem jest utrzymanie podkładu w miejscu i nadanie twarzy lekkości. Nie lubię też, gdy puder jest mocno na twarzy widoczny. Myślę, że wymagania to niewygórowane, jak sądzicie? Tak, czy inaczej, zapamiętajcie to, bo w tej recenzji o takich cudach nie usłyszycie ;)

Kryolan jest firmą specjalizującą się w produkcji kosmetyków komponowanych z myślą o makijażu profesjonalnym. Większość ich formuł jest dość ciężka, z jasnym przypisem o potwierdzonej skuteczności i zadowoleniu tłumu makijażystów tworzących dzieła sztuki na twarzach swoich klientów, a także, w finalnym ogniwie, tychże ostatnich, którzy w domowym zaciszu, dzięki tym samym kosmetykom, mogą uzyskać efekt mistrzowskiego malunku.




Skuszona pozytywnymi recenzjami i rozochocona obietnicami długotrwałego matu, zakupiłam swój pierwszy kosmetyk tej niemieckiej marki, Anti-Shine Powder, znany również jako puder ryżowy.
Kosmetyk zapakowany został w solidne pudełko z twardego plastiku z niesolidnie nadrukowanym logo, które mimo przechowywania w dobrych warunkach, okazjonalnie pakowane w podróżną kosmetyczkę, ściera się bez skrupułów. Może to drobnostka, ale w odniesieniu do profesjonalnej filozofii marki, zaskoczyła mnie. Warto też wspomnieć, że sitko pozwalające wydobyć produkt jest obficie usiane dość dużymi otworami, nie polecam więc odrywać zabezpieczającej naklejki w całości, gdyż może Wam przez to dokuczać mały bałagan. W środku znajdziemy aż 30 g kosmetyku w białym kolorze, pojemność spora i dla kogoś, kogo puder swym działaniem zadowala, będzie to niewątpliwym plusem. Dla mnie to minus, równie ogromny.





Bardzo żałuję, lecz ta profesjonalna technologia nie spisała się u mnie zupełnie.
Dla jasności sytuacji: puder stosowałam na kilka sposobów – zaraz po aplikacji podkładu, po kilku minutach od jego nałożenia; grubszą warstwą, delikatną woalką; na minerały, na jeden podkład w płynie, na drugi, na podkład w kompakcie; wciskałam go w cerę puszkiem, wklepywałam pędzlem, omiatałam nim twarz. Prób było bez liku, a efekt zawsze ten sam – wymęczona cera o płaskim macie, który i tak, na mojej tłustej cerze, długo się nie utrzymuje. Każda sucha skórka zostaje w mgnieniu oka podkreślona, a przy założeniu regularnego stosowania przesuszenie skóry staje się oczywistym następstwem, więc i do choćby okazjonalnego gruntowania korektora pod oczami puder ten się absolutnie nie nadaje. Poza tym, nie pamiętam, bym miała kiedyś do czynienia z sypkim pudrem, z którym byłoby mi tak ciężko na twarzy – czuć jego obecność na cerze, a to jest dla mnie nie do zniesienia. Kolejnym minusem jest jego widoczność, wymaga więc uważnej aplikacji, w przeciwnym wypadku pozostawi nieestetycznie wyglądającą białą, suchą, pudrową warstwę na twarzy. Czarę goryczy przepełnia uczucie ściągnięcia, jakie ów za każdym razem po sobie zostawia, a jedynym plusem, jaki zauważam to fakt, iż puder nie pogorszył stanu mojej trądzikowej skóry.

O wygładzonej niewidzialną woalką cerze nie ma co marzyć. Anti-Shine sprawia, że skóra wygląda na ciężką i przemęczoną. Nie tego szukam, a niemieckiej jakości, tym razem, mówię głośne Nein!


Znacie? Jakie macie o nim zdanie? Który puder sypki polecacie?


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 14 marca 2014

Phenome, Milky Almond Regenerating Body Butter

Phenome, Milky Almond Regenerating Body Butter
Zimowy czas, to trudny czas. Dla skóry. Pomimo tego, że wiosna zaczyna przedzierać się przez mroźne objęcia czwartej pory roku, ja wciąż potrzebuję czegoś, co mocno nawilża i chroni. A gdy dochodzą do tego podróże i zmiana wody, czuję, jak moja skóra woła o pomstę. Na zimie, na wysuszających żelach, na golarkach, depilatorach i kiepskich balsamach, czy masłach niespełniających przypisanych im zadań.

Skórę mam, w teorii, normalną, lecz zdolną do najokrutniejszych kaprysów w postaci swędzących od przesuszenia obszarów. Chwila nieuwagi i masz, babo, suchy placek! Zwłaszcza na ramionach, łydkach i brzuchu, który w ostatnim czasie zaczął przejawiać podobne ciągoty. Ważnym więc elementem mojej codziennej toalety jest wcieranie w ciało odpowiednich smarowideł. I nie ma zmiłuj, gdziekolwiek by mnie nie posiało, kosmetyczka musi być odpowiednio zaopatrzona.

Podczas mojego niedawnego wyjazdu, w odmętach towarzyszącej mi ciężkiej i pakownej sakwy upiększającej, znalazł swoje miejsce specyfik, który dziś chcę Wam pokrótce przedstawić.





Phenome, Regenerating Body Butter z serii Milky Almond.
Zacznę od tego, że moja podróżna wersja to aluminiowa tubka zawierająca 50 ml gęstego, treściwego masła. No właśnie, dokładnie tak wyobrażam sobie masło do ciała – zwarte, bogate i otulające mnie delikatną warstwą ochronną. W przypadku serii Milky Almond nie wypadałoby pominąć cudownego zapachu, który jako pierwszy zwrócił mój wzrok w kierunku tego niepozornego mazidła. Jest ciepły, migdałowy, z mleczną nutą, która balansuje całość tworząc subtelny, aromatyczny woal na ciele. To właśnie to, czego potrzebuję po ciężkim dniu.
Składowo masło wygląda, według mnie, przyzwoicie. Oparte jest bowiem na wodzie migdałowej, maśle shea oraz olejku ze słodkich migdałów. Mamy tu też inne pyszności - takie, jak miód, olej buriti, czy wyciągi z soi i kwiatów irysa. Całość ta ma nawilżyć, zmiękczyć i wygładzić naskórek, koić, regenerować i działać antyoksydacyjnie.




Mnie masło ujęło, mówiąc wprost. Do tego stopnia, że po tej podróżnej wersji z miłą chęcią zaopatrzę się w 200 ml słoik po brzegi wypełniony rzeczonym mazidłem.
By unaocznić Wam moją do niego sympatię, wrażenia swoje poprę okrojoną w szczegóły historią koszmaru, z jakim przyszło mi się zmierzyć. W kiepskich okolicznościach (zmiana wody i żelu pod prysznic) moja skóra zaczęła się ostro buntować. Strajk podniesiony został do rangi suchej klęski, jaka pojawiła się głównie na łydkach. Drapaniu nie było końca, więc siłą rzeczy, w miejscach dotkniętych okropnym przesuszeniem, pojawiły się ranki mniejsze i większe, szczypiące, bolące i nadal… swędzące. Wówczas do akcji wkroczył produkt Phenome. Nagła ulga i ukojenie – tego właśnie doznałam już po pierwszej aplikacji. Masło okazało się idealnym wsparciem mojej silnej woli ;) – dzięki temu duetowi przestałam rozdrapywać suchą do granic możliwości i mocno podrażnioną skórę. Z dnia na dzień stan jej się polepszał, zadrapania szybko się goiły, a ciało odzyskało prawidłowy poziom nawilżenia. Dziękuję!, chciałoby się rzec.

Kwestie typowo użytkowe również oceniam wysoko, gdyż masełko rozprowadza się po skórze bez zarzutu, dość dobrze się wchłania, aczkolwiek, moim zdaniem, najlepiej sprawdzi się w pielęgnacji wieczornej, gdyż pozostawia po sobie delikatną warstewkę ochronną. Nie jest ona tłusta, ani w żaden sposób uciążliwa, ale jest, a to nie każdemu musi odpowiadać.




Lubię, mogę je Wam polecić, a sama czyhać będę na kolejną dogodną promocję, by bez większych wyrzutów sumienia sprawić sobie słój do użytku ściśle domowego :)


A Wy lubicie treściwe masła do ciała?


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 10 marca 2014

AnneMarie Börlind, Eye Wrinkle Cream

AnneMarie Börlind, Eye Wrinkle Cream
Poszukiwań idealnego kremu pod oczy ciąg dalszy. Stronic o wzlotach i upadkach w tym temacie mogłabym zapisać dziesiątki, od tych różowym atramentem pisanych po takie, gdzie najczarniejszy tusz nie oddawałby złości i rozczarowania, jakie swoim jestestwem specyfiki różnej maści wywołały w mojej, mimo wszystko, wyrozumiałej duszy ;)

AnneMarie Börlind to marka niemiecka, marka specjalizująca się w formułowaniu naturalnych kosmetyków, marka, której filozofia mnie ujęła. Wszak koncepcja "If I can`t eat it, I won`t put it on my face" brzmi intrygująco, poniekąd inspirująco i wzbudza zaufanie, czyż nie?
Stąd też po szybkim przeczesaniu internetowych czeluści zdecydowałam, że ten krem będzie odpowiedzią na moje potrzeby.

A nie jest to byle jaki krem, bo to ten przeciwzmarszczkowy typ. Obietnice naprostowania drobnych zmarszczek mimicznych rozbrzmiewały mi w głowie niczym słowiczy śpiew, a wizja dogłębnego nawilżenia delikatnej skóry wokół oczu rysowała się jako wybawienie dla mojej kapryśnej jej odmiany.




Trwając jeszcze w fascynacji producenckimi obietnicami rozpakowałam otrzymaną przesyłkę, w której znalazł się krem zapakowany podwójnie - w opakowanie kartonowe i bezpośrednie - aluminiową, zakręcaną tubkę o sympatycznej pojemności 20 ml.

Skład nadrukowany na kartoniku zapowiada przyjemną relację dla zwolenników naturalnej pielęgnacji. Mamy tutaj kilka olejków, wosk pszczeli, oraz inne wartościowe ekstrakty. Krem ma żółto-bananowe zabarwienie i bardzo treściwą konsystencję. Czuć tutaj obecność olejków oraz wspomnianego wosku pszczelego, które nadają całości delikatnie tłustawą konsystencję, zostawiającą na skórze ochronny film. Przez tę właściwość kosmetyk potrzebuje sporo czasu, by się wchłonąć (a i tak nie robi tego do końca), co dla niektórych z Was może czynić go kiepskim kompanem porannej toalety. Ja zdecydowałam się na taką kombinację świadomie, więc narzekać nie mam zamiaru.




Działanie... Ah, działanie - żebyś chciało być tak pięknym, jak o Tobie piszą! Mówiąc krótko - u mnie krem nie sprawdził się tak bajecznie, jak się tego spodziewałam. Nie mówię tutaj o prasowaniu zmarszczek, ale o zwykłym, prozaicznym nawilżeniu i odżywieniu skóry. Ogólnie rzecz biorąc, krem nie jest zły, o ile nie napotka na swej drodze przeszkód, mogących go przerosnąć - na przykład takich, jak podrażnienie z okropnym, łuszczącym się przesuszeniem (a z takim przyszło mi się przez pewien czas borykać). Nic to przyjemnego, zwłaszcza, gdy nie można liczyć na skuteczną pomoc specyfiku, w którym pokłada się nadzieje. Oprócz tego nie zauważyłam ani rozjaśnienia, ani rozświetlenia, czy niwelowania opuchnięć po źle przespanej nocy. Co więcej, zaobserwowałam, iż krem lubi te opuchnięcia podsycać.

Podsumowując - mimo dobrych opinii krążących o tym kremie w sieci, ja ze swej strony nie mogę go polecić, gdyż szala minusów leży w tym przypadku niemal na ziemi. Drobne, techniczne plusy - takie, jak pojemność, wydajność, czy stosunkowo niska cena (49,90 zł) nie są w stanie rzucić lepszego światła na ten kosmetyk.


Miałyście z nim do czynienia? Co aktualnie jest Waszym pewnym wyborem w zagadnieniu pielęgnacji skóry wokół oczu?


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 5 marca 2014

Lulu&Boo, Nettle & Lemon Tea-Tree Cleansing Gel

Lulu&Boo, Nettle & Lemon Tea-Tree Cleansing Gel
Jestem jedną z tych osób, które przywiązują dużą wagę do tego, czym myją twarz. Oczyszczanie to dla mnie absolutny rudyment odpowiedniej pielęgnacji, nie chcę sobie nawet wyobrażać, co działoby się z moją trądzikową skórą, gdybym traktowała ten temat po macoszemu. Mam swoich ulubieńców w tej kategorii, wciąż jednak lubię szukać, poznawać i testować nieznane mi dotąd propozycje.

Gdy przy okazji buszowania po stronie costasy.pl trafiłam na dział poświęcony naturalnym, brytyjskim kosmetykom pod szyldem Lulu&Boo, natychmiast zaświeciły mi się oczy, a do koszyka trafił żel myjący. Inaczej być nie mogło :) Przy okazji, zachęcam Was do zapoznania się z historią marki L&B, bo jawi się niezwykle ciekawie i swojsko, lecz lojalnie ostrzegam, każdy zawarty w niej fakt sprawia, że ochota na ich produkty rośnie!




Firma Lulu&Boo posiada w swoim asortymencie szereg produktów stworzonych z myślą o różnych typach cery. Są kremy, toniki, maseczki, ale kosmetyk myjący występuje w jednej zaledwie wersji i jest nim właśnie żel oczyszczający z wyciągami z pokrzywy i Lemon Tea-Tree, przeznaczony do wszystkich rodzajów skóry, z wyjątkiem bardzo suchej. Wiecie, jak to jest z tymi produktami będącymi w teorii odpowiedzią na wszystko? Z reguły ich sprawdzalność w praktyce pozostawia wiele do życzenia. Obawiałam się tego, jednak skład przekonał mnie ostatecznie, że warto dać temu produktowi szansę. Mamy tutaj bowiem łagodzący aloes; wspaniale tłustej cerze służący wyciąg z pokrzywy, który sam w sobie działa ściągająco i oczyszczająco;  olejek z rozmarynu i wyciąg z oczaru wirginijskiego szeroko polecane do pielęgnacji cery trądzikowej; no i tytułowy olejek eteryczny z Lemon Tea-Tree, którego szereg właściwości stanowi kropkę nad ‘i’. Cała składowa kompozycja jest wyważona, nie za długa, lecz jednocześnie bogata. Mnie się podoba.




Kosmetyk został opakowany w uroczą, szklaną buteleczkę, ze sprawnie działającą pompką, która dozuje minimalną jego ilość. Początkowo miałam problem z oswojeniem tej konsystencji, która na dobrą sprawę, w ogóle się nie pieni. Na jednorazowe mycie zużywałam wówczas około pięciu pompek, przez co produkt zużywał się w tempie niemal ekspresowym, a zważywszy na małą pojemność (zaledwie 100 ml), jego żywotność szacowałam na jakieś 1,5 miesiąca, w porywach. W mojej opinii to zbyt mało, jak na cenę, którą za niego musimy zapłacić (84,90 zł). Po chwilowej znajomości doszłam jednak do ilości dwóch pompek w myciu porannym i trzech zużywanych do zwieńczenia demakijażu.
Pamiętam, że w pierwszym kontakcie, zapach tego kosmetyku nie przypadł mi do gustu. Był dla mnie zbyt ostry, mocno cytrusowy, z lekkim ziołowym akcentem. Nie lubię tak intensywnie aromatyzowanych kosmetyków do pielęgnacji twarzy, dlatego ta niechęć wcale szybko nie minęła. Po jakichś dwóch/trzech tygodniach codziennego stosowania, na całe szczęście, mój nos  przyzwyczaił się do tej woni, a w tej chwili zupełnie mi już nie przeszkadza.

Działanie tego żelu jest dobre, bo tego mu odmówić nie mogę – robi to, co robić ma. Usuwa ze skóry powierzchniowe zanieczyszczenia oraz warstwę sebum, które moja skóra tak ochoczo produkuje, nie wysuszając przy tym cery, ani nie wywołując mało przyjemnego poczucia jej ściągnięcia. Wszystko jest niby tak, jak być powinno, mnie jednak czegoś brakuje, dlatego też żel ten nie zdetronizował moich dotychczasowych ulubieńców w tej ważnej kategorii (Mud Soap z Kanebo, Complete Blemish Cleanser z Phenome, czy żel oczyszczający z serii Cleanance marki Avene). Jeśli Wasze oczekiwania sprowadzają się do potrzeby uzyskania pomocy w walce z uciążliwymi problemami trądzikowymi, to bardzo możliwe, że Wasze odczucia pokryją się z moimi. Produkt uważam za świetne wyjście dla cery normalnej, czy mieszanej. Pozostałe typy, mimo wszystko, zachęcam do skierowania wzroku w inną stronę.


Znacie markę Lulu&Boo? Czym oczyszczacie twarz? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

niedziela, 2 marca 2014

Phenome, Pure Sugarcane Nourishing Deeply Sweet Scrub

Phenome, Pure Sugarcane Nourishing Deeply Sweet Scrub
Cudownie, że ktoś kiedyś wpadł na ideę złuszczania naskórka. Peelingi, scruby, zdzieraki, złuszczacze, jak by ich nie nazwać, zawsze będą idealnym sposobem na momentalną poprawę samopoczucia – sprawiają, że po wyjściu z łazienki czuję się odpowiednio dopieszczona. Moje domowe SPA nie może się bez nich obejść :)

Niestety, poszukiwania peelingu idealnego mogą okazać się wyjątkowo żmudnym zajęciem, bo albo to nazbyt chemią naszpikowane, albo zbyt lekko zdziera, niektóre mogą nawet ranić skórę. Dlatego dziś opowiem Wam o kosmetyku, za którego wyprodukowanie należą się duże podziękowania firmie Phenome!




Seria Pure Sugarcane to linia, po którą sięgam z nieskrywaną przyjemnością, nie tylko ze względu na zapach, ale także przez wzgląd na jej właściwości pielęgnacyjne. Wszystko łączy się tutaj w jednolitą całość, takich faktów trudno mi nie docenić. Peeling do ciała, którym się dziś zajmę, bazuje na brązowym cukrze z trzciny cukrowej, a ten, oprócz cech złuszczających, oferuje skórze także ochronę przed utratą wilgotności. Receptura bogata w zastęp wartościowych olejków i owocowych ekstraktów czyni ten kosmetyk tym, po który chętnie sięgam, gdy chcę poczuć się lepiej – wszak nawet takie proste czynności potrafią świetnie nas zrelaksować i oczyścić umysł z codziennego stresu, nie zapominajmy o tym :)




Mieszanka ta ma słodki, lecz przełamany cytrusową nutą naturalny aromat skutecznie uprzyjemniający mi regularne dbanie o ciało. Jeśli mieliście do czynienia z peelingiem-maską Multi-Active, możecie wyobrazić sobie ten smakowity bukiet zapachowy, bo, według mojego nosa, obydwa zdecydowanie ze sobą korespondują. Całość zapakowana została w 200 ml słoik z solidnego, grubego, ciemnego szkła, pięknie przyozdabiający łazienkową przestrzeń. Nie polecam go jednak transportować ze sobą gdziekolwiek, bowiem olejki w nim zawarte chętnie wydostają się na zewnątrz, brudząc wszystko, co na swej drodze napotkają.

No dobrze, wszystkie te techniczne szczegóły brzmią zachęcająco i obiecująco, ale co z działaniem!?, zapytacie.

By najlepiej zobrazować sobie pracę, jaką ów wykonuje, zamknijcie na chwilę oczy i zaaranżujcie w swej projekcji przestrzenną łazienkę z olbrzymią wanną pośrodku i wysokiej klasy, kompetentnym masażystą na wyposażeniu, który już od progu wita Was w tym przybytku relaksu wraz z cukrowym peelingiem Phenome w dłoniach. Mhmmm... Dzięki odprężeniu i gładkiej skórze, która po całym zabiegu przypomina atłas, czuję się właśnie tak, jakby ktoś z największą uwagą i profesjonalizmem zadbał o moje ciało :)
To, że wyobrażenie z prywatnym, wykwalifikowanym masażystą pozostawiam na razie w sferze marzeń, nie przeszkadza mi zupełnie, bo scrub jest bajecznie łatwy w obsłudze – fantastycznie złuszcza martwy naskórek, pobudza krążenie, a skórę pozostawia niezwykle gładką i, o dziwo, nie wołającą rozpaczliwie o nawilżające mazidła.




Dodatkowo, po wypróbowaniu kilku metod, mogę Wam podpowiedzieć, że najefektywniejszym dla mnie sposobem okazało się nakładanie tego peelingu na delikatnie zwilżoną skórę. Dzięki temu mieszanka zyskuje lepszą przyczepność, a zawarte w niej olejki w połączeniu z wodą tworzą delikatną emulsję, która staje się doskonałym pretekstem do wykonania dłuższego masażu.
Producent wspomina coś o ochronnym filmie, jaki peeling po sobie zostawia. Mimo iż nie jest to żadna tłusta, czy inna wyczuwalna warstwa, to ziarnko prawdy w tym rzeczywiście odnajduję. Ja, mimo wszystko, zawsze po złuszczającym seansie rozprowadzam na ciele balsam lub treściwe masło. Wówczas jestem w pełni ukontentowana :)

Na koniec muszę też zaznaczyć, jak bardzo zaskoczyła mnie wydajność tego produktu. Po wstępnych oględzinach uznałam, że peeling zostanie moim towarzyszem na najbliższych kilka złuszczających seansów, tymczasem okazuje się, że do jednego zabiegu zużywam zaskakująco niewielką ilość tej wspaniałej mieszanki, wygląda więc na to, że chwilę przyjdzie mi się jeszcze tym słojem pocieszyć :)

Podsumowując. Cukrowy scrub od Phenome wywarł na mnie piorunujące wrażenie, zakochałam się w nim z marszu i obwołuję najlepszym specyfikiem w tej kategorii, z jakim miałam styczność. Przyjemność to niemała, lecz i cena spora (139 zł), toteż zachęcam miłośników złuszczania do poszukiwania godziwych promocji zarówno na stronie phenome.pl, jak i w stacjonarnych przybytkach marki. Na przykład takich, jak ta zapowiedziana na czas od 5-9 marca, bo aż 30% na cały asortyment – to robi różnicę! 
A satysfakcja z użytku? Bezcenna :)





Znacie? Macie w planach?
Który z używanych przez Was peelingów zyskał miano Waszego ulubieńca? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger