sobota, 27 grudnia 2014

MAC, Ruby Woo

MAC, Ruby Woo
Czerwona pomadka rzadko traktowana jest po koleżeńsku. Zwykle wywołuje onieśmielenie, często generuje obawę, ale zawsze roznieca ciarki - odwaga, tajemniczość i najwyższy wymiar kobiecości - to z tym zwykła nam się kojarzyć.
Czerwień na ustach zarezerwowana na wyjątkowe okazje? Niezwykła randka? Celebracja pięknego wydarzenia w gronie najbliższych? A może chęć zagrania w kimś nutki fascynacji? Dopasuje się do każdej roli! I choć stosunkowo niedawno powiedziałabym, że to temat mi odległy, dziś mogłabym posiadać jej redundantne ilości. Tak uwielbiam czerwone usta!




Ruby Woo trafiła do mnie w ramach akcji Back2MAC, którą swoją drogą uważam za wyjątkowo celną. Puste opakowania? Za świetną pomadkę? Takie interesy mogę ubijać codziennie ;) Ruby Woo to szminka legenda, brak tu krzty przesady i zaprawdę, z góry powiadam Wam - to sztuka warta posiadania.
Kolor? Idealny! Doskonale skomponowany, z odpowiednią ilością niebieskich tonów - odpowiednią, bo biel uzębienia winduje na wyższy poziom; odpowiednią, bo zawartość ta nie determinuje ograniczonej jej przydatności - sprawdzi się przy akompaniamencie każdej karnacji, wtopi się w tło każdej urody i zdobić będzie z całą swoją imponującą mocą.

Kolor to jednak nie wszystko, co czyni tę pomadkę wyjątkową. Obraz ten dopełnia każdy pozostały użytkowy aspekt. Niezwykłe, matowe wykończenie, które imituje zamsz, dodaje elegancji i poczucia kobiecości. Tak! Kto raz przyodzieje tę sztukę, w mig pojmie me słowa ;) Do tego dochodzi druzgocąca trwałość. Czerwona powłoka RB tworzy ze skórą ust niemal nierozłączny duet, który trwa pomimo pobocznych przeszkód - wszak jedzenie, picie, czy wzmożone uskutecznianie sztuki konwersacji od zawsze zdają się wiązać z następującą w końcu poprawką makijażu. A tymczasem… Ta czerwień trwa godzinami! Nic jej niestraszne, nawet w ekstremalnych sytuacjach wykazuje się swą odpornością. To lubię :)




Jedyną dokuczliwością może okazać się sam proces aplikacji. Konsystencję ma bowiem bardzo suchą i wymagającą wprawy/konturówki/pędzelka do idealnego podkreślenia konturu warg. Zdecydowanie nie jest to jedna z tych pomadek zasilających zbiór ‘awaryjny’, to sztuka, która potrzebuje czasu i uwagi.
Dla niezorientowanych dodam jeszcze, iż przez wzgląd na iście matowe wykończenie Retro Matte, warto zaprzyjaźnić się z peelingiem i uważnym nawilżaniem - to zapewni uciechę i całkowitą satysfakcję.

Jednym słowem - POLECAM!

Znacie się z Ruby Woo? :)
Jakie jest Wasze ustosunkowanie do czerwonych ust?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

środa, 3 grudnia 2014

Listopadowi ulubieńcy :)

Listopadowi ulubieńcy :)
Ostatnie miesiące obfitowały u mnie w wiele kosmetycznych przyjemności. Pojawiło się kilka nowości, parę produktów zaczarowało mnie sobą na nowo, a i kolejny bzik mnie doszczętnie opętał... ;) Jeśli interesuje Was moje zdanie na temat przedstawionych na zdjęciach wybrańców, zapraszam do czytania! Ostrzegam jednak, mam ochotę sobie trochę pogadać, więc nie obiecuję, że będzie szybko i bezboleśnie :))




#1 Phenome, Smoothing Body Serum - cóż mogę rzec... Kto zagląda do mnie od jakiegoś czasu, ten wie, że ta polska marka jest jedną z moich absolutnie ulubionych. Po kosmetyki spod szyldu Phenome sięgam często i robię to z nieskrywaną przyjemnością. Zwykle otrzymuję wszystko, czego oczekuję - i tak też było w przypadku tego serum. Jest to stosunkowa nowość w asortymencie Phenome, która wchodzi w skład serii Silhouette Dream, mającej na celu pomoc w walce z uciążliwym cellulitem. Kosmetyk ten towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy i po tym czasie mogę z czystym sumieniem potwierdzić jego świetne wygładzające właściwości. Pierwsze tygodnie nie wskazywały na taki sukces - ot, dostateczne nawilżenie, przyjemna, lekka konsystencja, łatwa aplikacja i szybkie wchłanianie. Po pierwszym miesiącu codziennego stosowania (raz dziennie, wieczorem), doznałam ogromnego zaskoczenia, gdyż skóra w okolicach ud i pośladków zdecydowanie zyskała na gładkości i jędrności. Dodam, że był to czas, gdy moja aktywność fizyczna oscylowała wokół podstawowych czynności, bez wyciskania siódmych potów na macie. Uważam więc, że to świetny wynik, a sam kosmetyk dobrze rokuje na przyszłość - z całą pewnością okaże się nieocenionym pomocnikiem regularnego wysiłku i dobrej diety. Godny polecenia sprzymierzeniec w walce z tą paskudną przypadłością! (Skład możecie zobaczyć na stronie <klik>)

#2 Phenome, Relaxing Massage Oil - coraz chłodniejsze wieczory skłaniają do otulania się nie tylko cieplejszymi tkaninami, ale również cięższymi formułami kosmetyków i relaksującymi, głębokimi zapachami. Uwierzcie, seria Rejuvenating Rose jest do tego najlepszym narzędziem :) Nigdy nie należałam do klubu wielbicielek wyrazistych zapachowych nut różanych, ale to... To się Phenome udało wyśmienicie. Jestem bez reszty zakochana w tym aromacie - mamy tu dość wyraźny różany bukiet w samym centrum, lecz zapachowa melodia, która unosi się wokół sprawia, że cała kompozycja wprost uzależnia. Jest tu coś owocowego, coś orzechowego, trochę zieleni, dalej pojawia się już tylko błękitne niebo, wiejska polana, dziki ogród i... gładka skóra :)) Olejek stosuję średnio dwa razy w tygodniu. Jego mięsista konsystencja świetnie się rozprowadza, skóra wchłania go w czasie umożliwiającym wykonanie rozluźniającego masażu. Po takim seansie ciało nie jest klejące, nadal jednak czuć delikatną powłoczkę ochronną. Poziom nawilżenia jest godny podziwu, gdyż nawet po depilacji ten różany olejek daje mi komfort rozluźnionej skóry. Zapach unosi się wokół mnie dość długo, z pewnością uprzyjemniając zasypianie :) Po przebudzeniu zaś cieszę się gładką, miękką i delikatną skórą. Lubię ogromnie i serdecznie polecam wszystkim miłośnikom olejków i oliwek do pielęgnacji skóry! (Jeśli jesteście zainteresowani dokładnym składem <klik>)

#3 Fridge Ostra Szczotka - wokół tematu szczotkowania ciała na sucho krążyłam bardzo długo. Przeczytałam kilka artykułów, zapoznałam się z wieloma wrażeniami po regularnym uskutecznianiu tej czynności, aż wreszcie zapragnęłam doświadczyć zapowiadanych rezultatów na własnej skórze :) Jak sięgam pamięcią, swego czasu miałam do czynienia z Rossmannową ostrą szczotką, której sporadycznie używałam do masowania ud i pośladków. Nie wspominam jej miło, ponieważ była wyjątkowo nieprzyjemna w użytku (bardzo ostra), co skutecznie zniechęcało mnie do utrzymywania regularności. Podczas przeczesywania sieci w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego trafiłam m.in. na szczotkę innej polskiej marki, Fridge. I to był dobry wybór! Włosie szczoty jest bardzo sprężyste i gęste, ponadto mam wrażenie, że jego moc została idealnie wyważona - jest wystarczająco ostre, by spełniać swoją rolę bez agresywnego drapania. Drewniana nasadka wygodnie leży w dłoni, a całe narzędzie zostało solidnie wykonane. 
Efekty nie pozostają w tyle! Przy regularnym masowaniu, raz dziennie (najczęściej rano), po kilku tygodniach nie da się nie zauważyć różnicy! Skóra staje się coraz gładsza, zyskuje więcej blasku, a poszczególne partie ciała są bardziej zbite. Każdy masaż zaczynam od stóp, przez łydki kieruję się do ud i pośladków, po czym zabieram się za dłonie i ramiona, następnie przychodzi czas na dekolt, brzuch i plecy (5 posuwistych 'okrążeń' na każdą partię, po czym czynności powtarzam w tej samej kolejności, już jednokrotnie). Całość zajmuje jakieś 10-15 minut, które w magiczny sposób poprawiają mi samopoczucie. Zachęcam Was do zapoznania się z tematem i jak najszybszego wdrożenia tej świetnej czynności u siebie :)

#4 Tangle Teezer - szczotka legenda, której z jakichś powodów nie chciałam się poddać. Miałam swój drewniany grzebień z TBS i żyłam w przekonaniu, że nic lepszego już znaleźć się nie da. Do zakupu tej plastikowej szczotki podchodziłam więc bardzo sceptycznie, lecz z ciekawością zaczęłam jej używać od razu po tym, jak do mnie trafiła. Wrażenia? Ok, w porządku, fajnie rozczesuje  mokre kosmyki, nie szarpie ich, ale czy rzeczywiście jest warta całego tego zamieszania? Odpowiedź przyszła, gdy pewnego razu sięgnęłam po tak lubiany przeze mnie drewniany grzebień. Różnicę odnotowałam natychmiast i od tamtej pory nie rozstaję się z moją kompaktową złotą pięknością :) Włosy rozczesuje wspaniale, szybko, gładko i bezboleśnie, nie wyrywa ich, a z kołtunami radzi sobie wybornie. Do teraz jestem pod wrażeniem i być może kiedyś sięgnę też po wersję w klasycznym rozmiarze, tak dla porównania, bo tej podróżnej nie mam NIC do zarzucenia :)




#5 Pomadki MAC - to właśnie ten mój nowy, mały bzik, który rozrasta się w zastraszającym tempie ;))) Wpadłam po uszy, a ta mała gromadka, którą widzicie powyżej, to tylko część mojego zbiorku i zaledwie cząstka tego, co mam ochotę przygarnąć. Uwielbiam je za mnogość cudownych kolorów i wykończeń, uwielbiam wybierać, przebierać, poszukiwać swatchy w sieci, wpisywać nowe odcienie na zakupową listę i, oczywiście, sumiennie ich używać! :)) Po tym jak przez długie lata pozostawałam ignorantką w temacie szminek, jestem zdumiona, w jak prosty sposób umożliwiają zupełną zmianę wyglądu. Czy to odcień nude, czy kolor wyrazisty, każdy wnosi interesujący akcent do codziennego makijażu. To jest to, czego mi trzeba <3

#6 Moje paznokcie w ostatnich tygodniach to na zmianę odcienie mleczne, nude i klasyczna czerwień. Słowem, wszystko, co warto mieć w swoim lakierowym zbiorze :) Na zdjęcie załapały się dwie buteleczki - ukochany OPI Vodka&Caviar, czerwień z klasą, ma w sobie odrobinę niebieskich tonów, ale ostatecznie nie determinują one jej tonacji. To po prostu podstawowy kolor, bez wyraźnych domieszek, w najlepszym wydaniu. Jakość jest znakomita i choć zastosowano tu żelkowe wykończenie, dwie warstwy dają pożądany, jednolity efekt bez prześwitów. Oprócz tego otrzymujemy piękny połysk i rewelacyjną trwałość (dla zobrazowania: stojąc jakiś czas temu w kolejce, usłyszałam za plecami narzekania przypadkowej dziewczyny na obskurny wygląd dłoni z jej trzydniowym lakierem - odruchowo spojrzałam na swój sześciodniowy mani w stanie idealnym - cóż, satysfakcja gwarantowana :D). 
Druga buteleczka widoczna na zdjęciu skrywa w sobie cudowny lakier z tegorocznej, letniej kolekcji Essie - Urban Jungle. Odcień jest rewelacyjny, to mieszanka beżu, kropli szarości i odrobiny przykurzonego różu. Mam słabość do tego rodzaju kolorów i bardzo się cieszę, że po wielu próbach udało mi się upolować tę sztukę. Posiadam wersję z cienkim pędzelkiem i pomimo mojego uwielbienia do europejskiej, standardowej łopatki, nie mam nic do zarzucenia temu wariantowi. Lakier świetnie się nakłada, dwie warstwy dają jednolity efekt z pełnym kryciem, a wynik ostateczny to schludny, elegancki mani. Uwielbiam! 


Uff, to tyle :) Znacie coś z powyższych kosmetyków? Chcecie coś pochwalić? Albo może na coś ponarzekać? 
Dajcie znać, jaki kosmetyk w ostatnich tygodniach zdobył Wasze serca :)


Pozdrawiam Was serdecznie!
Megdil

środa, 12 listopada 2014

Dermalogica, Multi-Active Toner

Dermalogica, Multi-Active Toner
Kosmetyki marki Dermalogica szturmem wdarły się w mój pielęgnacyjny plan. I dobrze, bo z większości jestem tak bardzo zadowolona, że z pewnością będę sięgać po nie regularnie również w przyszłości. Część z nich opisałam już na blogu (klikkilkkilk), ale drugie tyle czeka na swą kolej :)
Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby wszystko okazywało się pozbawione smaku goryczy po zawiedzionych oczekiwaniach. I choć naprawdę skrupulatnie wybieram sobie kosmetyki, zdarzają się takie sytuacje, w których uciszam przeczucia i daję się ponieść ryzyku ;) Zupełnie tak, jak w przypadku toniku Multi-Active (124 zł/250 ml).

Tonik to podstępny towarzysz. Niby trudno ocenić jego działanie, czasami nawet ciężko sprecyzować oczekiwania względem niego. Poza tym to na tyle niepozorna czynność w całym dbaniu o cerę, że często ginie gdzieś w natłoku żeli, serum, kremów i innych olejków. A tymczasem, jak się okazuje, można znaleźć coś, co autentycznie wzbogaci pielęgnację i pokaże, że skóra bez tego nie funkcjonuje już tak samo dobrze. Ja znalazłam dwa takie toniki (Łagodzący od P&R <klik> oraz REN Clarifying Toner), lecz nie stronię od nowości i od czasu do czasu skuszę się na coś mi nieznanego.




Tonik od Dermalogica jawił mi się w pomarańczowym świetle, lecz ostatecznie, uznawszy te wątpliwości za przesadzone, przy okazji innych zakupów, wrzuciłam go do koszyka. Skład nie jest zły, jest tu kilka przyjemnych ekstraktów, nie ma sztucznych barwników ani kompozycji zapachowych. Wszystko to powinno łagodzić, nawilżać i regenerować. W dodatku płyn zapakowano w całkiem konkretnej pojemności opakowanie, no i atomizer! Atomizer fajna rzecz, pod warunkiem, że… sprawnie działa ;) Bo tu pojawił się problem już od pierwszego użycia, korek zamiast po naciśnięciu wrócić natychmiast do pozycji wyjściowej, daje sobie czas, każdorazowo muszę więc przywracać go do pionu. Cóż, mój pech.


Dermalogica Multi-Active Toner


Pechem jednak nie mogę już nazwać działania. I choć początkowo używało mi się go bez większych emocji (zero plusów, zero minusów, czysta karta), to po pewnym czasie tonik zaczął mi po prostu przeszkadzać. Przeszkadzał mi jego intensywny, gorzkawo-cytrusowo-sztuczny zapach; przeszkadzały mi minuty, których ów potrzebuje na wniknięcie w skórę; przeszkadzało mi jego działanie. No i przeszkadzał mi zepsuty korek.
Szans na odkupienie win dawałam mu naprawdę sporo. Próbowałam używać w różny sposób, z różną częstotliwością i w różnych kremowych kombinacjach. Efekty zawsze były takie same. Próżno szukać tu doznania zrelaksowania cery, nawilżenie jest krótkotrwałe, a wchłanianie, jak już wspomniałam, ciągnie się całymi minutami. Może to mieć swoje plusy, bo wedle zasady, którą kieruje się również Dermalogica, krem nakładany na mokrą od toniku skórę wykazuje skuteczniejsze działanie. W tym przypadku jest dla mnie jednak… zbyt mokro. I nieważne, czy w celu aplikacji użyję atomizera pozostawiającego spore krople na twarzy, czy bawełnianego płatka, który powoduje, że produkt delikatnie się pieni. Poza tym zdarzyło mi się również odczuć pieczenie skóry, działo się to z rzadka, ale jednak nie jest to działanie pożądane, tym bardziej, że Multi-Active Toner ma być produktem delikatnym, do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery.
Na chwilę obecną nie dostrzegam w tym kosmetyku żadnych plusów. Dalece rozmija się z moim rozumieniem toniku i oczekiwaniami, które przed takim kosmetykiem stawiam.

Apeluję, nie dajcie się zwieść! ;)

A może znacie Multi-Active Toner i macie o nim inne zdanie? Podzielcie się proszę opiniami na temat Waszych ulubionych toników :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 7 listopada 2014

Rituals..., Himalaya Scrub

Rituals..., Himalaya Scrub
Uwielbiam! Tym jednym słowem mogłabym skwitować cały zastęp walorów, które odnotowałam podczas używania solnego peelingu do ciała od Rituals, Himalaya Scrub. Iście niebiańska przyjemność, wprost spod dachu świata ;)

Wiecie, jak szerokie zastosowanie ma sól himalajska? Pielęgnacja skóry i leczenie podrażnień, kuracje antycellulitowe, inhalacje, czy pomoc w procesie detoksykacji organizmu - to zaledwie część zabiegów, w których znajduje przeznaczenie. Dodajmy do tego obłędny aromat i kilka wartościowych olejków, a gwarancję wzniesienia się na wyżyny pielęgnacyjnej przyjemności otrzymamy wraz z pierwszym uchyleniem wieka, pod którym ów skarb się ukrywa.
O tak! Zaspokojenie zmysłów jest wpisane w każdy łazienkowy seans z użyciem Himalaya Scrub. To niczym wydobywanie rozkoszy z pudełka! I wierzcie mi, nie przesadzam ani trochę :)




Ponad wszelkim zachwytem trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy - solne scruby można kochać albo zdecydowanie ich unikać, a to wszystko zależy głównie od rodzaju skóry. Typom grubszym, odpornym na siłę tarcia, z pewnością spodoba się metoda złuszczania tą naturalną substancją, natomiast cienkie, z kruchymi naczynkami powinny ostrożnie temat interpretować, zwłaszcza, jeśli do czynienia mamy też z podrażnieniami. Innych wad, czy kwestii podlegających szerszym rozważaniom w tym przypadku nie upatruję :)

No dobrze, ale czym się tak zachwycać?!, pewnie zapytacie. Peeling, to peeling, ma pozbyć się martwego naskórka, ma wygładzić, pobudzić krążenie i… no i właściwie… to tyle? Owszem, lecz czymże byłaby ta kosmetyczna rzeczywistość bez odrobiny pikanterii? Przecież dbanie o skórę nie musi być jedynie zwyczajnym obowiązkiem, wykonywanym mechanicznie z wyciszonymi zmysłami powonienia, dotyku… No i poczucia estetyki. Wszak milej korzysta się z rzeczy odpowiadających również naszym wizualnym gustom, prawda? O aromaterapii nie wspominając.
I właśnie za to lubię ten kosmetyk. Za piękne opakowanie, które zdobi, cieszy oczy i zachęca do czerpania zawartości. Za obłędny, uzależniający zapach, w którym można się zatapiać nieskończenie. I za działanie, oczywiście!

Himalaya Scrub (18.50€/450g) z całą pewnością nie należy do delikatnych. W paradnym słoiku mieści się prawdziwy pogromca niechcianego naskórka. Złuszczymy nim stopy, kapryśną skórę łydek, wymasujemy plecy, skutecznie pobudzimy krążenie na problematycznych obszarach ud i pośladków, a także, z dozą odpowiedniej delikatności, zadbamy o aksamitność dekoltu. Każdy centymetr naszych ciał winien być dzięki niemu doskonale wypielęgnowany.
I tak też jest w moim przypadku - odrobinę tej wymieszanej z dobroczynnymi olejkami soli wmasowuję w delikatnie zwilżoną skórę, zaczynając od dolnych partii ciała, cały czas dostosowując siłę nacisku kryształków do obszaru, który peelinguję. W trakcie tej czynności w całej łazience unosi się wspaniały zapach, cudowna mieszanka nie podobna do niczego, z czym miałam wcześniej styczność. Znajdziemy tu różę, trochę brzoskwini, słodkie migdały i miętę. Intensywny aromat natychmiast rozprasza się w powietrzu, jednak ośrodkiem największej jego koncentracji staje się skóra, która nie dość, że na długie godziny okryta zostaje tym boskim bukietem, to zyskuje też idealną gładkość i nawilżenie bez najmniejszego poczucia oblepienia. Co więcej! Dzięki zawartości olejku miętowego otrzymuję poczucie przyjemnej lekkości i delikatnego chłodzenia. Wyobrażam sobie, jak cudownie jest dogadzać sobie w ten sposób w trakcie upalnych, letnich wieczorów :)

Na chwilę obecną to mój zdecydowany faworyt wśród peelingów do ciała. Na dalszą pozycję przesunął nawet mojego ulubieńca z Phenome, Nourishing Deeply Sweet Scrub <klik>. Jest moc i chęć na więcej!
Pozostaje mi tylko żałować, że dostęp do marki Rituals mamy tak bardzo w Polsce ograniczony.

Ogromnie polecam!
Znacie kosmetyki Rituals? Macie wśród nich swoich ulubieńców? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

niedziela, 2 listopada 2014

Phenome, Regenerating Hair Mask

Phenome, Regenerating Hair Mask
Co lubicie w swoich włosach? To, że są gęste i nie musicie zabiegać o każdy dodatkowy kosmyk? Czy to, że z łatwością poddają się wszelkim fryzjerskim rozwiązaniom? A może błyszczą tak oszałamiająco, że z miejsca dodają Waszym twarzom promienności? :) Zakładam, że każda z nas za coś je lubi. A choćby i za to, że po prostu… są.
Wiem jednak, że nawet pomimo całego zastępu walorów, u większości znajdzie się też coś, co dręczy, męczy, gnębi, denerwuje. A to zbyt suche końcówki, brak blasku, niesforne baby hair, szybko przetłuszczająca się skóra głowy, albo puch rosnący w siłę wraz z każdym podmuchem wilgotnego powietrza (tak, przetrwałam to wszystko). Na szczęście sprawa nie jest stracona, bo niemal każda taka bolączka ma szansę zostać rozwiązana, również dzięki dobrej pielęgnacji. Czasami wystarczy umiejętnie poszukać i uzbroić się w cierpliwość, by następnie poddać kosmetyk starannym eksperymentom. I choć brzmieć to może nazbyt kwieciście, zapewniam Was, że warto taki kierunek obrać!

Oj długa była moja wędrówka na tym poznawczym szlaku. Nadzieję na przywrócenie włosom dawnej świetności obudziły we mnie dopiero wspomniane eksperymenty i … naturalna ich pielęgnacja. Bo, nie boję się tego głośno powiedzieć, to właśnie naturalne kosmetyki (wespół z mą cierpliwością) sprawiły, że dziś nie wpadam w czarną rozpacz po każdym zetknięciu z lustrzanym odbiciem mojej niewystylizowanej fryzury. A ewolucja fryzjerskich opinii (z: „Och, tak, rzeczywiście, suche, zniszczone… Potrzebują cięcia i głębokiej regeneracji!” na: „Oooch! Jakie miękkie, gładkie… Jak pani to zrobiła?!”) tylko to potwierdza :).
Zaś na potwierdzenie powyższej, naturalnej tezy, opowiem Wam dziś trochę o jednej z moich ulubionych masek do włosów - regenerującej propozycji od Phenome.




Zacznę od tego, że po raz pierwszy zetknęłam się z nią jakieś trzy lata temu. I choć była to zaledwie próbka, zaledwie jedno użycie, to, nie czując się zachęcona, zaniechałam dalszego poznania. Po której stronie leżała wina? Nie wiem, pamiętam tylko, że do zachwytu było mi daleko. Tak się jednak stało, że jakiś czas po tej pierwszej próbie, maska dostała ode mnie kolejną szansę, potem jeszcze jedną, a teraz? Cóż, teraz wiem, że ta receptura zostanie ze mną na długo!

Oprócz imponującego składu, przyjemnego dla oka designu, docenianego przez nos zapachu oraz miłej dla zmysłów konsystencji, kosmetyk ten może mieć kilka zastosowań. Ja doszłam do dwóch, przy czym nie każdy sposób okazał się dla mnie tak samo słuszny. Najmniejszą skuteczność odnotowałam podczas użycia maski według zaleceń producenta - przed umyciem włosów szamponem. Mam wówczas wrażenie, że większość mieszczącego się w tej mieszance dobra umyka wraz z działaniem detergentu myjącego. Na pewno będzie to dobre wyjście dla kosmyków bardzo cienkich i niezwykle podatnych na obciążanie, gdyż przyjmą to, czego potrzebują, nadmiar zaś, po kilkudziesięciu minutach, zostanie po prostu usunięty. Natomiast dla włosów bardziej wymagających doskonałym wyjściem może okazać się metoda OMO z udziałem Regenerating Hair Mask (maska-szampon-odżywka).




Przejdźmy jednak do mojej ulubionej metody, którą jest tradycyjne odżywianie kosmyków po uprzednim ich oczyszczeniu. Takie zastosowanie maska znajduje u mnie raz/dwa razy w tygodniu. Nakładam ją wówczas na 15-30 minut, w zależności od tego, jaką ilością czasu dysponuję, przy czym 15-minutowy seans uważam za minimum, 30-minut zaś to optimum, więcej właściwie nie potrzebuję. Dodam jeszcze, że najpiękniejsze efekty uzyskuję, gdy pozwalam wyschnąć kosmykom naturalnie (zresztą, tak, jak w przypadku każdego kosmetyku pielęgnacyjnego - dlatego w miarę możliwości stronię od suszarki :)).
Po tej mało wymagającej ode mnie czynności moje włosy wyraźnie zyskują! Przyjemnie pachną (świeżo, trochę kwiatowo, odrobinę ziołowo, bardzo subtelnie), świetnie się układają, ładnie błyszczą, są miękkie i wygładzone - otrzymuję więc wszystko to, czego oczekuję. Nie mam problemu z rozczesaniem, czy obciążeniem, a zaznaczam, że maskę aplikuję na całą długość włosów, nie omijając skóry głowy.
Dłuższe, regularne stosowanie z pewnością przyczynia się do poprawy kondycji włosów, to trafione uzupełnienie regenerującego planu, zwłaszcza, że receptura ta wyraźnie pomaga chronić końcówki przed nachalnym rozdwajaniem. To jeden z najlepszych naturalnych odżywczych kosmetyków, jakich używałam. Stałe miejsce na mojej łazienkowej półce murowane :) Polecam!


Znacie? Macie na oku? A może polecacie coś innego? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 20 października 2014

Dermalogica, Gentle Cream Exfoliant

Dermalogica, Gentle Cream Exfoliant
Złuszczam skórę na potęgę! Właściwie jestem już od tego uzależniona, to absolutna podstawa wszystkiego. Cera, która dławi się martwym naskórkiem nie może wyglądać dobrze. A taki jej typ, jaki przypadł mnie w udziale (tłusta i trądzikowa) nie jest w stanie poprawnie funkcjonować bez systematycznych peelingów. Z tego też powodu w mojej kosmetyczce zawsze znajdzie się asortyment odpowiedniego kalibru - od mechanicznych scrubów, przez enzymatyczne maski, po efektywne w działaniu hybrydy.
O hybrydzie już było <klik>, na mechaniczną tradycję też przyjdzie dzień, a tymczasem opowiem Wam trochę o moim aktualnym enzymatycznym pomocniku. Ba, o wybawicielu moim!

Gentle Cream Exfoliant (145 zł/75ml) jest produktem niezwykłym i to mogę już w pierwszych słowach ogłosić. Marka Dermalogica stworzyła go z przeznaczeniem dla każdego rodzaju skóry, lecz te co wrażliwsze powinny uprzednio zapoznać się ze składem, ponieważ wiem, że tolerancja na kwasy przyjmuje różne oblicza. A te (kwas mlekowy i salicylowy) wespół z roślinnymi enzymami (papaina i bromelaina) tworzą tutaj eksfoliującą bazę. Jest się zatem czym złuszczać :)



Dermalogica, Gentle Cream Exfoliant


Peeling ma postać gęstego kremu, którego naprawdę niewiele trzeba, aby należycie zająć się skórą. Po dokładnym oczyszczeniu nakładam więc cienką jego warstwę na twarz i szyję i pozostawiam na około 30 minut. Początkowo da się odczuć delikatne szczypanie (charakterystyczne dla kwasów), nie jest ono ani uciążliwe, ani długotrwałe, nie należy więc wszczynać paniki, wystarczy przeczekać, zwłaszcza, że efekt końcowy puszcza w niepamięć te drobne niedogodności.
Po półgodzinnym seansie skóra jest fantastycznie zmiękczona, wygładzona, oczyszczona i rozjaśniona, jej koloryt z miejsca  wyrównany, a wszelkie wypryski ulegają zmniejszeniu. Gentle Cream Exfoliant z pewnością docenią wszystkie osoby borykające się z trądzikiem, bowiem regularne stosowanie tego specyfiku pozwala na ograniczenie powstawania zmian skórnych oraz szybsze ich gojenie. Proces pojawiania się ewentualnych krost przebiega zauważalnie łagodniej, a dodatkowym plusem tego peelingu jest czas utrzymania się efektu wygładzenia do dwóch dni (co w moim przypadku jest nie lada osiągnięciem). Dodam, że po domowym zabiegu z Gentle Cream Exfoliant nie odczuwam przykrego w skutkach przesuszenia skóry, czy jej mocnego ściągnięcia. Zero podrażnień, zaczerwienień, tylko doskonałe rezultaty, których trudno nie docenić. Absolutny numero uno!

Ogromnie polecam tę propozycję - i nie tylko zwolennikom enzymatycznych peelingów! To genialny kosmetyk z działaniem najwyższych lotów.


Jak często złuszczacie cerę? Macie ulubieńców w kategorii enzymatycznych peelingów?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

piątek, 10 października 2014

Phenome, Warming All-Body Butter

Phenome, Warming All-Body Butter
Coraz dotkliwszy wieczorny chłód za oknem oznacza jedno. Lato definitywnie za nami. Lubię tę porę roku i pewnie wkrótce za nią zatęsknię, lecz zawsze cieszy mnie związana z różnymi sezonami metamorfoza otoczenia, zmiana powietrza, wymiana ubrań i kolorów, którymi się otaczam. Zwolennikom upalnych dni życzę więc rychłego doczekania się ich powrotu, a przy tej okazji chcę zwrócić Wam uwagę na umilacza jesiennych wieczorów, który może choć trochę osłodzi przeżycie niższej temperatury, obfitych opadów i jednostajnych barw :)

Rzecz jasna, mowa o efektywnej pielęgnacji ciała. Bo cóż może być przyjemniejszego, niż przytulny wieczór spędzony w miękkim szlafroku przy akompaniamencie stukającego o szybę deszczu? A miękka, wypielęgnowana skóra jest w tym scenariuszu obowiązkowa! ;)




Phenome wie jak rozpieścić. I ciało i umysł. Wspaniałe składniki, eleganckie opakowania, znakomite formuły i efektywność.
Warming All-Body Butter, czyli masło mandarynkowo-imbirowe towarzyszy mi już od kilku tygodni, po tym, jak całkiem niespodziewanie wpadło w moje ręce. Przyznam, że kupiłam je nieco w ciemno, na szybko (niedokładnie) zapoznawszy się z zapachem. W domu okazało się bowiem, że mój nos spłatał mi małego figla, gdyż aromat wykazał tym razem więcej roślinnych tonów, aniżeli otulającego, ciepłego aromatu, którego ostatecznie się spodziewałam. Rozczarowanie szybko mi jednak minęło, bo…






Po pierwsze - konsystencja. Niesamowicie przyjemna, kremowa, lekka, lecz jednocześnie treściwa i bogata w przyjazne dla skóry masła (shea, shorea), oleje (m.in. arganowy, makadamia, jojoba, ze słodkich migdałów) oraz ekstrakty (z mandarynki, z imbiru, czy słodkiej pomarańczy).

Po drugie - wydajność. Niesamowita! Masła używam już od kilku tygodni, a ono ciągle jest :) Dzięki wyżej wspomnianej, lekkiej konsystencji i całkiem treściwej formule, kosmetyk ten nie wymaga użycia w dużej ilości. Niewielka porcja wystarcza do nawilżenia wybranych partii ciała, bez poczucia oblepienia, czy niedostatecznego nawilżenia.

I po trzecie - działanie! Moja skóra na ciele nie jest bardzo problematyczna, ale potrafi dać w kość, jeśli z jakichś powodów ją zaniedbam, o czym zresztą kilkakrotnie już wspominałam. Odkąd masło Warming wzbogaca moją pielęgnację, nie mam z nią żadnego problemu. Ramiona i łydki (czyli najbardziej kapryśne u mnie partie) są w stanie idealnym, bez suchych miejsc, miękkie, gładkie i odpowiednio nawilżone. Produkt świetnie radzi sobie z podrażnieniami wywołanymi depilacją, momentalnie je łagodzi i przynosi ukojenie. Jest zadowolenie, jest przyjemność, są efekty i jest relaks.
Po tej kilkutygodniowej znajomości nie mam mu nic do zarzucenia, gdyż nawet zapach ostatecznie zaskarbił sobie moją sympatię - jest wyraźnie imbirowy, z wyczuwalną nutą mandarynki, okraszony aromatem zielonej herbaty. Na pewno może przyczynić się do szybkiego zrzucenia z siebie zebranego podczas jesienno-zimowego spaceru chłodu, ale masło samo w sobie, przynajmniej dla mnie, nie ma właściwości rozgrzewających skórę, nie trzeba się więc obawiać nieprzyjemnych, niekontrolowanych grzewczych reakcji :)
Polubiłam bardzo i równie mocno Wam je polecam. Uprzedzam jednak! Zapoznajcie się wcześniej z zapachem, bo nie jest przewidywalny i nie każdemu nosowi musi się spodobać :)


Jaki jest Wasz sposób na chłodne, jesienne wieczory? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 8 października 2014

Bobbi Brown, Blush Pale Pink

Bobbi Brown, Blush Pale Pink
Hm? Makijaż bez różu? To tak się da?!

Dekorowanie policzków to chyba moja ulubiona czynność podczas codziennego rytuału upiększania. Moment, w którym twarz zyskuje zupełnie innego wyrazu. Pędzel zanurzony w różu pełni rolę czarodziejskiej różdżki, która automatycznie, wraz z delikatnym jej dotknięciem sprawia, że zmęczenie ustępuje miejsca wigorowi. Cel osiągnięty :)

Róże od Bobbi Brown bardzo sobie cenię. Paleta kolorystyczna jest imponująca, a każdy zawarty w niej kolor urzeka czymś szczególnym. Jeśli szukacie dla siebie odcienia idealnego, nieszablonowo zinterpretowanego, takiego, którego próżno szukać wśród innych marek, zerknijcie do Bobbi. Zaprawdę, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam to, czego szukaliście od dawna :)




Jakiś czas temu pokazywałam Wam jednego z moich ulubieńców ostatnich lat, Shimmer Blush w odcieniu Coral <klik>, a dziś zapraszam Was na krótką prezentację matowej różowej odsłony, cudownego odcienia Pale Pink (120 zł/3.7g).

Kolor sam w sobie jest dość niespotykany i często typowany przez zwolenniczki kosmetyków Bobbi jako ich faworyt. Nic dziwnego, bo ten intensywny, zimny róż, o mocnych, niebieskich tonach potrafi w jednej chwili przeobrazić zmęczoną, przezroczystą twarz w ucieleśnienie niewinnej dziewczęcości. Szczyt swoich możliwości pokaże najlepiej jako ozdobnik jasnych karnacji - nałożony lekką ręką sprawi, że cera wyglądać będzie jak ta obudzonej z głębokiego snu Śnieżki. I to bez gorących pocałunków przystojnego księcia ;) Nie oznacza to jednak, że Pale Pink nie sprawdzi się u posiadaczek ciemniejszego koloru skóry. Według mnie najpiękniej wygląda przy akompaniamencie mroźnego powietrza, gdy wszystko wokół opatulone jest białym, śnieżnym puchem i właśnie w tym chłodnym okresie najchętniej po niego sięgam. Z drugiej jednak strony, ani trochę nie przeszkadza mi to woalować nim twarzy latem, gdy skóra poddaje się działaniu słonecznych promieni. Każdą porę roku mogłabym zmalować tym kolorem :) Najczęściej róż ten zestawiam z pomadkami w chłodnych odcieniach różu (np. MAC Creme Cup) lub kolorami nude, które stanowią idealne dla niego tło.




Kwestie techniczne są tutaj na najwyższym poziomie, bowiem zarówno poziom pigmentacji, jak i wydajność nie zawodzą. Do jednorazowej aplikacji wystarczy zaledwie odrobina kosmetyku, który nałożony na policzki trwa na nich od rana do momentu demakijażu. Nie blaknie i dobrze trzyma się skóry, z którą pięknie się stapia, bez widocznej pudrowej warstwy.
Luuuubię!



Który róż jest obecnie Waszym faworytem? Macie ulubione odcienie na zbliżającą się chłodną porę roku? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

czwartek, 2 października 2014

Becca, Shimmering Skin Perfector™ Pressed, Moonstone

Becca, Shimmering Skin Perfector™ Pressed, Moonstone
Odkąd pamiętam, gdy w grę wchodził dodatkowy błysk na twarzy, moje ciągoty do kosmetycznej degustacji z miejsca słabły. „To po prostu nie może się udać”, myślałam. Moja wybitnie tłusta cera dostarczała mi wystarczająco dużo nadprogramowego błysku, nie wyobrażałam sobie więc, by to zjawisko w jakikolwiek sposób podsycać. Jak się okazuje, do czasu - wszak pięknu nie można się wiecznie opierać, prawda? :) Kiedy więc trafiłam na cudownie świetlisty asortyment marki Becca, poszłam po rozum do głowy i z kilku przepięknych propozycji, wybrałam dla siebie Shimmering Skin Perfector™ Pressed. Zdecydowanie się na tę konkretną formułę wcale nie było proste, gdyż do wyboru są dwie opcje - płyn i puder. Rozświetlacze w kamieniu to stosunkowa nowość marki, podczas gdy Shimmering Skin Perfector w płynie zdążył zasłużyć już na miano produktu kultowego. Z racji tego, że zwycięzca mógł być tylko jeden, po rozważeniu wszelkich za i przeciw, przygarnęłam puderniczkę pełną pięknego odcienia Moonstone.







I tu zaczęła się magia :) Zawartość charakterystycznej dla marki Becca puderniczki przywodzi na myśl zmrożonego szampana. To piękny, złotawy odcień, który biegnie w stronę tonów neutralnych, wspaniale ozdobi nawet jasne karnacje. W przypadku osób o wyraźnie chłodnym kolorycie może okazać się odrobinę zbyt ciepły, ale i tak uważam, że warto się z nim zapoznać, bo sprawa wcale nie jest tu przesądzona.


Niestety, nie udało mi się oddać rzeczywistego odcienia Moonstone na zdjęciach. Dla porównania, jest znacznie chłodniejszy od słynnej Mary-Lou od The Balm.


Formuła pudru jest bardzo delikatna, trochę mokra i nieco kremowa. Aplikacja przebiega niezwykle łatwo i przyjemnie, kosmetyk bajecznie się rozciera, nie zostawiając błyszczących plam na twarzy. Przy wszystkich tych udogodnieniach trzeba jednak uważać, gdyż odznacza go stosunkowo mocna pigmentacja, co dla początkujących w temacie może okazać się kłopotliwe. Troskę tę rozwiązuje umiar i odpowiedni pędzelek (w moim przypadku świetnie sprawdza się Eye Blender ze stajni Bobbi Brown). Warto znaleźć swoją technikę, bo po dokonaniu czynności aplikacyjnych czeka nas nagroda :) Rozświetlacz na skórze wygląda tak, jak powinien - zapewnia piękną taflę, bez rzucających się w oczy drobinek. Owszem, w ostrym słońcu, czy mocnym, sztucznym świetle, da się zauważyć bardzo drobny shimmer, lecz tylko z odpowiednio małej odległości. W każdych innych warunkach kosmetyk daje wrażenie naturalnego błysku od nas bijącego. Brak tu przesady, czy mocnej, perłowej poświaty. Jest piękno w cudownej oprawie.




Becca oferuje Shimmering Skin Perfector™ Pressed (165zł) w czterech różnych odcieniach i każdy, powtarzam, każdy jest godny uwagi :)) Moim kolejnym celem jest jedna z wersji płynnych. Miałam okazję testować dwie i doskonale wiem, skąd to wszechobecne ich uwielbienie... Ciąg dalszy więc nastąpi :>


Znacie markę Becca? Lubicie rozświetlacze?



Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

wtorek, 30 września 2014

Dermalogica, Daily Microfoliant

Dermalogica, Daily Microfoliant
O złuszczającym proszku po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu. Zupełna nowość, zastanawiające użycie - bo z czym to mieszać, jak i kiedy stosować, no i wreszcie - czego oczekiwać? Niepozorna rzecz o nowatorskiej formie, która budziła tyleż samo ciekawości, co konsternacji. Takie historie mogą mieć różne zakończenie, ale jednym z punktów obowiązkowych w tym labiryncie zmieszania jest próbowanie. Niech żyje dociekliwość ;))

Obecnie podobnych w postaci kosmetyków jest naprawdę sporo – mniej lub bardziej delikatne, z odmiennymi aktywnymi składnikami, do stosowania codziennego lub okazjonalnego. Jestem pewna, że każdy mógłby znaleźć coś na swoją miarę.




Daily Microfoliant spod szyldu Dermalogica był dla mnie tym, który przetarł i zalał blaskiem ten szczególny szlak. Zaczęłam wówczas powściągliwie, od zakupu kilku próbek. Później poszła już fala :) Dlaczego?

To jeden z tych produktów, które albo się kocha albo nienawidzi. To jeden z tych produktów, które albo działają fantastycznie albo sieją spustoszenie, pozostawiając po sobie ogromny niesmak i oziębłość w stosunku do firmy, która je sformułowała. W moim przypadku, jak się pewnie domyślacie, od wstępnego już kontaktu z tą przedziwną dla mnie wtedy formą, odzwierciedlenie znalazł pierwszy, gorącym uczuciem utkany scenariusz. 

Wraz z pierwszym już bowiem użyciem okazało się,  że to,  nad czym wisiał największy znak zapytania, wcale nie jest skomplikowane. Ba, wcale nie wymaga uwagi, czy kilkuminutowych czynności przygotowawczych. Wszystko, co należy zrobić, to wysypać niewielką ilość w zagłębienie dłoni, dodać odrobinę wody, rozprowadzić mieszankę pomiędzy dłońmi i tak przygotowanym kosmetykiem masować przez chwilę zwilżoną uprzednio skórę. Proste, prawda? 

Po tym krótkim masażu delikatną pianką, usianą równie subtelnymi ścierającymi drobinami (które wraz z rzeczonym masażem ulegają rozpuszczeniu) istnieją dwie dalsze możliwe drogi -natychmiastowe zmycie wmasowanej mieszaniny, bądź pozostawienie jej na kilka minut (1-5). Niezależnie od tego, którą drogą podążymy, efekt dostrzeżemy natychmiastowo po zmyciu - cera gładka, oczyszczona i pozbawiona wszelkich niechcianych suchych skórek. 
Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że produkt ‘w obejściu’ jest stosunkowo delikatny - nie drapie skóry i nie rozdrapuje ewentualnych wyprysków. Po drugiej stronie medalu leżą jednak chemiczne reakcje, które odpowiedzialne są za rozpuszczanie martwego naskórka - a te, ze względu na skład produktu, wcale nie muszą okazać się subtelnością. Tutaj wszystko zależy od stopnia wrażliwości skóry na poszczególne komponenty zastosowane w procesie produkcji (m.in. enzymy ryżowe, papaina, czy kwas salicylowy). Od tej bezpośrednio uzależniona jest również częstotliwość stosowania Daily Microfoliant w powszedniej pielęgnacji. Owszem, kosmetyk ten dedykowany jest codziennemu użyciu, lecz do tego przykazania radzę podejść z dystansem, może się bowiem okazać, że ‘cudowny produkt’, zamiast przynieść pomoc, zaszkodził. Należy więc trzymać rękę na pulsie i nie dopuścić do przesuszenia skóry, a jeśli takowe się pojawi - zmniejszyć częstość używania.


Dermalogica, Daily Microfoliant


Przechodząc jednak do sedna. Daily Microfoliant używam obecnie od pięciu miesięcy, a zastosowanie w mojej pielęgnacji znajdował różne. Początkowo sięgałam po niego każdego ranka, później tylko wówczas, gdy czułam potrzebę dodatkowego złuszczenia cery, obecnie zaś proszek ten odnajduje powołanie w mej pielęgnacji wieczornej, średnio co dwa dni. I myślę, że tak już pozostanie, bowiem w roli głównego elementu w procesie oczyszczania (dni bez makijażu), bądź dodatkowego ogniwa w stosowanym przeze mnie wieloetapowym demakijażu, pokazuje doskonale, na co go stać. Tak, jak już wyżej wspominałam, każdy jednorazowy seans z DM zapewnia mojej cerze taki stopień oczyszczenia, jakiego oczekuję, gładkości, której poszukuję oraz ułatwienia pochłaniania przez skórę produktów, którymi następnie ją raczę. Daily Microfoliant jest również moim ulubionym sposobem na przygotowanie cery pod wszelkiego rodzaju maseczki.

Jednorazowe, natychmiastowe efekty nie są jednak szczytem, którego winniśmy od tego kosmetyku oczekiwać (czego zresztą, w tej cenie - 199 zł/75g, nie przełknęłabym), a zobowiązuje nas do tego obietnica producenta o rozjaśniającym działaniu Skin Brightening Complex™. Po kilkumiesięcznym, regularnym stosowaniu, zdecydowanie mogę przyznać marce order za prawdomówność ;) Świeże przebarwienia potrądzikowe szybciej u mnie znikają, a te będące ze mną dłużej, stopniowo bledną. Koloryt cery jest wyrównywany, skóra zyskuje na świetlistości, a co jeszcze bardziej mnie cieszy - produkt działa na usadowione w porach zaskórniki, których ilość, dzięki niemu, ulega redukcji.
Ja jestem na tak!


A jakie jest Wasze ustosunkowanie do złuszczających kosmetyków w proszku? Macie swoje typy?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

piątek, 26 września 2014

Chanel, Rouge Allure Séduisante

Chanel, Rouge Allure Séduisante
Séduisante to słowo naładowane feerią przymiotów. Uroczy, czarujący, urzekający. To pełnia wdzięku. Doza niewinności, szczypta uwodzicielstwa, słodycz dziewczęcego uśmiechu i zalotne spojrzenie radosnej kobiety.
Séduisante w wydaniu Chanel musi być właśnie takie - czarowne, lekkie i kobiece. Eleganckie i aluzyjnie zmysłowe. Nie ma tu przepychu i oczywistości. Jest wyważona delikatność, lecz bynajmniej, nie krucha. Tu jest siła i stabilność - tu są sprzeczności budujące ideał :)

Pomadki Chanel od kilku lat odkrywają przede mną swoje tajemnice, a seria Rouge Allure, z szeregów której wywodzi się ten pięknie nazwany odcień, moje serce zdobyła wraz z pierwszą nabytą przeze mnie sztuką, od razu. Otrzymujemy tu bowiem luksusową kremowość, cudowne kolory, komfort użytku, a największe estetki na pewno docenią też eleganckie opakowanie, które może stać się ozdobą każdej kosmetyczki.





Séduisante to wspaniały, nieco przygaszony róż o raczej neutralnych tonach. Pięknie ożywia twarz i pomimo swego wyraźnego koloru nie krzyczy, przeciwnie - stanowi uzupełnienie urody wtapiając się w każdy wykonany makijaż. To kolor, który potrafi wizualnie rozświetlić i obudzić - wybawca po ciężkiej nocy, czy w czasie choroby, kiedy dodatkowy zastrzyk energii jest wartością bezcenną.

Formuła pomadki jest obłędnie kremowa, niemal niewyczuwalna na ustach. Z pewnością ich nie wysusza, a spierzchnięte wargi relaksuje natychmiast po aplikacji. Nie ma tu problemu podkreślania suchych skórek, czy przemieszczania się poza wyznaczony kontur. Wypośrodkowana pigmentacja pozwala na stopniowanie intensywności efektu, a ten jest na tyle trwały, by dzielnie zdobić usta pomiędzy posiłkami, bez poprawek. Znika zaś równomiernie, i co ważne - w trakcie nakładania nie wymusza współpracy z lusterkiem.
Uwielbiam za wszystko!






Znacie szminki Chanel? Macie jakieś ulubione? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

czwartek, 11 września 2014

Dermalogica, Clearing Skin Wash

Dermalogica, Clearing Skin Wash
Jeśli jesteście ze mną od dłuższego czasu, to możecie podejrzewać, że mam bzika na punkcie oczyszczania cery. Podkreślałam już zapewne parokrotnie, że do codziennych czynności podchodzę z uwagą – wieloetapowy demakijaż, złuszczanie, nawilżanie, ale i dokładne mycie, także rano. Nie ma mowy, abym pominęła tę kwestię, ba, nie ma mowy, aby żel i wodę zastąpił mi micel, czy tonik. Dlatego też, po kilku mniej lub bardziej dokuczliwych wpadkach (Fitomed, patrzę na ciebie!), staram się coraz uważniej dobierać również preparat do mycia twarzy.

Kilka miesięcy temu, na fali ogromnego zaciekawienia asortymentem marki Dermalogica, mój wzrok niemal w pierwszej kolejności powędrował właśnie w stronę preparatów oczyszczających do codziennego użytku. Po głowie chodziły mi dwa produkty, lecz po dłuższym zastanowieniu w koszyku wylądował Clearing Skin Wash z serii Medi Bac dedykowanej stricte cerom trądzikowym.




Producent opisuje go jako łagodny, naturalnie pieniący się płyn myjący, który dzięki zawartości kwasu salicylowego oczyszcza ujścia mieszków oraz eksfoliuje czopy blokujące – coś w sam raz dla mnie! Kwas salicylowy, często rekomendowany w walce z trądzikiem, znajdziemy tu w stężeniu 0.5%. Jego działanie wspomożone zostało przez lukrecję, rumianek, łopian, ostropest plamisty i nagietek, co w połączeniu ma działać przeciwzapalnie i jednocześnie wspomagać procesy gojenia zmian skórnych. Ponadto formułę uzupełniono o ekstrakty z drzewa herbacianego, eukaliptusa oraz gorzknika kanadyjskiego, które to eliminują bakterie, zaś obecne tu także kamfora i mentol koją stany zapalne. Mamy tu więc sporo dobroci, na których oczy i nadzieje z pewnością zawiesi wiele osób borykających się z niedogodnościami, jakie niesie za sobą cera podatna na zmiany trądzikowe.


Dermalogica Clearing Skin Wash


Jak te nadzieje mają się w moim przypadku do otrzymanych rezultatów?
Żel już właściwie zużyłam, przetestowałam go w różnych warunkach i w obliczu różnych humorów mojej skóry. Oto kilka moich spostrzeżeń :)

Po pierwsze – opakowanie. Pudełko jest ładne i schludne, plastik porządny, ale… rzecz w tym, iż rozwiązanie z otwarciem ‘na klik’ przy tej pojemności (250 ml) i przy takim produkcie jest mało trafionym. Rzadko narzekam na podobne aspekty, ale w tym przypadku, bądź, co bądź, codzienne, utrudnione dozowanie żelu przeszkadzało mi na tyle, bym zechciała fatygować się przelewaniem go systematycznie do zastępczego, podróżnego opakowania z pompką – dopiero to zapewniło mi satysfakcję z technicznej strony ;) Po tym zabiegu mogłam się już skupić na rzeczy właściwej. A ta demonstrowała mi wzloty i upadki. Po pierwsze – moim zdaniem żel ten bez szkód znajdzie zastosowanie głównie w przypadku pielęgnacji cery tłustej, każdy inny jej rodzaj winien mieć się na baczności. Kwas salicylowy nie jest dla każdego, niestety, bowiem przy całej menażerii zasług potrafi jednocześnie dać w kość i wywołać mocne przesuszenie, a nawet podrażnienie. Zaleca się więc uwagę i rozważne zastosowanie, a przyznam, że tego mi na początku tej znajomości zabrakło. Wynikiem mojej zachłanności, objawiającej się stosowaniem Clearing Skin Wash rano i wieczorem, było pogłębiające się przesuszenie cery, głównie w okolicy brody, nosa, czy policzków. Cios zadany prosto w me kosmetyczne serce, bowiem urodziłam się z umiłowaniem uniwersalności, chciałabym więc, by preparat do mycia twarzy nadawał się bez przeszkód do codziennego, porannego i wieczornego rytuału. Nic z tego. W związku z powyższym, po przetasowaniu moich pielęgnacyjnych obrządków, żel usadowił się na pozycji głównego oczyszczacza w krokach podejmowanych wieczorami i w tej roli służył mi przez dobrych kilka miesięcy (5?).

W porządku, były upadki, teraz czas na wzloty, a jest się nad czym rozpływać! Zacznę od jego bardzo gęstej konsystencji, która czyni go tak wydajnym, i którego już niewielka ilość zapewnia poczucie dokładnego wypełnienia obowiązku wieczornego oczyszczenia. Tak, tę dokładność da się tu wyczuć. Nagromadzone w ciągu całego dnia sebum, środowiskowe zanieczyszczenia, czy resztki makijażu nie mają szans z tym produktem. Pieni się całkiem obficie, co czyni go świetnym kompanem wszelkich szczotek wspomagających oczyszczanie (z Clarisonic dogaduje się bez zarzutu), a poza tym cecha ta umożliwia też wykonanie dłuższego masażu twarzy, co ja za każdym razem uskuteczniam (niech te składniki na coś się zdadzą). Muszę Wam też napomknąć o jednej rzeczy, którą podczas jego stosowania zauważyłam – o tym, jak doskonale oczyszcza skórę, niech świadczy fakt, że często zdarzało mi się podróżować zostawiwszy szczotkę Clarisonic w domowym zaciszu. A efekty? Cóż, nie skłamię, mówiąc, iż faktyczne działanie żelu przeszło moje oczekiwania. Jego samodzielne funkcjonowanie mogę śmiało porównać do oczyszczania z udziałem fal sonicznych wyżej wspomnianego urządzenia. Warunkiem jest jednak poświęcenie chwili na wykonanie masażu (maksymalnie 5 minut), lecz czymże jest ten moment w obliczu odpowiednio oczyszczonej skóry? Po tak wykonanej pracy skóra odwdzięcza się czystością i gładkością. Nie jest to delikatny preparat, miejcie to na uwadze. Wrażliwym cerom nie polecam, jeśli jednak widzicie u siebie potrzebę porządnego oczyszczenia, oto opcja, którą warto rozważyć.

Wadą dla części z nas może okazać się cena (145 zł). Często pytacie mnie, gdzie kupuję kosmetyki marki Dermalogica. Zainteresowanych zapraszam na stronę polskiej perfumerii <klik>, gdzie zwykle upatruję 20% zniżki :)


Znacie? Jaki produkt obecnie króluje w Waszym codziennym oczyszczaniu? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

czwartek, 14 sierpnia 2014

REN, Clearcalm 3 Replenishing Gel Cream

REN, Clearcalm 3 Replenishing Gel Cream
Przyznam, że kupno nowego kremu do twarzy zawsze wiąże się u mnie z pewnym niepokojem. Ze względu na moją wymagającą cerę, jestem zmuszona bardzo uważnie wybadać obiekt ewentualnego eksperymentu, a po wybitnie nieudanej próbie z nawilżającym fluidem Mythos, która miała miejsce kilka miesięcy temu, jestem jeszcze bardziej ostrożna.

Z tą zakorzenioną ostrożnością przez chwilę przyglądałam się marce REN. Wahałam się pomiędzy dwiema propozycjami mającymi szansę wspomóc moją pielęgnację, lecz ostatecznie padło na serię Clearcalm 3, która stworzona została z myślą o cerach borykających się z niedoskonałościami.




Clearcalm 3 Replenishing Gel Cream, bo tak brzmi jego pełna nazwa, to produkt, który dzięki swej lekkiej, żelowo-kremowej konsystencji świetnie wpisał się w moją poranną pielęgnacyjną rutynę. W składzie ma sporo przyjaznych ekstraktów i olejków, w tym m.in. będący źródłem antyoksydantów olejek z żurawiny; przeciwzapalny olejek z szałwii lekarskiej; działający antybakteryjnie, pomagający ograniczyć wydzielanie sebum i rozjaśniający przebarwienia pozapalne ekstrakt z lukrecji; czy wyciąg z algi Laminaria Ochroleuca, który chroni przed poparzeniem słonecznym, koi i wspomaga gojenie.
Mamy tu więc mieszankę harmonizującą pracę skóry, działającą antybakteryjnie i przeciwstarzeniowo zarazem.




Kremu używam raz dziennie, rano, i w tej roli, również dzięki swemu dość wyraźnemu, cytrusowo-trawiastemu zapachowi, sprawdza się wyśmienicie. Cerę pozostawia optymalnie nawilżoną, nieco rozpromienioną i zdrowszą w odbiorze. Zaognione miejsca są ukojone, a zaczerwienienia złagodzone. Ponadto wchłania się w tempie ekspresowym, na finiszu otulając skórę delikatną warstwą ochronną, która, o dziwo, jest bardzo przyjemna, nawet dla tak tłustej cery, jak moja. Nie ma tu mowy o rolowaniu, brak tu też właściwości przyspieszających wydzielanie sebum, a z każdym zaserwowanym wcześniej serum (JMO Bearberry Oily Skin Balancing Face Serum bądź SkinCeuticals Phloretin CF) współpraca układa się wybornie. Jakże trafiony miks pielęgnacyjno-upiększający!

Dzięki tym wszystkim przymiotom krem doskonale sprawdza się jako baza każdego makijażu, umożliwia bowiem bezproblemową aplikację podkładu, który zyskuje świetną przyczepność, bez wspomnianego wcześniej, dokuczliwego rolowania, czy utrudnionego równomiernego rozłożenia go na twarzy. Przeciwnie! Na zawoalowanej nim cerze każdy kosmetyk kolorowy rozprowadza się bajecznie.
Plusem jest też zmyślne, plastikowe opakowanie, czyniące całość bezpieczną w podróży. Zaś pompka air-less pozwala na dozowanie takiej ilości kosmetyku, jaka jest nam w danej chwili potrzebna, bez marnotrawstwa, gdyż mechanizm działa bez zarzutu. Nie mogę też pominąć faktu, iż krem nie przyczynił się w żaden sposób do pogorszenia stanu mojej trądzikowej cery, a częścią mej pielęgnacji jest już od trzech miesięcy. W świetle powyższego zadowolenia wiem, że w przyszłości jeszcze po niego sięgnę.
Bardzo polecam! :)


Jaki krem do twarzy obecnie Wam towarzyszy?
Znacie markę REN? Polecacie coś? A może na któryś ich produkt macie szczególną chęć? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

sobota, 2 sierpnia 2014

Xen-Tan, Dark Lotion Weekly Self-Tan

Xen-Tan, Dark Lotion Weekly Self-Tan
Powodów, dla których lubię opaleniznę są dziesiątki. A dodam, że mogłabym je mnożyć nieskończenie, gdyż ten niepozorny detal zapewnia mi sporo korzyści. Dzięki niej wyglądam zdrowiej i szczuplej (o tak!), a muśnięte słonecznymi promieniami ciało, w mojej ocenie, zyskuje na apetyczności. Nasuwający się wniosek końcowy staje się argumentem atutowym - w stanie przybrązowienia czuję się po prostu lepiej :)

Pierwsze „ale” pojawia się jednak od razu po tym, gdy pomyślę o sprawie perspektywicznie. Przed oczyma staje mi obraz ekstremalnie pomarszczonej mnie za lat kilkadziesiąt. Po prawdzie, proces ten jest nieunikniony, lecz w świetle szeroko obecnie dostępnych informacji o szkodliwości promieni słonecznych, w miarę możliwości, staram się rozsądnie z ich urzędu korzystać; a że w odpowiednim czasie udało mi się dotrzeć po rozum do głowy, solarium również nie leży w kręgu moich zainteresowań. Ale, ale! Są jeszcze samoopalacze… I tu pojawia się drugie „ale”. Tym razem bardziej estetyczne, niż prozdrowotne. Okropny zapach, pomarańczowa skóra, brudne ubrania i nierównomierny koloryt. Te argumenty wystarczająco stopowały mnie przed sięganiem po kosmetyki ze słonecznych półek. Na szczęście moja ciekawość potrafi zaprowadzić mnie w miejsca znacznie przyjemniejsze, niż przysłowiowe bramy piekieł. Ba! Często udaje mi się nawet coś na tej chęci poznania ugrać. Tak właśnie było, gdy poznałam Xen-Tan - samoopalający balsam z prawdziwego zdarzenia. Przeciwieństwo wszystkich dotąd mi znanych samoopalaczy i zaprzeczenie wszystkich moich obaw ich dotyczących.




Kolor? Idealny, naturalny, oliwkowo-złocisty. Wreszcie mam to, co mi się podoba i w czym dobrze wyglądam. Nie muszę bezczynnie leżeć na piaszczystej plaży, by moja skóra przybrała letnie oblicze, nawet w środku zimy :) Aplikacja Xen-Tan jest wybitnie prosta - już świetna, lekka, kremowo-żelowa konsystencja ułatwia jego rozprowadzanie, a brązowy kolor produktu czyni to zajęcie banalnym. Pełna kontrola, brak smug, brak plam i równomierny koloryt całego ciała (a także twarzy!), który utrzymuje się 5-7 dni. Jednorazowa aplikacja zapewnia mi wygląd subtelnie muśniętej słońcem skóry, jeśli jednak mam ochotę na mocniejszy efekt, ponawiam czynność dnia kolejnego. Wówczas wiem, że muszę przygotować się na pytania o moje minione wakacyjne wojaże :)
Ogromnym, dodatkowym, całkiem zaskakującym plusem Xen-Tan Dark Lotion są jego właściwości pielęgnujące, bowiem dzięki zawartości kilku olejków pozostawia skórę miękką i przyjemnie nawilżoną. A wszystko to bez mocnego, przykrego, duszącego aromatu, który zwykle towarzyszy procesowi tworzenia na skórze wakacyjnego koloru.




Doprawdy, trudno mi doszukać się tutaj choć jednej negatywnej cechy, którą mogłabym zarzucić temu produktowi. Dla mnie został ideałem, obecna butelka jest moją kolejną i z pewnością nie ostatnią. Wam również go polecam :)


Macie swoich ulubieńców w temacie kosmetyków samoopalających? A może znacie asortyment Xen-Tan?


Pozdrawiam Was,
Megdil
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger