sobota, 28 grudnia 2013

Ulubieńcy i odkrycia roku 2013

Witajcie poświątecznie :)

Zanim przejdę do meritum dzisiejszego wpisu, chciałabym już na wstępie życzyć Wam wszystkiego dobrego w nadchodzącym Nowym Roku. By obfitował on w wiele radosnych chwil, a Wasze zamysły pozwolił zrealizować tak, jak byście tego chcieli. Wielu sukcesów i szybkiego otrząśnięcia się z porażek, jeśli takowe Wam się przydarzą. Wszak te pokonane najlepiej kształtują charakter. Życzę Wam również spełnienia marzeń, bo te z kolei pozwalają najpiękniej rozwinąć skrzydła w dalszych działaniach :)
Najlepszego!

A teraz, jak w temacie, zapraszam Was na kosmetyczne podsumowanie roku 2013.

Korzystając z okazji, że rok się jeszcze nie skończył, przychodzę do Was z małym, bardzo ogólnym rankingiem moich ulubieńców i odkryć dokonanych w ciągu tych dwunastu ostatnich miesięcy.
To pierwsze takie moje podsumowanie tutaj i przyznam, że sprawiło mi niezłą frajdę :) Głównie dlatego, że rok ten, trzymając się tematyki bloga, obfitował w wiele odkryć kosmetycznych i dobrych decyzji, które w znaczny sposób przyczyniły się do jeszcze większej chęci kosmetycznej eksploracji. Bo co może nas zachęcić bardziej, niż widoczne efekty działań, które podejmujemy? W każdej dziedzinie życia.

Przede wszystkim, w tym roku zaczęłam regularnie aktualizować bloga, miałam okazję zapoznać kilka wspaniałych Osób, wymienić się poglądami, doznać życzliwości i poczuć blogerską atmosferę, w tych najlepszych okolicznościach.
Cały czas czuję, że to początek, wiele zmian chciałabym w tym moim miejscu nanieść i mam nadzieję, że małymi krokami uda mi się urzeczywistnić moją wizję, która zresztą cały czas się kształtuje i ewoluuje z jednego pomysłu w drugi. Przy tej okazji chciałabym bardzo podziękować Tobie, Tobie i Tobie - każdej Osobie, która zagląda tutaj z chęcią, poświęca mi chwilę i dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Bardzo to doceniam, a wartość każdej Waszej aktywności jest nie do zważenia :) Dziękuję!

Przechodząc do kwestii przedmiotowych, zapraszam Was na krótki przegląd moich tegorocznych hitów :)




Pierwszym, choć relatywnie niedawnym odkryciem jest Clarisonic. Pokazywałam Wam go przy okazji moich ostatnich zakupów i wówczas nie chciałam pisnąć słówka w jego temacie. Sama długo zastanawiałam się nad tym zakupem, wszelkie nad nim zachwyty ochładzałam zdystansowanym podejściem, chociaż chęć zmierzenia się z jego legendą cały czas siedziała mi w zakamarkach podświadomości. Zdecydowałam się, wcale nie oczekując cudów, a jedynie skuteczności w oczyszczaniu mojej problematycznej cery. I wiecie co? Po tych niemal dwóch miesiącach użytkowania mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że było warto! Idealnie oczyszczona cera. Resztki makijażu nie mają szans :) Peeling mógłby pójść w odstawkę, a nawilżające produkty wróciły na piedestał, pokazując na co je stać. Wchłanialność kosmetyków, nawet na mojej opornej cerze, wskoczyła na inny poziom. Pielęgnacyjne czynności zyskały, a Clarisonic stał się dla mnie synonimem dokładnego i jedynego słusznego oczyszczania skóry.
Inwestycja nie jest mała, bo kilkaset złotych piechotą nie chodzi. Jeśli jednak macie możliwość, to dajcie tej szczotce szansę zrewolucjonizować Wasze rytuały.




Nawiązawszy do dbania o cerę, zobowiązana jestem wspomnieć o tych rytuałach, bez których nie wyobrażam sobie pielęgnacji mojej tłustej, trądzikowej skóry. Czyste glinki. Znacie?
Maseczki lubię od zawsze, a w tym roku zaczęłam je ubóstwiać. Moje ciągoty do naturalnej pielęgnacji nie mogły pozostać bez echa, a pozytywne opinie jeszcze bardziej podsycały potrzebę doświadczenia glinkowego oczyszczenia na własnej skórze. Zielona, Ghassoul, a od niedawna Multani Mitti, wszystkie trzy uznaję za stałe punkty zawartości mojej kosmetyczki. Widząc, jak wspaniale te elementy wpływają na moją cerę, mam ochotę na dalsze eksperymenty. W ostatnim czasie badam też kuchenne składniki. Wybieram, mieszam, próbuję i czuję się przy tym, jakbym odkrywała bezcenne skarby :D Macie ochotę poczytać o moich kuchenno-kosmetycznych perypetiach?




Kolejnym, ważnym, obranym za punkt honoru przedsięwzięciem okazało się regularne olejowanie włosów. Dopuszczona do głosu sumienność stała się tutaj kluczem, a tropienie odpowiednich dla moich wysokoporowatych włosów czystych komponentów jest czymś, co w najbliższej przyszłości będę kontynuować. Znalazłam przynajmniej jeden czysty olej (arganowy), do którego wciąż będę wracać z uwagi na mięsistość, nawilżenie i zdrowy wygląd, jaki moim włosom zapewnia. Być może uda mi się kiedyś zobrazować zmiany, jakie dzięki tej niepozornej czynności zaszły na moich zniszczonych włosach.

Bezapelacyjny przełom w moim włosowym pielęgnacyjnym planie zapewniła mi również henna (Cassia od Khadi), z którą pierwsze spotkanie zafundowałam sobie w grudniu. Historia ta okupiona została nerwami i zgrzytaniem zębów - wizja zielonych, przesuszonych włosów ubzdurała mi się w głowie ;). Moja brawurowa odwaga tym razem popłaciła, a efekt finalny przeszedł moje oczekiwania. Wspaniale odżywione, wzmocnione, wygładzone, pogrubione i błyszczące włosy. Brzmi jak bajka? Do powtórzenia! Wiem już, że henna zagości w moich progach na stałe i co kilka miesięcy, przy okazji systematycznego podcinania końcówek, będę sięgać po ten skuteczny uszlachetniacz łamliwych włosów z najwyższą przyjemnością :)




Pozostając w temacie włosów, którym cały ten rok pod względem pielęgnacyjnym został podporządkowany, nie mogłabym nie wspomnieć o kosmetykach, które jako jedne z nielicznych pokazały prawdziwą moc. Myślę, że nie zdziwię tych z Was, będących ze mną dłużej. JMO. W zasadzie mogłabym zostawić Was z tym hasłem i recenzją, której doczekała się moja ulubiona cytrusowa odżywka (klik). Nawilżenie, wygładzenie, miękkość, objętość i blask. Doskonałe składy, efektywne działanie, piekielna wydajność. Po dłuższym obcowaniu z marką mogę jednoznacznie stwierdzić, jak wymierne efekty potrafi przynieść odpowiednia pielęgnacja. Po odstawieniu prostownicy nie było mi łatwo opanować suchoty i gigantycznego puszenia włosów. Wysoka temperatura połączona z wygładzającą mocą urządzenia pozwalała mi w pewnym stopniu zachować pozory 'zdrowo wyglądających' kosmyków. Szok i niezadowolenie były więc przygnębiające. Z perspektywy czasu wiem, że było warto, jestem bogatsza w doświadczenie i (wciąż szczątkową) wiedzę na temat produktów służących moim włosom. Temat zamierzam nadal eksplorować.




Nie samą pielęgnacją jednak człowiek żyje :) Dlatego, idiotycznie, pokażę Wam podkład, do którego dostęp został nam odcięty przez producenta. Guerlain Parure Extreme. Długotrwały, ale lekki. Upiększający skórę, trzymający ją w ryzach, nie zapychający, na co dzień i na wieczór. Uniwersalny, choć luksusowy. Nie był idealny, ale od wymarzonego podkładu nie odbiegał daleko. O ile macie okazję go jeszcze zdobyć, polecam. Ktoś wie, czy jakieś racjonalne przesłanki stoją za tą niepojętą decyzją firmy?




Będąc przy makijażu, chciałabym wspomnieć o cieniach, po które najczęściej sięgałam. Lubię MAC, według mnie ich cienie są jednymi z lepszych, bo w znakomitej większości odpowiada mi ich formuła, piękne kolory, wykończenia, czy wygląd na powiekach. Moje codzienne wariacje nie należą do skomplikowanych. Dlatego zwykle sięgam po kolory ziemi. Brązy, beże, złamane fiolety. To lubię! A w ten klimat idealnie wpisują się: Naked Lunch, Satin Taupe, Club, czy Patina. Czwórka idealna, którą stworzyć można zarówno makijaż podkreślający, jak i mocniejsze, wieczorowe oko. Uwielbiam!




Ostatnim punktem tego przeglądu niech będzie emalia-zaskoczenie. Beyond Cozy od Essie to lakier totalnie inny, niż każdy kolejny z pozostałego zasobu mojej kolekcji. Biżuteryjny, błyszczący, przeładowany. Brokat w czystej postaci. Niesamowicie przypadł mi do gustu i otworzył oczy na inne podobne mu świecidełka. W pełnej krasie prezentowałam go tutaj. Czuję się oczarowana i z pewnością dokooptuję jeszcze coś w podobnym klimacie :)


Co myślicie o moim rankingu? Znalazłyście coś dla siebie?
A może zechcecie podzielić się Waszymi tegorocznymi odkryciami? :)


Pozdrawiam Was, jak zawsze słonecznie,
Megdil

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

Kochani,

Bez względu na to, gdzie jesteście i czy Święta obchodzicie, czy też nie, chcę wszystkim Wam złożyć serdeczne życzenia, byście ten najbliższy czas spędzili w szczególnej radości i spokoju, oderwani choć mentalnie od codziennego zgiełku i przyziemnych problemów. Otoczcie się kochającymi Was ludźmi i ze zdwojoną siłą okażcie im ciepło Waszych serc :)


Weselcie się i radujcie. Napełnijcie brzuchy i z nieustającym uśmiechem przeżyjcie ten Czas!




piątek, 13 grudnia 2013

OPI, The Spy Who Loved Me

Aktualny, przedświąteczny czas, to idealny moment na prezentację dzisiejszego bohatera. A jeśli dodam do tego fakt, iż ma on charakter prezentowy (Magda, raz jeszcze - dziękuję! :)), lepszego kandydata nie mogłabym pewnie wytypować.

Czerwono-złote detale są dla mnie kwintesencją bożonarodzeniowego ducha. Przy akompaniamencie zielonej choinki i czystej bieli spadającego śniegu duet ten budzi we mnie radosne wspomnienia rodzinnego ciepła i wszechobecnej życzliwej atmosfery.
Klasyka z odrobiną szalonej pikanterii idealnie wpisuje się w kanon uroczystej wigilijnej wieczerzy, stąd moja propozycja na świąteczny mani :)







OPI, The Spy Who Loved Me pochodzi z zeszłorocznej kolekcji Skyfall, obfitującej w kilka niebanalnych, pięknie brokatem zdobionych kolorów.
Moja propozycja to cudowna, żywa czerwień, która kojarzy mi się z twardymi karmelkami o smaku czerwonych jabłek :) Ale nie jest to zwykła, żywa czerwień. Klasykę przełamano tutaj złotym shimmerem, który po nałożeniu na paznokieć częściowo spowity zostaje kolorem bazowym, dzięki czemu wspaniale pogłębia wielowymiarowość efektu końcowego.
Lakier w użytku jest bajeczny. Idealnie się nakłada, szybko schnie, a dwie warstwy dają pełne krycie. Według mnie, każdy drobinkowy lakier wymaga towarzystwa top coatu, który dodatkowo uwydatni migoczący pyłek, pokrywając go lśniącą taflą. Tego szukam w shimmerowych lakierach. Głębi kolorystycznej ze swoistą trójwymiarowością przyciągającą wzrok.
The Spy Who Loved Me to majstersztyk!








Zauroczył Was tak samo, jak mnie? :)
Macie już jakiś zamysł na świąteczny mani?


Pozdrawiam Was,
Medgil

środa, 11 grudnia 2013

ZAO, Matujący Puder w kompakcie

Jako że cerę mam wybitnie tłustą, puder w mojej kosmetyczce zajmuje jedno z honorowych miejsc. Wspominałam już wcześniej, że jestem w stanie w pewnych sytuacjach zrezygnować z podkładu na rzecz korektora i pudru matującego. Ba, nawet korektor czasami pozostaje nietknięty, ale puder (wespół z różem) być musi.
Jakiś czas temu przedstawiłam Wam pokrótce swojego matującego, prasowanego ulubieńca, który poprzeczkę postawił wysoko (Blot Powder z MAC). Moja sympatia do niego nie przeszkadza mi jednak ani trochę w poszerzaniu doświadczenia poprzez próbowanie coraz to nowych formuł. Ta ciekawości droga doprowadziła mnie do asortymentu firmy ZAO (nie bez znaczenia były tutaj pochlebne opinie krążące w sieci jakiś czas temu). Po krótkiej analizie, zdecydowałam się na odcień 303, mianowany jako Brązowy Beż.
Jak sprawdził się u mnie?




Zacznę od tego, że kwestie użytkowe mnie nie zachwyciły - mimo iż zdecydowałam się na zakup doskonale wiedząc, jak wygląda puderniczka. Bambus i magnes. Całkiem urocza inność, a w dodatku w całej swej niefunkcjonalności zapewniająca tańsze eksploatowanie produktu w dłuższej perspektywie, bowiem wkład jest tutaj wymienny. Dzięki tej przygodzie przekonałam się, jak niedoceniane są tak czasami oczywiste udogodnienia, jak wbudowane lusterko, czy zaopatrzenie puderniczki w puszek. Oczywiście, używam dołączonych do pudrów puszków, bo w ciągu dnia są nieodzowne przy szybkiej poprawce całego makijażu. Aby więc ułatwić sobie całe przedsięwzięcie, wzbogaciłam bambusową pudernicę w ów puszkowy aplikator. Gorzej z lusterkiem ;)

Kolor kosmetyku okazał się kolejną nie do końca zadowalającą mnie kwestią. Po pierwsze, do wyboru mamy pięć odcieni. Nie chciałabym wnikać w nazewnictwo, ale przecież to ono często jest indykatorem naszych wyborów, zwłaszcza, jeśli zakupu dokonujemy online. A co my tu mamy? Porcelanę, Pomarańczowy Beż, Brązowy Beż, Capuccino i Mleczną Czekoladę. Większość z nich brzmi dla mnie groźnie, postawiłam więc na najbardziej bezpieczną w moim odbiorze opcję - Brązowy Beż, który wcale nie jest brązowy, a i nazwanie go beżem jest dla mnie sprawą mocno dyskusyjną. Ja widzę w nim silne pomarańczowe tony, a gdy dołożę do tego fakt, że puder nie jest do końca transparentny, to w efekcie sama aplikacja wymaga sporej uwagi. Chyba, że niestraszne nam pomarańczowe placki na licu.




Działanie kosmetyku podsumuję krótko. Efekt zmatowienia tuż po aplikacji jest bardzo przyzwoity, choć dosyć płaski, a wiem, że nie każdemu taki odpowiada. Mnie to akurat nie przeszkadza. Zresztą, stan ten nie trwa u mnie długo, bo po dwóch godzinach zwyczajnie muszę sięgnąć po matującą bibułkę.
Warto zauważyć, że nałożenie pudru z uwagą pomoże delikatnie wyrównać koloryt cery - oczywiście bez cudów, lecz wciąż poczytuję to za jego zaletę.
W tym miejscu jednak pojawiają się schody, a puder zaczyna pokazywać swoją kapryśną naturę. Próbowałam go łączyć z różnymi podkładami, nosiłam też solo, czy w połączeniu z korektorem. Każdy podkład (tradycyjny, czy mineralny) dawał mu doskonałe warunki do tworzenia na skórze maski. W dodatku pomarańczowo-brzoskwiniowo-różowej. Nie był to efekt przerażający (choć wiem, że tak brzmi), ale dla mnie zauważalny i mało komfortowy. Ta jego kłopotliwa właściwość spowodowała, że najchętniej nosiłabym go solo, ale nie zawsze moja problematyczna cera mi na to pozwala. To kolejna rzecz, która odwodzi mnie od ponownego zakupu.

Poniżej możecie zobaczyć, jaką puder reprezentuje trwałość na mojej tłustej cerze. Solo, bez podkładu.
Zdjęcie wykonałam po kilku spędzonych z nim godzinach, w słoneczny dzień - stąd ślady po okularach na nosie ;) Widać doskonale, że kosmetyk zbiera się w zagłębieniach skóry (patrz: okolice ust). Dodatkowo, lubi warzyć się w najbardziej tłustych partiach twarzy (patrz: nos), a oprócz tego przejawia ciągoty do podkreślania rozszerzonych porów i suchych skórek.




Konkludując. Ideałem nie jest i nim nie zostanie, bo na kolejną szansę zwyczajnie nie zasłużył. Dużym jego plusem jest skład i cała naturalna filozofia przyświecająca marce ZAO. Fakt, iż nie przysporzył mi wypryskowych rewelacji również wart jest zaznaczenia. Dla mnie jednak zalety te nie równoważą wad, które puder ze sobą niesie, zwłaszcza, że jego cena (73 zł, nie pamiętam dokładnej ceny wkładu, lecz oscylował on w granicach 40-50 zł) nie należy do najmniejszych.


Miałyście do czynienia z tym pudrem? Znacie markę ZAO?


Pozdrawiam Was,
Megdil

czwartek, 5 grudnia 2013

Denko

Witajcie :)

W ramach wpisów porządkowych przybywam dziś z projektem denko :)
Kilka krótkich recenzji w pigułce zawsze wzbudza moje zainteresowanie u Was, myślę więc, że wpisy tego rodzaju na stałe zagoszczą i u mnie.

Proszę, oto część mojego denkowego koszyka:




1. Chanel, Energizing Multi-Protection Eye Gel Anti-Puffiness/Dark Circles.
Nazwa długa, obietnice zacne, działanie żadne. Na całe moje szczęście z workami, mocnymi opuchnięciami, czy upierdliwymi cieniami w okolicach oczu problemów nie mam. I tylko dlatego krem nie odniósł sromotnej klęski, albowiem jedyne, czego od niego oczekiwałam to dobre nawilżenie i odpowiednie zadbanie o delikatną skórę w tych okolicach. Niestety, nie mogę powiedzieć, że na tym polu działanie jego zwaliło mnie z nóg, gdyż wraz z pierwszym podejściem stał się głównym i jedynym podejrzanym winowajcą przesuszenia moich powiek, a po przerwie okazał się bardzo przeciętnym nawilżaczem. Szybko się wchłaniał i nie kolidował z makijażem, dlatego go zużyłam. W mojej opinii absolutnie nie jest wart nawet ułamka ceny, którą trzeba za niego zapłacić. Zdecydowanie nie polecam.

2. Chanel, Purete Ideale, Blemish Control.
To, że skórę mam trądzikową jest żadną tajemnicą. Podobnie jak to, że wszystko, co w nazwie posiada znamienne 'blemish control' potencjalnie znajdzie się w kręgu moich zainteresowań. Tak też stało się z punktowym żelem od Chanel, nad którego działaniem rozwodzić się nie będę. Bo nie ma nad czym. W zasadzie aplikowanie go na wypryski rodzaju wszelkiego było czystą fanaberią, urosłą na gruncie mojego przekonania do zużywania kosmetyków, które mnie nie krzywdzą ;) Niczego złego mi nie robił, pomocy też z jego strony nie uświadczyłam. Totalnie neutralny kosmetyk, którego mogłoby nie być. Żałuję, bo nadzieje pokładałam w nim spore.

3. Chanel, Hydramax+Active Nutrition, Lip Care.
Przedstawiciel chanelowej gromadki, który niejako ratuje jej honor. Nawilżający balsam do ust to jeden z moich podstawowych kosmetyków. Używam codziennie, z religijnym niemalże zacięciem, choć zdarzy mi się zgrzeszyć i pominąć ów rytuał. Stąd też od kosmetyków tego rodzaju oczekuję natychmiastowego, ale i długotrwałego działania. Hydramax+Active okazał się całkiem dobrym nawilżaczem, który również w stanach chorobowych stanął na wysokości zadania - grypa moich ust nigdy nie oszczędza. Balsam nie jest pozbawiony wad, gdyż długotrwałego działania tu nie zauważyłam, głębokiej regeneracji ust również nie doświadczyłam. No i zapach był kiepski, ale to rzecz gustu. Podsumowując - dobry, ale znam lepsze :)

4. Nuxe, Reve de Miel, Lip Balm.
O, właśnie. To ten najlepszy :) Doskonały pod każdym względem. Nawet słoiczkowe opakowanie mi nie przeszkadza - stosuję go tylko w domu. Wspaniale nawilża i odżywia usta. Genialnie je regeneruje. Pachnie smakowicie - czegoś więcej oczekujecie od balsamu do ust? Ja nie :)

5. Korres, Wild Rose Brightening Eye Cream SPF 15.
Pełną recenzję możecie przeczytać tutaj. Dodam tylko, że bardzo dobrze nawilżał, był wydajny, przyjazny we współpracy, odrobinę rozjaśnił mi skórę w zewnętrznych kącikach oczu. Ponadto ma świetne opakowanie, które pozwoliło mi zużyć krem do ostatniej kropli. Polubiłam i zachęcam Was do wypróbowania :)




1. Green Pharmacy, Masło do ciała Olej arganowy i Figi.
Masło wygrałam u M., z czego niezmiernie się ucieszyłam, wszak kosmetyków do pielęgnacji ciała nigdy dość (taaa, a w której kategorii myślę inaczej? :P). Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to zapach. Ani to argan, ani figi. Miks obydwu motywów również mi tu nie pasuje. Jest po prostu charakterystyczny i myślę, że nie każdemu się spodoba. Mnie nie do końca pasował, ostatecznie jednak stał się neutralny. Działanie natomiast do pewnego stopnia mogę pochwalić, gdyż masło okazało się bardzo dobrym nawilżaczem. Z czasem jednak mnie uczuliło, co skutkowało wysypką głównie w okolicach ramion. Zużyłam, ale nie sięgnę po nie ponownie. M. natomiast raz jeszcze - dziękuję :)

2. Organique, Shea Butter Body Balm, Cranberry.
Balsam o konsystencji bardzo (!) zbitego masła, niezwykle treściwy. Z pewnością nie jest uniwersalnym nawilżaczem, który sprosta wymaganiom większości, głównie z powodu tłustej warstwy, którą pozostawia na długo po aplikacji. Wchłania się wolno, lecz mnie to nie przeszkadza, zwłaszcza, że zastosowanie znalazł w wieczornej pielęgnacji. Ponadto wspaniale pachnie i jest całkiem wydajny. Pewnie jeszcze po niego sięgnę :)

3. Kings&Queens, Honey&Miel Body Butter.
Masełko kupiłam niegdyś w TKMaxx, za mniej, niż 20 zł, o ile dobrze pamiętam. Właściwości pielęgnacyjne wspominam przyjemnie. Kosmetyk wygładzał skórę i świetnie ją nawilżał. Ciężko jednak było go rozsmarować na ciele, gdyż rozmazywał się niemiłosiernie, bieląc przy tym skórę (pobił tu nawet masełko Mythos). Konsystencję miał dość zbitą, treściwą, która wchłaniała się raczej wolno. Wydajność jego oceniam wysoko. Zapach raczej z tych dyskusyjnych. Na mój nos był zbyt intensywny i z czasem po prostu drażniący. Do dostania w Douglasach (tu cena waha się w okolicach 50 zł), lub sporadycznie w TKMaxx.




1. Avene Cleanance, Żel oczyszczający do skóry tłustej i trądzikowej.
Pełną recenzję znajdziecie tutaj. To moje kolejne zużyte opakowanie, nadal jestem z niego zadowolona i z pewnością zagości u mnie ponownie.

2. La Roche-Posay, Płyn micelarny.
Miceli zabraknąć u mnie nie może. Ten z LRP jest jednym ze stałych moich bywalców. Uważam go za dobry kosmetyk, choć nie najlepszy (tu niezmiennie prym wiedzie Bioderma Sensibio). Niemniej z makijażu szybko mnie wyzwala, nie podrażnia ani skóry, ani oczu. Jest skuteczny i wydajny. Będę wracać.

3. Pat&Rub, Tonik.
Choć nie doczekał się jeszcze odrębnego tematu na moim blogu, zyskał miano mojego absolutnego ulubieńca w tonikowej kategorii. Jako pierwszy był w stanie przekonać mnie do zasadności stosowania produktów tego rodzaju. Owszem, wiele toników przeszło przez moje ręce wcześniej, jednak żaden tak namacalnie nie pokazał mi, ile ten proces znaczy w całym procesie pielęgnacyjnym. Łagodzi, doczyszcza ewentualne uchybienia demakijażowe, odświeża, a do tego wszystkiego działa antybakteryjnie. Polecam z całego serca! Rzecz jasna, spotkamy się jeszcze nie raz jeden :)





1. Phenome, Blossom Therapeutic Mask.
Niedawno pisałam o niej szerzej, kilk. Więcej do dodania nie mam. No, może poza moją radością, wynikającą z faktu, że słoik wreszcie pokazał swoje czyste dno ;)

2. Organique, Ghassoul Clay.
Glinka marokańska zapoczątkowała moją fascynację glinkami w ogóle. Tę z Organique mogę Wam z czystym sumieniem polecić. Doskonale oczyszcza cerę, pozostawia ją przyjemnie miękką i delikatnie nawilżoną. W działaniu oczyszczającym nieco słabsza od zielonej, ale te dodatkowe właściwości nawilżające sprawiają, że chcę do niej wracać. Poza tym, jest banalnie prosta w przygotowaniu - idealną konsystencję uzyskuję bez większego wysiłku. Wrócę, to przesądzone :)




1. John Frieda, Sheer Blonde, Szampon do włosów blond.
Zaskoczenie wcale duże! Trafił do mnie bodaj z okazji jakiejś promocji. W moich oczach jest to typowy, drogeryjny szampon, więc i w stałej swojej cenie na pewno nie skusiłby mnie do zakupu. Skupię się jednak na działaniu, za które moje włosy go polubiły. Dobrze myje, nie wysuszając przy tym i nie plącząc ich okrutnie. Ma ciekawy zapach, jest wydajny, mocno się pieni i co ważne - nie podrażnił mi skóry głowy. Nie jest to, rzecz jasna, szampon, który rozjaśni włosy. Da się jednak zauważyć podkreślenie ich blasku i słonecznych refleksów. Niespodziewanie jestem na tak :)

2. L`biotica, Biovax, Maska do włosów Keratyna+Jedwab.
Ta maska gości u mnie od dawna. Początkowo mnie zniechęciła - trzymałam ją na włosach ponad godzinę, pod czepkiem i ręcznikiem (= poświęcenie ;)), a ona dała efekt spuszonej, wysuszonej czupryny. Znalazłam jednak na nią sposób i tym samym, nakładana nieoszczędnie na 20-30 minut, sprawiała, że kosmyki były zdyscyplinowane i odżywione. Nie jest wybitnym nawilżaczem, ale wciąż uważam ją za udaną pozycję, do której w przyszłości wrócę. Nakładana raz w tygodniu służyła mi przez kilka miesięcy. W dodatku ma całkiem przyjemny zapach, choć chemiczny, ostrzegam :)

3. Ecospa, Olej ryżowy zimnotłoczony.
Uczestnik w moim sumiennym olejowaniu, który niestety na wysokoporowatych włosach, których jestem posiadaczką, niewiele zrobił. Właściwie nic. Uratował go olej jojoba, z którym ryżowy często mieszałam. Ze swojej strony nie polecam, choć wiem, że na włosach innej porowatości może ukazać lepsze swoje oblicze.




1. Poshe - top coat, o którym rozlegle pisałam tutaj.

2. Seche Vite - podobnie do poprzednika, odsyłam do recenzji porównawczej klik.

2. INGLOT, Cuticle Oil.
Preparat do skórek to mój stały kompan, a oliwka z Inglota sprawdziła się w tej roli nie najgorzej. Całkiem nieźle nawilżała i okazała się niesamowicie wydajna. Szkoda, że pędzelek nie jest dłuższy, bo aplikacja produktu, gdy jego dni były już policzone, nie należała do najłatwiejszych. Zapach z tych 'normalnych', niczym mnie nie porwał. Najważniejszą rolę spełnia tu systematyczność, gdyż oliwka użyta od święta nie nawilży, ani tym bardziej nie zregeneruje zaniedbanych skórek. Ot, przeciętniak.

4. Delia, Coral, Zmywacz do paznokci.
Mój ulubiony :) Od długiego już czasu używam tylko jego i nie w głowie mi zmiany. Owszem, ma w składzie Aceton, więc przestrzegam zagorzałych przeciwników. Jednocześnie donoszę, iż nigdy paznokci ani skórek mi nie przesuszył, świetnie radzi sobie z każdym lakierem. O rozmazywaniu emalii nie ma mowy, jest wydajny, ma przyjazną pojemność i cenę, a zapachem nie odstrasza. Moją ulubioną wersją jest różowa (/czerwona?). Polecam Wam go serdecznie :)




1. Phenome, Fresh Mint Heel Pumice.
Wiem, peeling do stóp jawić się może jako zbędna zbędność. Cóż, u mnie jest dopełnieniem pedicure :) Ten z Phenome świetnie złuszcza martwy naskórek, wyczuwalnie wygładza stopy, odświeża je, a oprócz tego ma działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Pomyślano tu o wszystkim i za to wszystko lubię go mocno. Nie wyobrażam sobie jednak płacić za niego pełnej ceny, dlatego rabaty wyprzedażowe wyjątkowo sprzyjają jego nabyciu :)

2. Phenome, Regenerating Hand Balm.
Krem do rąk z linii migdałowej należy do ścisłej czołówki moich ulubieńców. Zimową porą sprawdza się u mnie świetnie, gdyż konsystencję ma treściwą, rozprowadza się lekko i bezproblemowo, jednak nie wchłania się w ultra szybkim tempie, co w przeznaczeniu regeneracyjnym ma rację bytu. Skórę na dłoniach nawilża, wygładza i chroni. Ponadto wielbię jego zapach, nie lubię zaś opakowania, które ma wybitnie nieporęczną zakrętkę.


To tyle. Ale nie, to nie wszystko - po prostu nie chcę Was zamęczyć :P

Znacie coś z mojej zużytej gromadki? A może coś Was szczególnie zaciekawiło?


Pozdrawiam Was,
Megdil