piątek, 29 listopada 2013

Essie, Bordeaux

Bordo to kolor, bez dwóch zdań, ponadczasowy. Wynurza się głównie jesienią, kiedy sięgamy po ciepłe płaszcze, grube swetry, czy grzane wino w chłodne wieczory. Kojarzy się z eleganckimi, wieczorowymi kreacjami, ale zamiast klasy potrafi też dodać lat, więc ostrożność w całym przedsięwzięciu wpisana jest w jego piękno.

Bordowego lakieru szukałam długo. Wynikało to nie tylko z braku odpowiednich typów, ale też z niedojrzałego jeszcze przekonania do ozdabiania nim dłoni. Gdy więc na horyzoncie pojawiał się taki jegomość, patrzyłam na niego srogim okiem i zapobiegawczo zostawiałam dla innych, bardziej tematem zainteresowanych ;)
Rzecz się jednak odmieniła, a w moje ręce trafił piękny okaz z szafy Essie, Bordeaux.





Lakier, jak na klasyk przystało, znalazł swoje miejsce w stałej ofercie marki, dostępny jest więc w Superpharm, czy Hebe w lubianej przez rzesze użytkowniczek wersji z szerokim pędzelkiem.






Wykończenie lakieru nazwałabym żelkowo-kremowym, z przewagą pierwszego. Na krótkich paznokciach wymaga dwóch warstw i tyle też widzicie na moich zdjęciach. Można się jednak pokusić o trzecią, wówczas efekt końcowy będzie jeszcze głębszy, a naleciałości jego żelkowej natury zostaną skrzętnie zakamuflowane.

Bordeaux pięknie błyszczy, jest szklisty i dość szybko schnie, zatem top coat można uznać za opcjonalny dodatek.






Lubicie? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 25 listopada 2013

Bobbi Brown, Shimmer Blush, Coral

Róż. Temat rzeka. Element w makijażu, którego nie jestem w stanie pominąć. Mogę zrezygnować z podkładu, poprzestać na korektorze, czy samym pudrze. Różu zabraknąć nie może.
Ożywia, odmładza, dodaje świeżości. Endorfiny w pudełku - wiecie, o czym mówię, prawda? :P

Róże od Bobbi Brown zrobiły na mnie wrażenie od pierwszego ich pomacania. Kolory, konsystencja, pigmentacja, efekt na skórze. WOW. Już po pierwszej różowej prezentacji na stoisku Bobbi zostałam kupiona, a raczej pierwszy mój róż został kupiony :)

Coral to po prostu piękny koralowy odcień. Ciepła, matowa baza, do której dosypano złote drobinki. Zaznaczę to na początku. Nie lubię brokatu na twarzy, a takie właśnie brokatowe wrażenie odniosłam, gdy tylko pokazano mi ten odcień w perfumerii. Pamiętam jak dziś (a było to wieki temu ;)), z jakim grymasem na twarzy wzbraniałam się przed nim w ogóle. O nałożeniu go na nią nie wspominając. Konsultantki Bobbi są jednak dobrze wyszkolone, bo długo namawiać mnie nie musiały i czym prędzej, posadziwszy na fotelu, okrasiły policzki różem, który zaproponowały mi jako pierwszy z palety. Od razu, bez dywagacyjnych ceregieli.

Tak, to był ten moment, kiedy zakochałam się w różach Bobbi - takich chwil się nie zapomina :D




Opakowanie jest bardzo solidne, choć moje już trochę sfatygowane, ale swoje lata już ma, a i przejść rodzaju różnego mu nie szczędziłam. Jeździ ze mną często w podręcznej kosmetyczce, więc ociera się o pędzle, pudry, szminki, wsuwki - wciąż jednak trzyma fason, mechanizm zamykający nie obluzował się ani trochę, logo (nadrukowane od środka) jest na swoim miejscu.




Warto również wspomnieć, że główny punkt programu - zawartość - nie jest nierozerwalną częścią tego ascetycznego w formie pudełka. Zgrabny kwadracik można wyjąć i przetransportować do eleganckiej palety dostępnej także w stałej ofercie. Pomysł bardzo mi się podoba i kilkukrotnie, z sukcesem, był przeze mnie wykorzystywany w podróżach.




Przechodząc jednak do meritum. Coral jest jednym z moich ulubionych róży. Kolor jest wspaniały, myślę, że najbardziej docenią go posiadaczki ciepłych karnacji. Pasuje idealnie do ciemno- i jasnowłosych. Latem i zimą, wiosną, czy jesienią - u mnie odnajduje się zawsze. Owszem, najpiękniej podkreśla skórę muśniętą słońcem, lecz i taką zimową, bladą twarz wybudza z szarości, dodając radosnych rumieńców. Wspomniane drobinki niemalże nikną na twarzy - choć w opakowaniu potrafią wystraszyć! Mimo ich obecności i wbrew sugestywnej nazwie, nie uważam, by był to kosmetyk rozświetlający. Owe drobinki mogą ukazać się jedynie w świetle mocnych, słonecznych promieni. Doceniam tu fakt, iż łatwo można ich nadmiar zwyczajnie strzepać z pędzla tuż przed aplikacją. W świetle dziennym stają się zupełnie niewidoczne, efekt dyskotekowej kulki pozostaje więc tylko groteskową anegdotą :)

Na mnie prezentuje się tak:




Pigmentacja różu jest idealna. Po prostu. Ani za słaba, ani zbyt mocna. Co więcej, efekt na twarzy da się stopniować i to bez obawy o powstanie plam, gdyż kosmetyk rozprowadza się doskonale - lekko i równomiernie, niezależnie od rodzaju użytego pędzla.
Trwałość jego jest znakomita, na mojej tłustej cerze trwa do samego demakijażu. Pod koniec dnia zwykle traci na intensywności w centralnej części policzków, ale w moim przypadku jest to wynikiem pudrowych poprawek, których nie sposób mi uniknąć.

Ostatnią jego zaletą (bo i aspektem ostatnim) jest wydajność. Szaleńcza wydajność! Róż kupiłam dwa, może trzy lata temu, używam go intensywnie, jak na ulubieńca przystało, a to, co widzicie w opakowaniu posłuży mi jeszcze przez kawał czasu.
Kwestią, która może zniechęcać jest cena, albowiem ta oscyluje wokół 115 zł za 4g produktu w przypadku Shimmer Blush. Kolorów jest mnóstwo, w dodatku są niebanalne, pięknie podkreślające :) Do tego dochodzi przyjazne i profesjonalne doradztwo - jestem na tak!

Znacie róże Bobbi? Macie swój ulubiony? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 22 listopada 2013

Nowe

Witajcie :)

Wpisy zakupowe goszczą u mnie rzadko, bo i do kwestii zakupów podchodzę z umiarem (o czym jednak ten post-tasiemiec nie świadczy ani trochę ;)). Wiem jednak, że takie lubicie (lubiMY ;)), a w ostatnim czasie nazbierało się u mnie trochę nowinek, więc oto i one :)




Moja sympatia do P&R co jakiś czas owocuje kolejnymi zakupami. Kiedy dowiedziałam się, że firma wypuściła dwie limitowane edycje zapachowe, uznałam je za potencjalnie interesujące i gdy tylko nadarzyła się okazja, by je poznać, nie zawahałam się użyć mojego nosa ;) Seria orzeźwiająca nie zrobiła na mnie wrażenia, ale otulenie już samą nazwą mnie znęciło :) Poznałam zapach w Sephorze, kupiłam balsam do dłoni, a niedługo potem skorzystałam z promocji na stronie P&R, klikając dwa masła do ciała. Otulające jest już w użytku (kocham!), rozgrzewające grzecznie czeka na swój moment :)




Moja regeneracyjna akcja włosowa trwa w najlepsze. Ochrona zniszczonych kosmyków to dla mnie kwestia priorytetowa. Obcinać się na łyso nie chcę, choć różne scenariusze kołatały mi w głowie :P Staram się więc, dogodzić włosom ze wszech stron. Stosowane dotąd przeze mnie silikonowe serum z Matrix lada moment sięgnie dna, Phyto zbiera przychylne opinie, toteż wybór padł właśnie na nie. Trafiłam na promocyjny zestaw w internetowej aptece Słonik i tak razem z serum przyszła do mnie miniatura regenerującego szamponu oraz przyjemna dla oka kosmetyczka.
Przy okazji drobnych zakupów w Rossmannie natomiast trafiłam na cenową okazję wybranych produktów Toni&Guy. Z uwagi na fakt, iż od jakiegoś czasu poszukiwałam oczyszczającego szamponu, przygarnęłam ten widoczny na zdjęciu. Mam zamiar używać go raz w tygodniu, pierwsze udane spotkanie już za mną.




Mój włosowy plan pielęgnacyjno-regenerujący obejmuje też wielką dla mnie zagadkę. Hennę. Tak... Zamówiłam ją zmotywowana, pełna nadziei i w pełni gotowa na to brawurowe przedsięwzięcie. Tymczasem przyszła i czeka na dogodny moment :D Włosów nie farbuję już niemal rok, koloru jednak zmieniać nie chcę, zdecydowałam się więc na Cassię. Zamierzam zaopatrzyć się jeszcze w kilka dorodnych cytryn i przejdę do działania. Jeśli macie z tym rodzajem henny jakieś doświadczenia, to podzielcie się nim proszę w komentarzu - każde słowo na wagę złota :>
Przy okazji zakupu henny, zaopatrzyłam się też w olejek Khadi, stymulujący wzrost włosów. Kilka lat temu dzielnie mi towarzyszył, a niedawno o jego dobroci napomknęła też u siebie Extension. Byłam bardzo ciekawa, jak sprawdzi się na moich aktualnych włosach troski szczególnej. Trafił już do użytku :)




Po tym, jak skończyły się moje glinkowe zapasy musiałam uzupełnić brak. Ze sklepem e-naturalne nie miałam wcześniej styczności. Ceny na tle konkurencji wydały mi się okazyjne, więc dorzuciłam jeszcze spirulinę, którą od dawna miałam na oku oraz olejek grejpfrutowy, by rytuał z rzeczonymi algami pod względem zapachowym był dla mnie przyjemniejszy. Na podstawie moich jeszcze luźnych obserwacji mogę rzec, że glinka glince nierówna, a czasami warto dopłacić, by efekt ostateczny spełnił nasze oczekiwania.





Czymże byłby post zakupowy bez kolorowych buteleczek tak bardzo radujących oczy i kosmetyczną duszę? :D Obecnie cierpię pod ciężarem szlabanu, który sama sobie nałożyłam, więc wspomnienie nowości cieszy mnie po stokroć ;) Jakiś czas temu wzbogaciłam swoje zbiory dwoma lakierami OPI. Jeden z nich, Elephantastic Pink, mogłyście już widzieć w TEJ prezentacji. Do kompletu zachciało mi się jeszcze dodać coś bardziej stonowanego, stąd Tickle My France-y znalazł się w moich szeregach. Wspaniała czerwień ze złotymi drobinkami, The Spy Who Loved Me, jest spełnieniem jednego z moich lakierowych marzeń, a urzeczywistnić się miało szansę dzięki Magdzie, która mnie nim obdarowała. Kolor jest OBŁĘDNY! Oczarował mnie bez reszty, a moja miłość do niego rośnie z każdym kolejnym mani przy jego użyciu. Z pewnością go Wam pokażę, a Magdzie raz jeszcze BARDZO dziękuję :*

W ostatnim czasie do mojej Essie-gromadki dołączył także kolor, którego pragnęłam od zeszłego roku, kiedy tylko pojawił się w sprzedaży. Był jednak trudno dostępny i tak do teraz nasze drogi się mijały. Butler Please to energetyczny kobalt, odcień jest naprawdę piękny, choć spodziewałam się czegoś mocniejszego. Na paznokciach jeszcze nie wylądował, ale to tylko kwestia czasu :)
Ostatnim już lakierowym nabytkiem jest prezent od M., która ma w sobie takie pokłady spostrzegawczości, że mogłaby rozdzielić ją na pół blogosfery :) Wraz z wygraną w konkursie, który u siebie organizowała (nagród nie pokażę, bo część już zużyłam :D), przesłała mi egzemplarz swojej ulubionej czerni z Golden Rose o numerze 35. Zachwyt Magdy podzielam w zupełności, o czym będziecie się mogły niebawem przekonać w osobnym wpisie paznokciowym :)





Pozostając w temacie Magdowo-upominkowym, nie mogłabym nie wspomnieć o niespodziance, jaką M. sprawiła mi kilka dni temu :)) Nie będę szczegółowo opisywać okoliczności, ale 'przy okazji' wyświadczenia mi ogromnej przysługi, Magda postanowiła uraczyć mnie smakołykami z Jej ukochanej firmy, Caudalie. Epicentrum zawartości stanowiły próbki maseczek (moja skóra się uraczyła i chce więcej! :))), a to, co widzicie na zdjęciach, to 'drobny dodatek'. Tonik, sorbet nawilżający oraz peeling - rzeczy, które bardzo chciałam wypróbować - na gruncie tej zawartości, M. została przeze mnie ochrzczona tytułem Dobroczynnego Jasnowidza Blogosfery :D
Jakby tego było mało, Magda uraczyła mnie balsamem w kostce, który sama zrobiła! Całość wygląda tak uroczo, że żal mi zaangażować go do smarowania ciała, albowiem zadbano tu o każdy szczegół :)
M., raz jeszcze bardzo Ci dziękuję!! :*




Ostatni zakup planowałam już od bardzo dawna. Odkładałam go jednak w czasie, z różnych względów. Przede wszystkim brakowało mi kompletnego przekonania co do jego rzeczywistego sensu i działania. Ostatecznie postanowiłam dać szansę szczotce Clarisonic. Zdecydowałam się na model Mia2. Na dzień dzisiejszy nie powiem wiele, używam jej bowiem nazbyt krótko, a na zbiór moich odczuć przyjdzie czas. Uchylając jednak rąbka 'tajemnicy' - efekt po jej użyciu zdecydowanie odbiega od wszystkich dotąd mi znanych (szmatki muślinowe, gąbka Kanebo, szczotki manualne, urządzenie Sigma - recenzja).


Ufff, kto dotarł do końca, temu dziękuję :D



Miałyście do czynienia z czymś z powyższej gromadki? Jakie są Wasze wrażenia?

Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 15 listopada 2013

Essie, Chinchilly

Szynszylowy kolor z szeregu Essie zasłużył już dawno na miano kultowego. Jest to bowiem jeden z ich najlepiej sprzedających się lakierów. Pamiętam z jakim utęsknieniem spoglądałam na jego zdjęcia w sieci, gdy jeszcze dostęp do asortymentu marki był tak mocno dla nas ograniczony. Jawił mi się jako nieskalany kandydat do schludnego, biznesowego mani. Doskonale wyważony, wybornie podkreślający szyk i swoistą ekstrawagancję, którą przydymione tony wciąż trzymają w ryzach.




Chinchilly wchodzi w skład regularnej linii, więc jego zakup nie wymaga żadnych dodatkowych zabiegów.
Kolor, przynajmniej w moich oczach, jest wyjątkowo urodziwy. Do zwykłego szaraka mu daleko. Przeciwnie - jest nad wyraz szlachetny, z lekką domieszką fioletu, dzięki któremu zyskuje w ostatecznej ocenie. Mimo jego wyjątkowości wcale nie musi uchodzić za wybór unikatowy, tym samym, z jednej strony wydaje mi się, iż z powodzeniem podobnego odcienia poszukać by można pośród asortymentu innych firm. Z drugiej jednak - doskonałego sobowtóra nie znalazłam :)





Lakier potrzebuje dwóch warstw, by w pełni pokryć płytkę. Jest jednak dość rzadki w swej konsystencji, więc dla osiągnięcia w zupełności satysfakcjonującego efektu przy mniejszym nakładzie uwagi, może wymagać dołożenia i trzeciej powłoki. Jest kremowy i wysycha odrobinę ciemniej, niż sugerować może zawartość buteleczki.
Sam w sobie bardzo ładnie błyszczy, nie tworzy smug, nie rozlewa się na skórki - użytkowo również mnie zadowala :)





A co Wy sądzicie o szynszyli? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

wtorek, 12 listopada 2013

Benefit, The POREfessional


Z bazami pod makijaż miewałam różne historie. Zwykle jednak ekscesy te kończyły się rozczarowaniem, stąd do tematu podchodzę ostrożnie, a samej bazy nie traktuję jako nieodzownego elementu w moim makijażu.
Owszem, chciałabym znaleźć taką, która spełni moje oczekiwania i nie spłata mi przy okazji nieprzyjemnych figli, dlatego też od czasu do czasu decyduję się na podjęcie poznawczej próby.




Jedną z takich prób był zakup z Benefitowej szafy, The POREfessional – bazy wygładzającej, niwelującej widoczność porów, mającej w swym zadaniowym wachlarzu delikatnie ujednolicać koloryt cery i jeszcze delikatniej utrzymywać sebum w ryzach. Poza wydłużeniem trwałości makijażu, oczywiście. Dodam, iż zakup w tym wypadku nie był do końca przemyślany, wytestowany i wyczekany. Był spontanicznym efektem wynikającym z rad sephorowych konsultantek, którym magii rzadko ulegam. Wyjątek jednak regułę od czasu do czasu potwierdzić musi ;)

22 ml kosmetyku umieszczono w plastikowej, bardzo miękkiej, zakręcanej tubce. Szata graficzna widoczna na mojej wersji jakiś czas temu została zastąpiona innym obrazkiem, nie doszły mnie jednak słuchy o równoczesnej zmianie formuły zawartości, dlatego jeśli jesteście bardziej w temacie oczytane, dajcie koniecznie znać, co wiecie :)

Składowo baza wygląda, jak wygląda – jest silikonowa, więc jeden silikon trzeci drugim pogania. Historia nie jest zatem odkrywcza, wszak baz takich na rynku jest zatrzęsienie. Każda bodaj firma, niezależnie od całorocznych finansowych bilansów ma ową w swojej ofercie.
Nie ukrywam, że nigdy nie byłam zwolenniczką specyfików tego rodzaju. Głównie z uwagi na moją cerę i jej skłonności do zapychania, czy przyciągania niczym magnes zanieczyszczeń rodzaju wszelkiego. Silikony w takim stężeniu nie są moimi najlepszymi przyjaciółmi, mogą się zaś okazać brutusowymi zdrajcami, gdy pozwolę sobie na dłuższy i regularny z nimi kontakt.




Cóż, skoro już weszłam w jej posiadanie, to i zainteresowałam się tematem szerzej, a przed pierwszym twarzowym testem, przekartkowałam opinie zapoznanych już z bazą użytkowniczek. Po tym wywiadzie na drugi plan w mojej świadomości zszedł fakt, iż skład ma ryzykanckie dla mnie predyspozycje, a prowadzenie objęła żądza natychmiastowego doświadczenia fotoszopowego blura. W końcu wizja cery o wyrównanej strukturze, po której podkład sunąć będzie niczym po nieskażonym minimalnym nawet zadarciem jedwabiu, była w zasięgu ręki :) – jakby nie było, obietnice zobowiązują, czyż nie?

Ekhm, musiałabym się urodzić wczoraj, by takim w stu procentach zawierzyć ;) Tym lżejsze było moje rozczarowanie. Ale do rzeczy…

Po pierwsze. Baza ma cielisty kolor, co w istocie może przyczynić się do ultra delikatnego wyrównania kolorytu cery. Nie oszukujmy się jednak, większych problemów, niż (mocno) wyblakłe przebarwienia nam nie zakryje.

Po drugie. Jeśli na Waszej twarzy zadomowione są choćby najmniejsze suche skórki – strzeżcie się, bo baza je podkreśli. Co więcej, ma ogromne ciągoty do przesuszania skóry, przy regularnym stosowaniu może narobić poważnych szkód w tej materii, więc w takim obliczu zadbałabym o godny zaufania, efektywny nawilżacz.

Po trzecie. Warto zwrócić uwagę na sposób aplikacji tejże. Zarówno producent, jak i wszystkie źródła, u których wiedzy zaczerpnęłam, zamiast starannie rozetrzeć, radzą bazę wklepywać/dociskać – w tym ma się kryć tajemnica i ostateczne oniemiałe zadowolenie. Moje empiryczne doznania nakazują jednak stwierdzić, że większej różnicy pomiędzy obydwoma sposobami nie widać. Oczywiście, szala przechyla się na korzyść zalecanej metody, jednak nie na tyle, by owiać ją woalką odkrywczości i genialnego sukcesu.

Żeby nie było – nie jestem złośliwa, odnoszę się tylko do oczekiwań zbudowanych na obietnicach.




Ostatecznie jednak uznaję, że baza sama w sobie spełnia poniekąd postawione przed nią zadanie, bowiem trwałość makijażu przedłuża. W moim przypadku nie robi tego perfekcyjnie, lecz spisuje się na tyle, że przed większym wyjściem, kiedy liczę się z tym, że podkład będzie musiał zostać na miejscu bez ewentualnych poprawek, sięgam po tę turkusową tubkę.
Kwestie użytkowe nie odbiegają dalece od innych, również tych tańszych, alternatywnych propozycji. Podkład rozprowadza się na warstwie bazy bardzo dobrze, gładko po niej sunie i zyskuje lepszą przyczepność. Cera wydaje się gładsza, choć rozszerzone pory nadal są widoczne. Na szczęście nie mam na ich punkcie obsesji, więc fakt ten nie mierzi mnie prawie wcale. Dużo większym natomiast problemem jest dla mnie brak ewidentnie matujących właściwości. Tych nie zauważam w ogóle – baza początkowo ukazuje ten specyficzny silikonowy semi-mat, ostatecznie jednak, bez względu na użyty podkład/kompakt/puder, nie utrzymuje wydzielanego sebum w ryzach. W ogóle, podkreślam.

Pozostaje jeszcze jeden ważny aspekt. Dla trądzikowców i cer z tendencją do zanieczyszczeń, nadrzędny – zapychanie.
Tutaj moje odczucia są nad wyraz mieszane. Mój pierwszy kontakt z produktem był, delikatnie mówiąc, nieudany. Po każdym podejściu do bazy, na twarzy pojawiało się stadko nieprzyjemności. Aktualnie używam jej mniej lub bardziej sporadycznie – tak naprawdę zależnie od potrzeb i nie zauważam już tak mocno nasilonego problemu. Jestem jednak świadoma, że tego rodzaju produkty nigdy nie pozostaną obojętne dla mojej cery. I takie rozumienie proponuję też osobom borykającym się z problemami analogicznymi do moich. Ja w podobnych przypadkach idę na świadomy, jawny kompromis albo zupełnie odrzucam możliwość poznania się z kosmetykiem. Decyzja podyktowana okolicznościami i potrzebą, tylko i wyłącznie.

Baza jest niezwykle wydajna i posłużyć może przez długie miesiące – jeśli więc macie inne, lżejsze potrzeby i nadmiar gotówki (ok. 160 zł), mogę zwrócić na nią Waszą uwagę. W przeciwnym wypadku stawiam na dogłębne przemyślenie Waszych oczekiwań.

Sama natomiast szukam alternatywy dla tradycyjnych, silikonowych baz. Mam na oku Matową Osnowę z Rouge Bunny Rouge, to jednak drogi interes, do którego na dzień dzisiejszy nie jestem jeszcze odpowiednio przekonana.
A może Wy macie swoje typy?


Pozdrawiam Was,
Megdil

wtorek, 5 listopada 2013

Phenome, Blossom Therapeutic Mask

Witajcie :)


Część z Was mogła się już zorientować, jaką sympatią darzę markę Phenome. Odnajduję u nich wiele produktów, które wpasowują się w moje potrzeby doskonale.
Drugą sprawą jest fakt, że uwielbiam maseczki rodzaju wszelkiego. Zwykle stawiam na oczyszczające - z uwagi na moją tłustą, trądzikową cerę. Czasami mam jednak ochotę na maseczkowe odprężenie, nawilżenie i ukojenie stanów zapalnych.

Połączywszy wszystkie te czynniki i zapoznawszy się szerzej z ofertą firmy, sięgnęłam po łagodząco-kojącą maskę z płatkami róż, która zapowiadała się bardzo obiecująco.




Nie będę skrupulatnie opisywać obietnic producenta. Chcąc dać Wam jednak konkretny punkt odniesienia powiem tylko, że do zakupu przekonały mnie dwa z głównych efektów, za które ów ręczy: optymalne nawilżenie i odprężenie skóry oraz wyciszenie stanów zapalnych i zaczerwienień.

Zanim jednak przejdę do esencji moich obserwacji, musnę kwestie techniczne.
Produkt opakowany jest w standardowy dla firmy masywny słoik z ciemnego szkła o pojemności 125 ml. Na etykiecie znajdziemy informacje jak, do czego i dlaczego winniśmy zastosować zawartość. A ta ma żelową, bardzo lekką konsystencję, która po nałożeniu na twarz nie wchłania się, ale zasycha nie tworząc przy tym skorupy. Nie ma sensu nakładać jej bardzo grubą warstwą, do czego ja, swoją drogą, jestem przyzwyczajona - maseczek nie oszczędzam. Na uznanie zasługuje więc jej wydajność, gdyż przy regularnym stosowaniu (przynajmniej 2 razy w tygodniu) z pewnością wystarczy na przynajmniej sześciomiesięczne użytkowanie.




Tuż po nałożeniu kosmetyku na twarz da się odczuć delikatne szczypanie, które po 1-2 minutach całkowicie znika. Nie jest to ani przyjemne, ani wysoce niekomfortowe, jednak gdy dorzucę do tego zapach, bezkompromisowo różany oraz fakt, że aromat ten nie należy do ścisłej czołówki moich ulubionych, pierwsze minuty zdają się przeciągać w nieskończoność. Ja nie narzekam, bo świadomie dokonałam zakupu, licząc się z tym, że przewodnia nuta zapachowa nie będzie rozpieszczać moich nozdrzy. Zaznaczam jednak tę oczywistość ku przestrodze (bądź zachęcie) :)




Najważniejszą sprawą zawsze jest dla mnie działanie. I powiem to od razu, moje oczekiwania zostały w tym przypadku niechlubnie rozdeptane.
Po pierwsze - po masce łagodząco-kojącej spodziewam się przypływu relaksu, niekoniecznie psychicznego, ale tego odczuwalnego przez skórę. Znam maski, które są w stanie mi to zapewnić, najlepszym tego przykładem niech będzie oczyszczająca maseczka z trawą cytrynową firmy Sanoflore, albo 10 Minutes Relaxing Mask z Kanebo - da się? Owszem.
Kolejną sprawą jest kwestia tycząca się stanów zapalnych i zaczerwienień. W tym przypadku kosmetyk również się nie popisał, ponieważ ani przy regularnym stosowaniu nie zauważyłam działania przeciwzapalnego, które mogłabym przypisać Blossom Therapeutic Mask, ani po bezpośrednim jej użytku nie widzę skutków złagodzenia istniejących już zmian. Oprócz tego nie doznałam rozjaśnienia, rozświetlenia, ani nawet delikatnego wyrównania kolorytu (to a propos wyciszenia zaczerwienień). Nomen omen, zaraz po zmyciu cera jest zaczerwieniona, a stan ten mija po ok. 30 minutach.
Żeby jednak nie było tak niemrawo. Maseczkę mogę uznać za strawny nawilżacz, gdyż po jej zmyciu cera nie woła rozpaczliwie o porcję kremu, nie jest nawet odrobinę ściągnięta. Zaznaczam jednak, że to spostrzeżenia oparte na współpracy z cerą tłustą. Myślę, że w przypadku sucharków rzecz może się mieć nieco inaczej.

Podsumowując - jedynym dla mnie zauważalnym plusem jest to, iż maseczka delikatnie nawilża cerę i nie ściąga jej. Ale to mało. Za mało.


Macie z tym kosmetykiem swoje doświadczenia?
Po jakie maseczki najchętniej sięgacie?


Pozdrawiam Was,
Megdil

sobota, 2 listopada 2013

OPI, Elephantastic Pink

Witajcie :)


Przedstawiam wpis z cyklu: "Kupiła nowy lakier i musiała go od razu wypróbować" :)

Jestem fanką różu na paznokciach. Lubię go za to, jak przyjemnie ożywia nie tylko dłonie, ale i cały strój. Mam ich całą gamę - od baby pink począwszy, przez różowe korale idąc, na ciemnych, czerwienią spowitych fuksjach skończywszy :)

Zaczęłam ostatnio intensywniej krążyć wokół OPI. Markę, na rzecz Essie, odstawiłam w zapomnienie na jakiś czas i dopiero teraz zaczynam zauważać, ile pięknych kolekcji umknęło mojej uwadze. Polowanie na kilka kolorów rozpoczęte :>

Zdjęcia zrobiłam kilka dni temu, ale mój entuzjazm na widok tego uroczego koloru nie osłabł ani trochę :)




Elephantastic Pink pochodzi z wiosennej, indyjskiej kolekcji OPI z 2008 roku. Bardzo żywy, radosny i lekki róż. Może i nie zimowy, ale na przypadkowe słoneczne dni, czy choćby jako poprawiacz humoru sprawdzi się doskonale :)





Buteleczka mieści w sobie dość rzadką emalię, która pełne krycie daje po trzech warstwach. Dwie nie wyglądają źle, ale tylko wtedy, gdy przyłożymy do ich nałożenia należytą staranność. Lakier ma kremowe wykończenie, po wyschnięciu jest odrobinę ciemniejszy, niż w buteleczce. Ładnie błyszczy i niesamowicie cieszy oko :)






Co sądzicie o moim małym poprawiaczu nastrójnika? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil