piątek, 25 października 2013

Porównanie popularnych top coatów

Witajcie :)


Jest na sali ktoś, kto nie wie czym jest top coat?

Ja nie wiedziałam. I dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Przez wiele lat żyłam w nieświadomości, uboższa o wiedzę i efekt profesjonalnie wyglądającego manicure zrobionego w domowym zaciszu.
Był czas (bardzo długi czasowy odstęp), w którym to malowanie paznokci było dla mnie przykrym obowiązkiem - zmywanie, nakładanie i... czekanie! Unieruchomienie na kilkadziesiąt czasem minut było dla mnie karą za wszelkie popełnione grzeszki. Czynność tę wykonuję regularnie od lat kilku(nastu) i obecnie miałabym poważny problem z wyjściem gdziekolwiek bez warstwy emalii zdobiącej moje dłonie. Przyzwyczajenie bywa silniejsze od  obowiązku ;) Gdy usłyszałam więc o produktach, które mogą skutecznie przyspieszyć cały ten proces, bez zastanowienia sięgnęłam po swoją pierwszą buteleczkę.

Na dzień dzisiejszy mam już jasno wyklarowane wymagania, które spełnić musi lakier nawierzchniowy. Głównym, absolutnie niewzruszonym warunkiem jest rzeczywiste jego działanie przyspieszające wysychanie lakieru i jego utwardzenie - jeśli na tym polu produkt polegnie, nie daję mu już szansy na kosmetyczne katharsis.




Przechodząc do meritum.

1. Essie Good to Go - to on zapoczątkował u mnie erę ułatwionego, przyjemnego, szybkiego i ultra błyszczącego mani. W sumie zużyłam 3 opakowania - każde w innym wydaniu i, o dziwo, o innych właściwościach. Nie będę kryć swego rozczarowania, które rosło wprost proporcjonalnie do każdej nowo nabytej odsłony tego kultowego już produktu.
Pierwsza, będąca chyba pierwowzorem (biała nakrętka, niebieski motyw z logo Essie na butelce) spisywała się rewelacyjnie. Przyspieszenie wysychania utrzymane było na poziomie mistrzowskim - po pięciu minutach od nałożenia mogłam oddać się domowym obowiązkom. Fenomenalnie ukrywał ewentualne smugi, których sprawcą był lakier kolorowy, ponadto dawał niesamowity połysk i utrzymywał mani w ryzach dłużej, aniżeli bez jego pomocy byłby w stanie wytrzymać.
Kolejne opakowanie trafiło do mnie już z Superpharm, była to wersja ze srebrną nakrętką. Tutaj zaskoczyło mnie jedno - szybkość gęstnienia produktu w butelce. Tempo tego procederu było zastraszające, bowiem w połowie opakowania zawartość nie nadawała się już do normalnego użytku. Pozostałe właściwości wspominam bez znaczących różnic.
Natenczas korzystam z wersji z białą nasadką i jej poświęcę ostatnich kilka słów w temacie. Słów będących falą rozczarowań, wśród których kardynalnym zawodem jest fakt, iż do swego pierwowzoru w tempie wysuszania całego manicure się nie umywa. Owszem, przyspiesza cały ten przebieg, ale bywa i tak, że po 15 minutach od pomalowania paznokci, lakier wciąż podatny jest na odgniecenia. Zniesmaczenie wywołuje też jego potencjał do tworzenia smug na emalii bazowej i rozprowadzania na paznokciach bąbli napompowanych samoczynnie do butelki w trakcie normalnego użytkowania. Zauważyłam też jego negatywny wpływ na lakiery, które wcześniej nie sprawiały mi najmniejszych problemów - szybciej odpryskują, niektóre wręcz schodzą z paznokci płatami. Ponadto ma też ciągoty do niewielkiego obkurczania lakieru. Czarę rozżalenia przepełnia fakt, że wydajność produktu znacznie zmalała.

Mam wrażenie, że odkąd Essie oficjalnie należy do koncernu L`Oreal, jakość ich produktów nie jest już taka sama. Coraz więcej słyszy się o kiepskiej trwałości lakierów, czy ogólnej, gorszej ich jakości. Być może błędnie łączę te dwa fakty, trudno mi jednak splot tych wydarzeń pominąć milczeniem.

2. Seche Vite - na dzień dzisiejszy jest to najszybciej działający znany mi specyfik w swej kategorii. Nie dość, że wysusza mani w mniej, niż 5 minut, to i utwardza go, idealnie scalając ze sobą poszczególne jego warstwy. Nie tworzy smug, czy bąbli, a połysk, jaki zapewnia paznokciom, jest takim, który moje wymagania w temacie zaspokaja w 100%. Jego dużym minusem jest fakt, że widocznie obkurcza lakiery bazowe - najbardziej spośród całej przedstawionej tu dziś gromady. Jest też jednak najbardziej wydajnym, bowiem służył mi przez kilka dobrych miesięcy, a niezdatny do użytku stał się w momencie, gdy buteleczka opróżniona została w 3/4 całej swojej pojemności. Wielu użytkowników skarży się na jego upierdliwy zapach i toksyczny skład. Prawdą jest, że fiołkami nie pachnie, a mani zalecam robić przy otwartym oknie (bez względu na używane produkty), w składzie zaś możemy znaleźć toluen, w istocie będącym toksycznym związkiem, który może wywoływać m.in. podrażnienia oczu i skóry. Nowoczesne formuły winny odznaczać się składem jak najmniej szkodliwym dla użytkownika i w tym kierunku większość producentów zmierza. Czy SV zmieni kiedyś recepturę zachowując przy tym wszystkie swoje zalety?

3. Poshe - jawił się przez pewien czas jako 'zdrowsza' alternatywa dla Seche Vite. Lepszy skład, takie samo działanie. Na te slogany reklamowe marketingu różnorakiego złapałam się i ja. No bo dlaczego nie zastąpić czegoś dobrego czymś potencjalnie lepszym? Pełna nadziei - kupiłam. Zacznę od tego, że ze 'zużyciem' nie miałam problemu, gdyż wydajność Poshe nie jest najwyższych lotów. Posłużył mi naprawdę krótko, a zgęstniał po zużyciu jakichś 65% buteleczki. Do czasu mojej konfrontacji z najnowszą wersją GTG, uważałam Poshe za najmniej wydajny top spośród całej trójki. Teraz obydwa są dla mnie porównywalne. Lakier wysuszał w tempie akceptowalnym, choć bywało i tak, że po kilkudziesięciu minutach nadal był jeszcze odrobinę plastyczny, co nie przekładało się na mój pełen komfort i zadowolenie z niego. Podobnie, jak aktualna wersja GTG, miał tendencje do przenoszenia pęcherzyków powietrza z buteleczki na paznokcie. Oczywiście, przy odrobinie wprawy, da się tę niedogodność zniwelować, ale taka zabawa potrafi niestety zepsuć całą przyjemność. Połysk pozostawiony przez warstwę Poshe nie jest tak intensywny, jak dwóch jego poprzedników, ale nadal widoczny. Wpływu na trwałość lakierów bazowych nie zauważyłam.


Obejmując temat ogólnie - wszystkie powyższe lakiery nawierzchniowe mają swój wspólny mianownik. Wywiązują się bowiem z zadania, jakie przed nimi stawiam. Każdy z nich ma jednak właściwości i zachowania charakterystyczne dla siebie, co z kolei (pozornie) pozwala rozwikłać niezdecydowanie i skierować się ku temu najbardziej optymalnemu.
Dlaczego pozornie? Moje rozczarowanie Essie składnia mnie ku SV, jednak ten składowo nie do końca mnie zadowala. Z kolei Poshe, będący przyjaźniejszą pod tym względem alternatywą, jest dla mnie jednocześnie słabszym wydaniem SV w ujęciu ogólnym.

Ideału, jak widzicie, nie znalazłam. Podejrzewam więc, że będę wracać zarówno do SV, jak i Poshe. Pozycję z Essie zostawię na wypadek, gdybym z jakichś przyczyn nie zdążyła zaopatrzyć się w któryś z tej dwójki powyżej, bowiem ten pozostaje w stacjonarnym, odręcznym zasięgu.


Jakie jest Wasze zdanie w temacie top coatów? Zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami?
A może macie swojego ulubieńca?


Pozdrawiam Was,
Megdil

niedziela, 20 października 2013

Chanel, Particulière

Witajcie :)


Przygotowałam na dziś jedną ze sztandarowych jesiennych propozycji kolorystycznych w manicure.

Taupe.




Moja natenczas ulubiona wariacja występuje pod osłoną Chanel i pochodzi z wiosennej kolekcji z roku 2009.
Particulière to pomieszanie szarości z brązem, który zauważalnie ociepla całość i znikomą drobiną fioletu, który z owej mikstury ujawnia się bardzo nieśmiało. Taupe nie jest wydaniem ultra kobiecym, ale na pewno bardzo eleganckim, który odnajdzie zastosowanie nie tylko w codziennym użytkowaniu, ale również przy okazji oficjalnego wyjścia, czy w pracy, gdzie manicure prezentować się musi nienagannie.





Lakier nakłada się bezproblemowo, konsystencja nie zmieniła się ani trochę od momentu pierwszego użycia (rok 2010?). Pędzelek jest cienki, ale idealnie giętki, a w połączeniu z optymalną gęstością formuły i dobrą pigmentacją czyni całość przyjemną w obsłudze. Ja zawsze nakładam dwie warstwy, bo tyle według mnie potrzeba, by osiągnąć idealną głębię koloru, ale u niecierpliwców i jedna grubsza zdałaby egzamin. Wysycha szybko i ładnie błyszczy.




Lubicie lakiery w tym charakterystycznym kolorze? Macie jakieś ulubione?



Pozdrawiam Was,
Megdil

czwartek, 17 października 2013

Makijażowe denko

Witajcie :)


Przybywam dziś z dalszą częścią denkowego cyklu.
Jako że jestem zwolenniczką zużywania kosmetyków w globalnym do nich odniesieniu, również kolorówka jest przeze mnie doprowadzana do stanu wyczerpania - w związku z tym podsumuję dziś kilka tych kosmetyków, które dzielnie stanowiły o mojej urodzie wśród ludzi ;)




1. Lily Lolo, Podkład mineralny
Znalezienie odpowiedniego dla mojej wymagającej, często problematycznej cery podkładu jest nie lada wyzwaniem. Doceniam różne konsystencje i właściwości, mogę nawet rzec, że wciąż szukam optymalnego dla siebie rozwiązania. Przygodę z minerałami zaczęłam jakieś dwa lata temu i wówczas, po raz pierwszy, sięgnęłam po Lily Lolo. Cera płatała mi wtedy różne figle, ja dobrałam gryzący się z jej kolorytem odcień, dodatkowo podkład czynił na mojej twarzy dziwne historie - warzył się, szybko schodził, podkreślał pory... Szybko się go pozbyłam i zapomniałam. W zeszłym roku jednak, po udanej przygodzie z minerałami innej firmy, postanowiłam dać LL jeszcze jedną szansę. Tym razem postawiłam na odcień Warm Honey, który świetnie wpisał się w moją kolorystyczną potrzebę. Jego działanie mnie zaskoczyło, bowiem pokazał się z nieco lepszej strony - ładnie wyrównywał koloryt cery, choć krycie miał raczej średnie. Wprawdzie można je budować, ale ja mogłam pozwolić sobie na max 2 warstwy, gdyż każda kolejna zanadto obciążała mi cerę i powodowała, że obecność podkładu na twarzy dawała się we znaki. Trwałość, przy bardzo tłustej cerze, oceniam bardzo średnio, gdyż bywały takie dni, w których makijaż trwał w stanie pokazywalności przez cały dzień (oczywiście z pudrowymi poprawkami) - nie było idealnie, ale gorsze rzeczy widziałam. Wytrzymywał nawet taneczne imprezy, ale potrafił też niemile zaskoczyć wzmożoną podatnością na ścieranie się z buzi, w okolicach nosa szczególnie. Na twarzy wygląda dobrze, o ile umiejętnie go rozprowadzimy, miałam jednak do czynienia z dużo lepszym efektem i dlatego wzbudzenie we mnie euforii w tym temacie to trudny do osiągnięcia cel. Czy do niego wrócę? Nie wiem, natenczas mam zamiar szukać dalej.

2. Make Up For Ever, HD Powder
Nie będę owijać w bawełnę, jeden z moich ulubionych pudrów wykańczających. Dobrze matuje cerę, utrwala makijaż, wygładza rysy twarzy, minimalizuje widoczność porów. Świetny produkt o bardzo dobrej wydajności. Ja tego rodzaju kosmetyki lubię nakładać puszkiem, wtedy zauważam również przedłużenie trwałości całego malunku. Wiem, że przy codziennym stosowaniu może przesuszać cerę. Nawet mnie, wybitnemu tłuściochowi zdarzyło się to kilkukrotnie, ale nigdy nie osiągnęło to rangi spustoszenia, a podstawowy krem nawilżający za każdym razem z tym problemem się rozprawiał. Polecam i na pewno kupię ponownie.




3. MAC, Blot Powder
To mój kolejny pewniak. Bardziej matującego pudru jeszcze nie miałam. Mimo że predestynowany został do czynienia poprawek w ciągu dnia, czasami wykańczałam nim również makijaż - w obu przypadkach sprawdzał się bardzo dobrze. Wprawdzie jest dość grubo zmielony, ale jego obecność na twarzy w oczy naszych rozmówców się nie rzuca, więc jako minus tego nie poczytuję. Zwłaszcza, że z działania jestem zadowolona. Zużyłam kilka opakowań, a to na pewno nie będzie ostatnim :)

4. Guerlain, Meteorites Compact, Prasowany puder rozświetlająco-matujący
Czy rozświetlony mat w jednym brzmi dla Was oksymoronicznie? Dla mnie była to czysta fantazja, w dodatku mało błyskotliwa, dopóki nie zaznałam tego pudru :D W swym sprasowaniu jest wspaniale zmielony, bardzo jedwabisty, efekt na twarzy mogłabym porównać do osławionego fotoszopowego, tyle że w namacalnym wydaniu. Twarz po jego użyciu jest odświeżona, promienna i złagodzona. Bez jakichkolwiek drobinek, rzecz jasna. U mnie nie utrzymuje matu szczególnie długo, ale taka już moja uroda. Nie będę rozpływać się nad opakowaniem, które jest piękne, urocze i nęcące, ma lusterko i przyjemny puszek celująco sprawdzający się w aplikacji pudru. Świetny kosmetyk i gdyby nie był taki drogi, na pewno gościłby u mnie częściej :)




5. Nars, Laguna Bronzing Powder
Absolutnie rozumiem jego fenomen. Ma idealny odcień - sprawdza się przez cały rok, przy różnym natężeniu opalenizny, a także w przypadku jej braku. Posiada w sobie delikatny, złoty shimmer, który na twarzy daje po prostu ładne wykończenie, nie matowe, ale bynajmniej, również nie błyszczące. Jest trwały, nie zmienia koloru w kontakcie z sebum, łatwo i przyjemnie rozprowadza się na twarzy nie tworząc plam. Nadaje się zarówno do konturowania (ubóstwiam to, jak twarz z nim wygląda) jak i do podkreślenia nim policzków zamiast różu. Żałuję, że w Polsce tak o niego trudno. Ukochany przeze mnie, wróżę nam świetlaną przyszłość :)

6. Bobbi Brown, Creamy Concealer Kit
Zgodzę się z jego reklamowaną kremowością, na pewno nie wysusza delikatnych okolic oczu i całkiem dobrze radzi sobie z ukryciem zasinień, przynajmniej tych 'mieszczących się w normie'. Daje wykończenie satynowe, które potrzebuje delikatnego pudru wykańczającego, inaczej nici z zamierzonego 'bezcieniowego' efektu. Na szczęście ten występuje z korektorem w duecie - jest drobno zmielony i nadaje się nie tylko do gruntowania korektora, bowiem dostępny jest również w regularnym, dużym opakowaniu jako puder przeznaczony do twarzy (o taki). Niestety, korektor lubi zbierać się w zmarszczkach mimicznych, a to mija się z rezultatem powszechnie pożądanym. Ja w jego kierunku już nie spojrzę.




7. Bobbi Brown, Lip Balm SPF15
Mój ulubiony balsam ochronny. Doskonale strzeże usta latem przed przesuszeniem, zimą niezastąpiony w ochronie przed mroźnymi, mało sprzyjającymi warunkami. Oprócz walorów pielęgnacyjnych ma też inny przymiot - daje na ustach efekt zdrowo błyszczących i nawilżonych warg, przy czym absolutnie się nie klei i trwa na nich długo. Często sięgałam po niego w zastępstwie szminek tudzież błyszczyków. Jest niesamowicie wydajny, ma specyficzny zapach, raczej nie powalający, ale w obliczu całego dobra, które mi daje, mankament to dla mnie żaden. Bardzo chętnie sięgnę po niego ponownie :)

8. MAC, Cień do powiek Brulé
Beżowy cień idealny do każdego makijażu. Świetnie wyrównuje koloryt powieki, odświeża spojrzenie, może okazać się przydatny również do zagruntowania korektora pod oczami. Przyjemny we współpracy, bardzo wydajny, nie pyli w opakowaniu, nie osypuje się podczas nakładania. Bardzo lubię i chętnie wrócę.

9. Inglot, Cień 355 Matte
Kolejny beż, jednak z delikatnymi różowymi tonami. Tak samo przydatny jak poprzednik. Używałam zamiennie. W odróżnieniu do Brulé, pyli i może się osypywać, jest przez to zauważalnie mniej wydajny. Ale i tańszy. Nie wykluczam powrotu, choć aktualnie mam w użytku 353, którego swoją drogą, uważam za bardzo udany dupe Brulé.


Znacie któryś z moich denkowców? :)
No i jak Wasze denko? :D


Pozdrawiam Was,
Megdil

czwartek, 10 października 2013

Essie, Beyond Cozy

Witajcie :)


Stało się coś niebywałego. Na moich paznokciach nastał brokat. Nie, nie byle jaki i wcale nie oczywisty. Nie przeładowany, a delikatny w swoim bogactwie. Wciąż przykuwający wzrok i naprawdę wyjątkowy. Szlachetny taki :)

Beyond Cozy pochodzi z zeszłorocznej zimowej kolekcji Leading Lady. Lakier balansuje pomiędzy kolorami dwóch szlachetnych metali, które zestawione obok siebie do niedawna jeszcze budziły szok i poczucie estetycznego zniesmaczenia ;) Myślę jednak, że już sama buteleczka z tym srebrnym złotem zachwycić może sama w sobie, błyszczy niepojęcie :)





Lakier na paznokciach wygląda obłędnie. Efekt, który widzicie na zdjęciach to kwestia nałożenia dwóch warstw. Aplikacja przebiega bezproblemowo, mimo że lakier ma specyficzną konsystencję. Trochę gęstą, szybko zasychającą, nie nazwałabym go jednak glutowatym.





Jestem w posiadaniu wersji z cienkim pędzelkiem, nie ośmieliłabym się jednak na niego w tym przypadku narzekać, gdyż mimo mojego uwielbienia do pędzelków takich, jak te w europejskim wydaniu Essie, nie odnotowałam najmniejszych nawet problemów podczas nakładania emalii na płytkę. Co więcej, cały mani zajął mi nie więcej, niż 15 minut.





Efekt na paznokciach bez topu nazwałabym preludium do wykończenia piaskowego, którym dotąd nie wzbogaciłam mojej kolekcji (wszystko przede mną). Po nałożeniu dwóch cienkich warstw Good To Go nadal wyczuwam lekko chropowatą strukturę, która nie haczy, nie przeszkadza, ale wzmaga chęć do macania paznokci opuszkami palców ;)




Na tych wszystkich przymiotach i bajecznym wyglądzie znajduje się jednak rysa - zawodzi mnie jakość, gdyż lakier nie trzyma się na moich paznokciach najlepiej. A nastawiałam się na coś zgoła innego. Sądziłam, że tak gęsto usiany brokat z własnej, nieprzymuszonej woli od paznokci się nie odczepi. Tymczasem schodzi z paznokci całymi płatami. Szczęście w nieszczęściu, że tak sprawnie się go aplikuje, a sam w sobie schnie w zadowalającym tempie i można go na szybko domalować, bo inaczej moja złość nie miałaby końca.

Jestem w kropce. Bo efekt lubię, i to bardzo, mimo iż takiego wybuchu uwielbienia się nie spodziewałam. Ale ta skandalicznie kiepska trwałość? :(
Być może źle się z nim obchodzę? Wszak z brokatem nie mam bujnych doświadczeń ;)


Macie Beyond Cozy? Jakie są Wasze wrażenia?


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 7 października 2013

Włosowe denko

Witajcie :)


Nie lubię nieporządku, a taki wprowadzają w moje poczucie estetyki puste opakowania (których zbieractwo totalne nie weszło mi jeszcze w krew ;)). By oczyścić otoczenie rozpoczynam dziś krótki cykl denkowych wpisów, bowiem kilka zużytych kosmetyków w mniej lub bardziej odległym czasie się u mnie uzbierało :)

Dziś skupię się jedynie na tych, które służyły mi do pielęgnacji włosów. To zaledwie ich część, bo wiele z nich po prostu wyrzuciłam. Nic to jednak straconego, na każdego przyjdzie pora, jak to mówią ;)




1. Klorane, Szampon na bazie chininy i witamin B.
Z uwagi na moje wypadające włosy od czasu do czasu sięgam po szampony, w których potencjale leży zniwelowanie tego problemu. Klorane byłam ciekawa, wszak to firma apteczna, specjalizująca się w kosmetykach przeznaczonych do włosów, do tego wcale nie najtańsza, więc oczekiwania miałam spore. Niestety, produkt się u mnie nie sprawdził. Oprócz przyjemnego, ziołowego, nieco męskiego zapachu i tego, że dobrze oczyszczał włosy, nie zauważyłam żadnych pozytywnych aspektów jego stosowania. Oczywiście, nie ośmieliłabym się wymagać zahamowania wypadania włosów po jednym opakowaniu, które w dodatku nie było najbardziej wydajnym, ale potwornego plątania moich kosmyków wybaczyć i zdzierżyć nie mogę.

2. Yves Rocher, Stymulujący szampon przeciw wypadaniu włosów.
Ten z kolei sprawdza się znacznie lepiej. Skutecznie oczyszcza włosy, nie plącze ich, pozostawiony na włosach/skórze głowy na minut kilka powoduje charakterystyczne poczucie 'łaskotania' (znaczy się - działa?), poza tym fajnie pachnie, jak na tę pojemność (200 ml) jest całkiem wydajny, dobrze się pieni i naprawdę coś z tym wypadaniem robi. To nie moje pierwsze i nie ostatnie opakowanie. Na pewno będę wracać :)




3. John Masters Organics, Odżywka z Cytrusem i Gorzką Pomarańczą.
Wspaniały kosmetyk, którego pełną recenzję znajdziecie *tutaj. Doskonale radzi sobie z moimi napiętnowanymi dekoloryzacją i regularnym prostowaniem włosami. Pięknie je wygładza, nawilża, dodaje życia :) Przyjemnie pachnie i budzi we mnie wiarę w odzyskanie świetności mojej czupryny. Poza tym odznacza się sporą wydajnością. Wrócę do niej, bez dwóch zdań.

4. L`Occitane, Odżywka do włosów z masłem shea.
Powiem tak: składowo odżywka nie powala, ma silikony i trochę chemii, do certyfikowanej natury jej daleko. Ale polubiłam. Co prawda nie uważam, by był to produkt niebywale odżywczy, jednak zauważalnie poprawia stan włosów. No, przynajmniej wizualnie. Włosy są zdyscyplinowane, miękkie, ładnie błyszczą, przyjemnie pachną - świeżością i czystością (aromat podobny do zapachu sławnego kremu do rąk z tej samej firmy). Ma lekką konsystencję i brak ciągot do obciążania włosów. Kosmetyk przyjemny, ale czy kupię go ponownie? Nie wiem, znam inne i tańsze.




5. Macadamia Natural Oil, Deep Repair Masque.
Kosmetyk, który swego czasu bił na głowę wszystkie inne, nazwałam go nawet moim KWC :) Maska sprawdzała się u mnie fenomenalnie, jeszcze przed dekoloryzacją. Używałam jej co 3-4 dni, bo mniej więcej tyle utrzymywał się wówczas efekt na moich kosmykach (tak długo działającego kosmetyku do włosów w życiu nie miałam) i to przy codziennym ich myciu! Lepszej i piękniejszej czupryny, jak po niej nie miałam nigdy (wykluczając oczywiście moje naturalne włosy, w dalekiej, młodzieńczej przeszłości ;)). Nie wiem, ile opakowań zużyłam :) Niestety, po dekoloryzacji nie było już tak pięknie i gładko. Owszem, kosmetyk nadal robi swoje, nadal go lubię, gdyż włosy odżywia i zmiękcza, ale został zdetronizowany przez JMO. Ma bardzo gęstą, kremową konsystencję, jest niezwykle wydajny i intensywnie, acz przyjemnie pachnie. Mimo wszystko, darzę ją sentymentalną sympatią i być może kupię kiedyś ponownie.

6. Lush, American Cream.
Olaboga! Przyznaję, kupiłam tę odżywkę na fali jej popularności. Początkowo podobało mi się w niej wszystko - skład ładny, zapach przyjemny (ba, owiany legendą!), włosy po niej wygładzone, miękkie, błyszczące, naprawdę nawilżone. Tak... Do czasu. Jakkolwiek właściwości pielęgnacyjnych wcale tu nie podważam, tak zapach... Zapach stał się dla mnie zmorą. Tak intensywny, tak mocny i specyficzny, utrzymujący się na włosach bodaj do kolejnego mycia! Powodował ból głowy i nieprzyjemne odruchy ;) Dziękuję, nie wrócę. Zużyłam 1/3, resztę wyrzucam, bo i nie wiem, czy to się jeszcze do czegokolwiek nadaje. Zapach nie zmienił się ani trochę, ale konsystencja mi nieco podpada, a na opakowaniu nie widzę daty przydatności, więc - goodbye, my hater.




7. Alverde, Olejek do włosów.
Nazywany potocznie olejkiem arganowym ;) Kupiłam go głównie z myślą o olejowaniu włosów, ale była też nadzieja na jego zabezpieczające działanie, więc w planach miałam zamiar stosować go również jako takie serum na końcówki. Cóż, nie sprawdził się w żadnym z tych przypadków. Stosowany jako serum przetłuszczał włosy, bez znaczenia była ilość, jaką moje kosmyki potraktowałam. Po olejowaniu natomiast włosy były napuszone i obrażone ;) Nie nawilżał, nie wygładzał, pozytywnego działania u mnie brak. Jednakże! Daga z bloga Infinity poleciła mi potraktowanie nim m.in. stopy. I co? Teraz żałuję, że się skończył :D W tej roli sprawdził się wyśmienicie. Gładkie piętki, nawilżona okolica kostek, stópki miękkie, nic tylko się miziać, serio! Na strategiczne miejsca na ciele polecam, włosy zaś radzę omijać (choć wiem, że gros osób jest z niego bardzo zadowolonych).

8. Eco Spa, 100%  Olej arganowy ze świeżych orzechów, zimnotłoczony.
Olej, od którego zaczęłam moją historię ze świadomym olejowaniem (jej początek scharakteryzowałam *tutaj). Ma specyficzny zapach, ale po pewnym czasie stał się dla mnie całkiem przyjemny (nie bez znaczenia były tu efekty, z którymi mi się skojarzył :)). Włosy olejuję co drugi dzień, przez całą noc, utrzymuję w tym absolutną regularność, a olej arganowy okazał się w moim przypadku strzałem w dziesiątkę. Buteleczka 30 ml wystarczyła mi na nieco ponad miesiąc, bodajże (oleju sobie nie żałuję), a po tym okresie kondycja moich włosów zaskakująco się poprawiła. Jestem z niego niesamowicie zadowolona i bez cienia wątpliwości kupię go ponownie.

9. Eco Spa, Olej z nasion maliny, zimnotłoczony.
Kolejne wspaniałe odkrycie. Mam wrażenie, że jemu moje włosy są jeszcze bardziej wdzięczne! Błyszczące, wygładzone, sypkie, mięsiste. Cudowny olejek, niestety 10 ml wystarczyło mi na zaledwie kilka użyć. Mało ekonomiczny interes, ale raz na jakiś czas będę do niego wracać. Nie przepadam za jego zapachem, kolor też ma specyficzny - zielonkawy ze swoistą 'zawiesiną'.
Obejmując temat olejowy - polecam Wam Eco Spa, mają szeroką ofertę, produkty są dobrze zapakowane, fajnie opisane, wyglądają estetycznie, a zawartość jest wysokiej jakości.


Tyle na dziś :))

Znacie któryś z tych kosmetyków? Chętnie usłyszę Wasze zdanie!


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 4 października 2013

OPI, A Oui Bit of Red

Witajcie :)


Czerwień na paznokciach to jest to, co lubię. Te z niebieskimi tonami, te malinowe, te o pomarańczowym podbiciu. Z drobinkami, kremowe, klasyczne, co tylko i jakie tylko :) Wierzyć mi się nie chce, że jeszcze 3 lata temu był to dla mnie kolor iście ekstrawagancki, z którym nie potrafiłam się do końca oswoić. Aktualnie w swoich zbiorach mam ich kilka i obok delikatnych, mlecznych kolorów uważam je za najbardziej uniwersalne wyjście pasujące na każdą okazję.

Nigdy nie hierarchizowałam firm według kolorów, które im najlepiej wychodzą. Moją ulubioną marką jest Essie - robią świetne kremy, piękne pastele, w zasadzie niewiele jest u nich kolorów, które zupełnie mi nie pasują. Inaczej jednak rzecz się ma, kiedy zaczynamy rozmowę o czerwieniach. Najlepsze bowiem, według mnie, robią fachowcy OPI. Mogłabym wymienić całą gamę tych, które wpasowują się w moje gusta, a jeśli dołączymy do tego świetną jakość, a tej czerwień jednak wymaga, zwycięstwo marki nie wymaga tłumaczeń :)
Aktualnie niebywale marzy mi się sztuka ze Skyfall Collection, The Spy Who Loved Me - dlaczego nie kupiłam go, gdy był tak łatwo dostępny?! Nic to, szukać będę, aż znajdę! <3

Po tym przydługim wstępie przedstawiam Wam piękną, acz dość niestandardową czerwień, A Oui Bit of Red.




Kolor pochodzi z jesiennej, francuskiej kolekcji z roku 2008, wydaje mi się jednak, że został zaangażowany do stałej kolekcji i winien być dostępny bezproblemowo.





Zaznaczam od razu, że pomimo wysiłku, jaki w to włożyłam, nie udało mi się uchwycić realnego koloru na moich zdjęciach, mimo że próbowałam w różnym świetle, dodatkowo aparat zwykle kiepsko z czerwieniami współpracuje. Podjęłam też próbę poszukania swatchy w sieci, żaden jednak nie był dostatecznie zbliżony do rzeczywistości. Czerwień ta jest bardziej malinowa, nie tak ciepła i zawiera w sobie fuksjowy shimmer, który na paznokciach widoczny nie jest, ale bezużytecznym nazwać go nie można, bo dodaje całości głębi i dodatkowego blasku.





Nazwać go można śmiało jednowarstwowcem, bo tyle tylko potrzebuje, by pięknie pokryć paznokcie - bez smug i prześwitów. Jednak dla osiągnięcia głębi, o której wspomniałam wyżej, należy czynność powtórzyć.
Konsystencja jest niezwykle kremowa, świetnie rozprowadza się po płytce, nie rozlewa na skórki, gdyż gęstość ma idealną. Lakier kupiłam już jakiś czas temu (2 lata?), a nadal utrzymuje swoją świeżość i dobrą jakość.




A co Wy sądzicie o czerwieniach? Podoba Wam się moja propozycja? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 2 października 2013

Pat&Rub, Drenujący Olej do Ciała HOME SPA

Witajcie :) 

Dbanie o ciało utrzymuję na równi z pozostałymi pielęgnacyjnymi wątkami. Złuszczanie, nawilżanie i utrzymywanie regularności tych czynności zapewnia mi komfort i zadowolenie ze stanu skóry. Warunkiem do utrzymania tej formy jest nie tylko regularność, ale także odpowiednio dobrane kosmetyki.

W mojej ‘cielesnej’ pielęgnacji prym wiodą głównie treściwe masła, które mocno odżywią i nawilżą skórę. Nie muszą bić rekordów wchłaniania,  nie muszą zbierać samych pozytywnych laurów, nie muszą czarować wymyślnymi ideami. Muszą działać. To gwoli wyjaśnienia moich potrzeb.

Po kosmetyki Pat&Rub sięgam często i chętnie. Odpowiadają mi składy, formuły, zapachy, czy nawet same opakowania. Stosowanie ich w większości sprawia mi przyjemność, a to w pielęgnacyjnych rytuałach również nie pozostaje bez znaczenia.
Mając w głowie wszystkie te przymioty, sięgnęłam po kosmetyk, o którym wiele wcześniej nie słyszałam. Drenujący olej z serii Home Spa.




W pierwszej kolejności rzuca się w oczy forma jego podania. Szklana, dość ciężka, zakręcana butelka z niewielkim otworem, otoczona charakterystyczną dla linii Home Spa plakietką w turkusowym kolorze. Ma być elegancko i luksusowo.
Odnajdziemy tu wszelkie potrzebne informacje – możliwe zastosowanie produktu, termin jego przydatności, skład oraz krótki opis producenta tych najbardziej istotnych komponentów. Cacy.

Sposób aplikacji może być przez niektórych postrzegany jako niewygodny, uciążliwy i nieadekwatny do ceny, jaką za kosmetyk zapłacić musimy – brak tu pompki, czy innej przydatnej formy aplikatora. Nie zwykłam jednak spisywać na straty kosmetyków, których opakowanie nie do końca łechce moje wybujałe wymagania. I dobrze, bo niewielki otwór, w tym przypadku, wywiązuje się ze swego zadania celująco, bowiem pozwala wydobyć z opakowania tyle produktu, ile sami chcemy – nic się nie przelewa, nie wylewa, nie marnuje.




Kolejna kwestia - zapach. Tak, to w przypadku firmy Pat&Rub kontrowersyjna materia. W większości jest intensywnie, bezkompromisowo i bardzo charakterystycznie.
Jakiś czas temu opisywałam Wam scrub z tej samej serii (*klik). Zapach bardzo mi odpowiadał, był przyjemny, bardziej eteryczny, niźli pozostałe znane mi kompozycje zapachowe marki. Już podczas pierwszego użycia olejku doznałam zaskoczenia, gdyż okazało się, że zapach dalece różni się od posmakowanego już delikatnego, cytrusowego aromatu pilngu. Ten jest mocno ziołowy, trochę leśny (?), doprawiony nikłą cytrusową nutą. Kojarzy mi się z kosmetykami przeznaczonymi stricte do stóp ;) Nic to, choć początkowo nie byłam zachwycona, z czasem przyzwyczaiłam się i do tego, zwłaszcza, że chwilę po aplikacji zapach staje się mniej wyczuwalny i wybija tę przyćmioną cytrusową woń.

Wspomnę jeszcze o wydajności, gdyż tu zaskoczenie było jeszcze większe. Tym razem bardzo przyjemne. W przypadku regularnego, codziennego stosowania, na całe ciało, olejek (125ml) wystarczyłby mi spokojnie na 1,5 miesiąca (albo i dłużej!). Myślę, że każdy, kto ma jakiekolwiek doświadczenie z podobnymi formami nawilżania, wie,  iż ich wydajność jest zdecydowanie niższa, niż ta przypisana masłom, czy balsamom. Używałam już kilku różnych olejków i z niepodważalnym przekonaniem mogę uznać tę sztukę za najbardziej wydajny olejek do ciała, z jakim miałam styczność.




Skoro kwestie techniczne mamy za sobą…
Drenujący olejek od Pat&Rub kupiłam z myślą o wspomożeniu mojej walki z cellulitem.  Początkowo planowałam go więc stosować jedynie na problematyczne okolice ud i pośladków, gdzie swoją drogą, w połączeniu z podręcznym masażerem sprawdzał się całkiem do rzeczy. Widząc jednak, jak dobrze radzi sobie ze skórą w tych okolicach, zaczęłam go aplikować taśmowo, po całości. I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że olejek fantastycznie nawilża najbardziej chimeryczne miejsca na moim ciele. Podczas jego stosowania zapominam o problemie suchych placków na ramionach, których kłopot wpisany jest w moje pielęgnacyjne zmagania. Łokcie i kolana od czasu do czasu potrzebują czegoś cięższego, ale łydki, także będące moją bolączką, są w pełni ukontentowane. Olejek wchłania się przyzwoicie, choć chwilę na wmasowanie go w skórę powinniśmy poświęcić.
Przy regularnym stosowaniu skóra staje się bardziej sprężysta i ujędrniona. Jest dostatecznie nawilżona i utrzymuje swą gładkość. Czy produkt jest w stanie rozprawić się z cellulitem? Samodzielnie na pewno nie (acz żadne to odkrycie, więc wątku nie podejmuję), zaś w połączeniu z odpowiednią fizyczną aktywnością wspomaganą energicznymi masażami widocznie upiększy skórę, a i samą tę walkę namacalnie dofinansuje.
Dodam jeszcze, iż kosmetyk można stosować dwojako – tak, jak ja, czyli jako typowy nawilżacz po kąpieli, lub też jako specyfik stosowany w jej trakcie.

Jestem za, a Wam polecam :)


Znacie ten kosmetyk? Może polecacie inne olejki do ciała?


Pozdrawiam Was,
Megdil