wtorek, 27 sierpnia 2013

Korres, Wild Rose Brightening Eye Cream SPF15

Witajcie :)


Uwielbiam specyfiki pod oczy i będę to podkreślać. Moja skóra w tych okolicach zawsze wydawała mi się normalną, jednak życie (aka mijające lata :P) weryfikują zarówno człowieczy wygląd, jak i wymagania. Skóra pod oczami wymaga szczególnej troski, bowiem jest ona najdelikatniejszym obszarem na całej twarzy, ponadto to tutaj zwykle pojawiają się pierwsze zmarszczki, więc trzeba się z nią odpowiednio obchodzić.

Bardzo chętnie sięgam więc po kremy, o których działaniu nie miałam wcześniej okazji się przekonać, mimo iż kilku ulubieńców w tej kategorii mam.
Dziś o kosmetyku, który na takie miano również sobie zapracował.

Korres, Wild Rose Brightening Eye Cream SPF15.




Specyfikiem tym zainteresowałam się zupełnie przypadkiem w czasie, gdy marka Korres była dla mnie jeszcze zagadką. Przyznam, że niewiele na jego temat czytałam, bo i ciężko było mi znaleźć rzetelne informacje. Zdecydowałam się jednak i absolutnie tego nie żałuję.

Krem został przeznaczony dla osób borykających się z drobnymi zmarszczkami i cieniami pod oczami - a według producenta, zawarty w nim olejek z dzikiej róży, będący naturalnym źródłem witaminy C, winien być w tej walce skutecznym sprzymierzeńcem.

Skład, skoro już przy tym jesteśmy, według mnie, jest całkiem zadowalający. Marka Korres, wbrew wielu krążącym opiniom, nie specjalizuje się w formułowaniu 100% naturalnych kosmetyków. Ułatwia jednak rozeznanie osobom, które na to zagadnienie zwracają jedynie pobieżną uwagę, zamieszczając na swojej oficjalnej stronie, w opisie każdego produktu, tabelkę zw. "Formula Facts".
Dzięki takiej 'karcie' już na pierwszy rzut oka dowiadujemy się, iż w/w krem ma w sobie 79,7% naturalnych komponentów i charakteryzuje się m.in. brakiem olejów mineralnych, silikonów, czy parabenów.




Opakowanie, w którym krem otrzymujemy, również mi się podoba (mimo braku pompki, której jestem zwolenniczką i wyszczególnionego składu, którego na głównym opakowaniu nie powinno, moim zdaniem, braknąć). Prosta, plastikowa, zakręcana tubka o pojemności 15ml, z której dozowanie odpowiedniej ilości kosmetyku nie nastręcza najmniejszych problemów. W połączeniu z kremową konsystencją powoduje, że kosmetyk przyjaźnie odznacza się swoją wydajnością, gdyż tę, przy codziennym użytkowaniu, szacuję na jakieś 4 miesiące.




A jakie są moje spostrzeżenia po tym okresie?

W kremach pod oczy cenię sobie lekkość (przynajmniej na razie), ale i sowite nawilżenie. I to Korres mi zapewnił. Wklepany zarówno w skórę pod oczami, jak i na górną powiekę (mimo iż producent sugeruje ten ostatni obszar pominąć), wchłaniał się w mgnieniu oka, pozostawiając skórę nawilżoną, miękką i zrelaksowaną. Nigdy mnie nie podrażnił, a powstałe opuchnięcia po źle przespanej nocy, w cudowny sposób, po kilkunastu minutach, niwelował. Świetnie sprawdzał się pod makijaż, nie powodował rolowania się kosmetyków i nie wpływał na ich trwałość.

Jednym z jego atutowych zadań jest walka z problemem cieni pod oczami. Ja z takową dolegliwością się nie borykam, jednak w zewnętrznych kącikach oczu moja skóra jest zauważalnie ciemniejsza od reszty ich okolic. I tu spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdyż krem delikatnie te punkty rozjaśnił - nie unicestwił różnicy, ale coś z tym zagadnieniem zrobił, za co pozostaję mu wdzięczna.
Kolejną zgryzotą są zmarszczki pod oczami - szczęśliwi ci, którzy pojęcia tego z własnej autopsji nie znają! :P W mój los, niestety, takowe są wpisane. Czasami wadzi mi ten fakt, wszak mimo doniesień, iż twarz dotknięta tym echem emocjonalnej mimiki przedstawia ludzkie historie, wolałabym jednak móc to zmarszczkowe natężenie kontrolować. Jak to mówią? Marzenie ściętej głowy? Cóż... Gdybym w te różane obietnice już na początku uwierzyła, mogłabym się srogo rozczarować, gdyż krem w tej kwestii mi nie ulżył. Linie jak były, tak są - plus taki, że ich nie przybyło!

Podsumowując. Krem jest dobrym nawilżaczem i jeśli takiego szukacie, serdecznie Wam go polecam. Jego koszt jest różny i waha się w zależności od źródła (najniższą cenę udało mi się znaleźć na Allegro i wynosiła ok. 80 zł). Ja go polubiłam i kiedyś na pewno do niego wrócę.

Znacie markę Korres? Jaki jest Wasz ulubiony krem pod oczy?



Pozdrawiam Was,
Megdil


sobota, 24 sierpnia 2013

Essie, Boom Boom Room

Zewsząd dochodzą już głosy o nadchodzącej jesieni - opadłe liście w parku, odświeżanie garderoby, rześkie powietrze i stonowane kolory na paznokciach :P

Korzystając jednak z letniego jeszcze samopoczucia, noszę neonowy mani. Neonowo piękny mani!

Szczerze powiedziawszy, przed neonami wzbraniałam się już w zeszłym roku - lubiłam pooglądać takie akcenty u innych, ale samej mnie do nich nie ciągnęło. Szał minął, a ja sądziłam, że w tym roku będzie podobnie. Jednak gdy tegoroczne lato nastało, ku własnemu zdziwieniu, porzuciłam moje obojętne nastawienie.
W taki sposób weszłam w posiadanie dwóch neonowych lakierów (natenczas sądzę, że przy nich pozostanę, bo więcej mi do szczęścia nie potrzeba - taaak... ciekawe, czym uraczy mnie przyszłe lato :P), a dziś o jednym z nich.

Boom Boom Room, bo to on będzie bohaterem tego posta, pochodzi z tegorocznej kolekcji Neon, która swoją drogą, nie wywarła na mnie niezapomnianego wrażenia. Dopóty, dopóki nie ujrzałam gdzieś bardzo przemawiających do mnie zdjęć powyższego. Z miejsca się zakochałam i wiedziałam, że buteleczka z tą piękną zawartością musi do mnie trafić :)






Kolor jest bardzo (!) różowy, cukierkowy, słodki i z pewnością nie dla każdego. Ja fanką różowości na każdym kroku nie jestem (nie mam nawet żadnej części garderoby w tym kolorze, choć jeszcze do niedawna miałam ochotę na różowe trampki :D), ale na paznokciach kolor ten często święci u mnie triumfy.





Formuła lakieru, choć neonowa, jest naprawdę dobrze napigmentowana i świetnie kryjąca. Myślę, że dla osób malujących paznokcie zawodowo nie będzie problemu z osiągnięciem satysfakcjonującego efektu po dwóch warstwach. Ja robię to dla umilenia sobie życia ;), więc nałożyłam trzy, by uniknąć wszelkich ewentualnych smug, czy nierówności. Dodam, że pomimo tego, iż lakier jest w stanie pokryć płytkę po dwóch starannie nałożonych warstwach, trzecia intensyfikuje jego neonowość.





Jest fantastycznie kremowy, bez cienia jednej drobinki. Schnie szybko i daje satynowe wykończenie, za którym ja nie przepadam. Jednak warstwa nabłyszczającego topu załatwia sprawę - i taki też efekt możecie zobaczyć na moich zdjęciach. Ja mam wersję z cienkim pędzelkiem i mimo tej małej niedogodności malowanie było całkiem przyjemne. Konsystencja nie jest ani za rzadka ani za gęsta.





Lubicie neony? Co sądzicie o tym? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 21 sierpnia 2013

Co nowego?

Witajcie :)

W związku z tym, że bardzo lubię czytać u Was notki z nowościami, jak i z powodu, iż pojawiło się u mnie kilka takowych, sama również z tą tematyką dziś przybywam :)




Na początek - to, co udało mi się wygrać (bodaj pierwszy i drugi raz w życiu :P).




Jakiś czas temu Obsession zorganizowała u siebie szybki konkurs-zgadywankę, którego sednem było podanie ilości naustnych kosmetyków jakie u siebie posiada. Oczyma wyobraźni udało mi się wstrzelić w liczbę idealną, w wyniku czego trafiło do mnie świetne masełko do ust firmy Stenders. Przybyło pięknie zapakowane, cudownie pachnące i dające na ustach taki efekt, jaki lubię. Prezent ideał :D

Kolejnym wspaniałym podarunkiem jest szminka Chanel w wersji Rouge Allure, którą udało mi się wygrać w urodzinowym konkursie u Kasi. Wygrana jest dla mnie wyjątkowa z kilku powodów - przede wszystkim dlatego, iż wiem, jak trudną była dla Kasi decyzja o wyłonieniu zwyciężczyni. Dodatkowo kolor okazał się być bardzo zbliżony do mojej ukochanej szminki z tej samej serii, Darling. Używam jej z przyjemnością, świetnie się w niej czuję i myślę, że lepszego koloru nie mogłam sobie wyśnić :)

Raz jeszcze bardzo Wam dziękuję :*

Poza tymi cieszącymi moje, nie tylko kosmetyczne, serce wspaniałości przybyło mi również kilka innych kosmetyków. Część z nich to uzupełnienie powstałych w wyniku denka braków, pozostałe natomiast to wynik mojej kobiecej (?) słabości :P




Po pierwsze - kosmetyki John Masters Organics. Bez owijania w bawełnę - John coraz bardziej mnie w sobie rozkochuje :) Dzięki niemu (zwłaszcza) moje włosy czują się lepiej, a idąc dalej - ja czuję się lepiej :P
Z uwagi na fakt, iż mój aktualny krem pod oczy dobiega końca, kupiłam ujędrniający żel pod oczy, a do zamówienia dorzuciłam jeszcze odżywkę z miętą i rozmarynem oraz spray, który winien zadbać o skórę mojej głowy. Nieco wcześniej zamówiłam też intensywną odżywkę z miodem i hibiskusem, która jest równie wspaniała, jak opisywana wcześniej przeze mnie (TUTAJ) odżywka cytrusowa.
EDIT: jeśli będziecie zainteresowane, kosmetyki JMO kupuję na stronie www.naturnika.pl - sklep traktuję już jako zaufany, z konkurencyjnymi cenami. Nie jestem z nim powiązana i polecam go z czystym sumieniem :)

Idąc dalej, oczyszczająca maseczka z Korres. W tej dziedzinie, w ostatnim czasie, prym wiodą u mnie domowe maseczki glinkowe. Lubię jednak mieć pod ręką coś, co mogę nałożyć bezpośrednio z opakowania. Maseczka z granatem jest idealną alternatywą - jedną z moich ulubionych :)

Jeśli czytałyście mój post o domowym manicure (TUTAJ), wiecie, że bez top coatu nie wyobrażam sobie malowania paznokci. Poshe zaczął się ciągnąć, więc nadszedł czas na nową buteleczkę. Postanowiłam tym razem wrócić do Good to go. Planuję również zrobić na blogu porównanie topów z Poshe, Seche Vite i Essie, chcecie?

Era minerals. O tej firmie dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Opisy, kilka pozytywnych recenzji - wszystko brzmiało zachęcająco, więc mimo mało zachęcającej ceny, zamówiłam dwie próbki - matujący podkład i matujący, wygładzający puder do cery tłustej. Muszę przyznać, że jak na niepełnowymiarowe kosmetyki, pojemności okazały się być całkiem sensowne i pozwalające na konkretne przetestowanie wybranych pozycji. Czy zdecyduję się na pełnowymiarowe produkty? Nie wiem. Zastanawiam się nad ofertą Annabelle Minerals i myślę, że tam skieruję moje kolejne kroki w poszukiwaniu idealnego mineralnego podkładu - może Wy macie jakieś doświadczenia?

Ostatnią rzeczą jest wcierka Jantar. Popularna, sprawdzająca się różnorako. Liczba osób zadowolonych zdaje się równoważyć ilość tych niezadowolonych. To moje trzecie opakowanie, drugie z nową recepturą. Wiążących opinii nie chcę jeszcze wydawać, aczkolwiek myślę, że po zużyciu tej buteleczki moje zdanie na temat tego kosmetyku winno być już wyrobione.


Wpadło Wam coś w oko?


Pozdrawiam Was :)
Megdil

niedziela, 18 sierpnia 2013

Olejowanie włosów wysokoporowatych - z mojej perspektywy.

Witajcie!

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje dzisiejsze spostrzeżenia nie będą niczym odkrywczym - zwłaszcza dla tych z Was, które tematem interesują się dłużej, niż ja.
Niemniej jednak, z racji, że mimo całej mojej włosowej historii, nadal raczkuję w zagadnieniu świadomego olejowania, postanowiłam taki wpis sklecić. Choćby i był tylko moim osobistym, swoistym powiernikiem w śledzeniu postępów działań, które w tej kwestii podejmuję :).

Nie mogę nie napomknąć, iż całą tę wiedzę nabyłam głównie dzięki blogom znanych Włosomaniaczek z naszej rodzimej Blogosfery. Treści u Dziewczyn są zwykle na tyle wnikliwe, że czerpanie z nich pełnymi garściami to szybka, czysta i ułatwiona przyjemność.
Bardzo chętnie korzystam z wiedzy zawartej m.in. na Blogach:

http://czarownicujaco.blogspot.com/
http://www.anwen.pl/
http://www.blondhaircare.com/
http://www.italianablog.com/

Dziewczyny stworzyły na swoich stronach zakątki o solidnych merytorycznie fundamentach.
Z tego miejsca więc – dziękuję! (Jeśli  którakolwiek z Nich to słyszy :P)

Wprawdzie wpis ten nie jest miejscem na misterne przedstawienie historii moich włosów, ale ogólny ich zarys z pewnością się tu należy :)
Jak już w tytule zawarłam – moje włosy są wysokoporowate, po zeszłorocznej dekoloryzacji stały się bardzo suche i ogromnie się łamią. Dodatkowo przejawiają tendencję do szybkiego przetłuszczania się, są notorycznie wypadającymi i są, oczywiście, farbowane – ale tylko na pewnej długości, gdyż od grudnia 2012 roku, przynajmniej częściowo, oddychają nietknięte tymi chemicznymi zabiegami.

Mój pielęgnacyjny plan ma się całkiem dobrze. Znalazłam kilka takich kosmetyków, na których błogosławionym działaniu mogę polegać i tego się trzymam. Chcę jednak więcej, chcę kompleksowo i stąd moje niepowierzchowne zainteresowanie się kwestią świadomego olejowania.

Przygodę z ‘uzdrawianiem’ włosów poprzez nakładanie na nie olejów, zaczęłam jeszcze przed dekoloryzacją – stosowałam stymulujący olejek Khadi (wtarłszy go w skalp, przeciągałam również na całą długość włosów), przeszłam także przez epizod z Alterrą, a do niedawna moim  jedynym ulubieńcem w tej kategorii był suchy olejek z Nuxe. I o ile po Khadi jeszcze sięgnę (odniosłam nieodparte wrażenie, iż po jego stosowaniu, nie tylko same włosy były w lepszej kondycji, ale przede wszystkim, na mojej głowie pojawiło się sporo baby hair), tak Alterra po zużyciu poszła, ku mej uciesze, w zapomnienie (podczas stosowania tej mieszanki [tytułowanej jako Migdały i Papaja], nie doznałam niczego, co skłoniłoby mnie do jej ponownego zakupu - choć był moment, w którym wydawało mi się, że służy moim włosom dobrze... I bądź tu mądry :P).

Po tej krótkiej retrospekcji chciałabym lapidarnie wspomnieć o najważniejszych faktach tyczących się wysokiej porowatości.
Nie chcę drobiazgowo powielać informacji, które z łatwością można znaleźć w tych wyspecjalizowanych zakątkach Blogosfery, dlatego wyłuskam najważniejszych kilka faktów, które, moim zdaniem, są fundamentem w zrozumieniu problemu i podjęciu dalszych, terapeutycznych działań :)

Rozchylone łuski włosa są atutowym powodem ich mechanicznych uszkodzeń, ale też bezpośrednim pouczeniem w kwestii sposobu ich pielęgnacji:

1)      Włosy łatwo i szybko reagują na wilgotność i temperaturę – absorbując wodę z wilgotnego powietrza - puszą się; wystawione zaś na słońce, czy działanie wysokich temperatur (gorący nawiew suszarki, prostownica, lokówka) – bez kontestacji pozbywają się zdeponowanego w nich z trudem nawilżenia.
2)      Z racji powyższego, moim zdaniem, konieczność zabezpieczania włosów specyfikiem, który to nawilżenie w ich strukturze zatrzyma, jest czymś nieodzownym (sprawdzalność różnych środków jest różna – mają szansę spełnić się tutaj zarówno oleje [głównie te półwnikające – jednonienasycone oraz niewnikające – wielonienasycone], jak i silikony – których ja akurat nie unikam w tym zagadnieniu).
3)      Kolejnym faktem, który jednak nie u wszystkich musi się sprawdzić, jest inklinacja naszych kosmyków do różnej maści protein (np. proteiny mleczne, jedwab, jajko) – ale, uwaga!, nadmiar protein (tzw. przeproteinowanie) może doprowadzić włosy do wyglądu katastroficznego – suchość, łamliwość, sztywność, stąd też zaleca się w tym temacie zachować szczególny umiar.
4)      Słuszną radą jest zadbanie o właściwe PH włosów – w tym pomogą nam płukanki zakwaszające, domykające łuski włosów, a idąc dalej – ograniczające tendencję do ich mechanicznych uszkodzeń (np. popularne płukanki malinowe, jeśli zaś lubicie kombinować z tym, co macie w domu, to polecam rozcieńczony odpowiednio ocet jabłkowy albo cytrynę :).

Inną pielęgnacyjną czynnością, która zasługuje na szczególną uwagę, jest olejowanie (tak, dopiero teraz przechodzę do meritum :P).
Jak już wcześniej wspomniałam, olejowaniem zainteresowałam się już jakiś czas temu – kiedy w sieci temat ten rósł w siłę i zarażał swą ideą coraz większą część internetowego zgromadzenia. Nie było to jednak zainteresowanie ‘rozumne’, gdyż z dużą dozą ślepego zaufania, miałam ochotę próbować głównie (tylko?) kosmetyki szeroko w tej dziedzinie polecane – i tak trafiłam na obydwa wyżej wymienione (Khadi, Alterra). Nie czułam wówczas pędu i pewnego pragnienia wypróbowania na sobie olejów innej maści, o wiedzy nie wspominając. Rzecz ta uległa jednak wyraźnemu przeobrażeniu, co, mam nadzieję, pomoże mi w efektywny sposób spożytkować moje chęci i wysiłki w dążeniu do poprawy stanu moich potrzebujących tego włosów.

Na gruncie powyższego, jęłam pogłębiać swoją wiedzę w dziedzinie olejów polecanych do szeroko pojętej pielęgnacji – na włosach się skupiając.
W ten sposób trafiłam na różne ich podziały (oleje mało- i dużocząsteczkowe; oleje wnikające, półwnikające i niewnikające; pojawiły się tu również takie hasła, jak kwasy tłuszczowe jednonienasycone, wielonienasycone, nasycone, a także omega-3, omega-6 i omega-9).
Jakkolwiek wiele z tych haseł przewija się w różnych dziedzinach życia codziennego, do włosów nijak mogłam je odnieść – nie dziwi więc chyba moje początkowe zagubienie i poczucie kompletnego zaćmienia? :P

Stąpając po tym wciąż dla mnie nie oświetlonym gruncie, zdołałam pewne fakty usystematyzować. Mianowicie, okazało się, iż do włosów wysokoporowatych, najlepszymi olejami będą te półwnikające lub niewnikające, z kwasami jedno- lub wielonienasyconymi.

Aby ułatwić laikom trudne początki, wiele uczynnych Dziewcząt wyszło im (nam) naprzeciw, tworząc przydatne zestawienia poszczególnych rodzajów olejów wraz z namacalnymi ich przykładami (jednym z takich źródeł jest TEN wpis na wizażu).

Moje zainteresowanie, z uwagi na rodzaj włosów, wzbudziły szczególnie oleje z rodziny jedno- i wielonienasyconych, a na gruncie mojej wielkiej ochoty przywrócenia czuprynie dawnej świetności (albo przynajmniej polepszenia jej stanu), postanowiłam najpierw zaopatrzyć się w kilka sztuk, tym samym rozpoczynając poszukiwania oleju, bądź określonej ich mieszanki, która na moje włosy działać będzie najlepiej.

Wertując strony internetowych sklepów, mających w swej ofercie czyste olejki, trafiłam na EcoSpa, spodobało mi się tam kilka pozycji, na które się skusiłam:


ryżowy, jojoba, z nasion maliny, arganowy


Oleje te wybrałam głównie według klucza, którym była dla mnie wizażowa lista, powyżej już przytoczona. Wprawdzie ryżowy i arganowy charakteryzują się zbliżoną do siebie zawartością kwasów jednonienasyconych, ale na temat obydwóch czytałam opinie bardzo przychylne, to i mam :) Olej z nasion maliny natomiast ma w sobie ogrom kwasów wielonienasyconych, a jojobę chcę wypróbować na twarzy, więc przy okazji potraktuję nim też moje włosy.

Obecnie, co drugą noc, nakładam na włosy olejek arganowy w ilości optymalnej - staram się nie przesadzać w żadną ze stron - lubię czuć olejkową powłokę, jednak nie dopuszczam do tego, by olej 'spływał' z moich lichych kosmyków ;)
Muszę (po cichu) przyznać, że początkowe efekty mnie zadowalają i mam nadzieję, że na zauroczeniu się nie skończy.

Przy tej sposobności, chciałabym Was również prosić o podzielenie się Waszymi doświadczeniami z olejowaniem włosów. Jakich olejów używacie? Z których jesteście najbardziej zadowolone? Jaka metoda olejowania sprawdza się u Was najbardziej (na sucho, na mokro, na całą noc, czy tylko kilka godzin przed myciem)?

Jestem bardzo ciekawa. Nadal zbieram informacje, a nie ma nic lepszego niż te z prawdziwego zdarzenia :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil


środa, 7 sierpnia 2013

Essie, Naughty Nautical

Witajcie :)


Mój blog w ostatnim czasie przeistoczył się w iście lakierowy zakątek. Niestety, nic nie poradzę na to, że lakiery uwielbiam :P Obiecuję jednak urozmaicenie tematyczne - wszak pomysłów mi nie brakuje!

Tymczasem... Zapraszam Was na prezentację wyjątkowego, jak na moje upodobania, lakieru. To, że to Essie już pewnie żadnej z Was nie dziwi, ale ten kolor... Niesamowity!




Naughty Nautical jest tytułowym lakierem tegorocznej, letniej kolekcji. To taki morski zielony. Albo zielona morskość (z takim określeniem spotkałam się na blogu Pani Skeffington - której styl pisania, słowną zasobność i trafne sformułowania uwielbiam :D). I tak też myślę - to zielona morskość połyskująca w słońcu.
(Możecie też przy okazji zobaczyć, jaki to trudny zawodnik w fotograficznej bitwie. Doprawdy, trudniejszymi do uchwycenia kolorami mogą być chyba tylko korale ;).





Do osiągnięcia pełnego krycia potrzebowałam dwóch warstw - nie miałam problemów z aplikacją, mimo iż posiadam wersję z cienkim pędzelkiem, manewrowanie nim nie przysporzyło mnie o agresywne skoki adrenaliny :)

Lakier ma w sobie maleńkie, srebrne drobinki, które w słońcu podbijają kolor bazy i dodają jej morskiej głębi :)





Na moich zdjęciach mocno wybijają niebieskie tony. W rzeczywistości jest ciemniejszy i nieco bardziej zielony (w sumie, każdy ze słoczy, które można w internecie znaleźć zdaje się być inny ;).
Starałam się ująć go w różnym oświetleniu. Jak wyszło - same widzicie.





Nie mam ciągot do zielonych lakierów, a NN to, na dobrą sprawę, jedyna sztuka, którą w moich zbiorach bezpośrednio do zieleni zakwalifikować można.


Lubicie? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Mój sposób na domowy manicure.

Witajcie :)


     Nie wiem, czy znalazłby się w moim otoczeniu ktoś, kto widział moje paznokcie w stanie surowym przez czas dłuższy, niż 15 minut :P
Po wielu latach ich malowania, z takimi w stanie nietkniętym przez kolorową emalię, czuję się po prostu nieswojo. Lubię, kiedy lakier ładnie błyszczy i wygląda świeżo, dlatego za samo malowanie biorę się zwykle 1-2 razy w tygodniu.
Oprócz malowania oraz regulowania kształtu i długości, przynajmniej raz na tydzień, zajmuję się również skórkami, których wygląd jest, w moim mniemaniu, kluczowym w ogólnym odbiorze gotowego mani.

     Już na początku zaznaczę, że mój sposób na domowy manicure to nic odkrywczego, ale też nic, co wymagałoby ogromnych czasowych poświęceń - szybko i skutecznie - to moja paznokciowa dewiza :)
Nie moczę paznokci w żadnych roztworach (choć na pewno skuszę się na dedykowane temu pastylki, które gdzieś mi ostatnio mignęły), odżywek używam nieregularnie - gdy widzę, że taka potrzeba się pojawia, wówczas sięgam po Nail Tek, który służy mi od pewnego czasu.

Poglądowo załączam też zdjęcie moich dłoni z lakierem i bez, ale już po dokonanych, niżej opisanych czynnościach :




     Przechodząc do meritum...




         Manicure zwykle rozpoczynam od zmycia wysłużonego lakieru i wyregulowania kształtu paznokci. Czasami robię to w odwrotnej kolejności, bo większego znaczenia ten porządek dla mnie nie ma. Do piłowania używam zwykłego, papierowego, łagodnie działającego pilniczka. Używałam metalowego i szklanego, ale papierowe sprawdzają się u mnie najlepiej. Przeszłam też przez ogrom zmywaczy, jednak najlepszym do tej pory, okazał się być zmywacz z Delii - dobrze zmywa każdy lakier, nie rozmazuje go na paznokciach, zapach ma zdecydowanie delikatniejszy od większości dostępnych na rynku. Dodatkowo występuje w plastikowej buteleczce o przyjemnej pojemności (100ml), więc nie ma problemu z wrzuceniem go do podróżnej kosmetyczki. Jest też niedrogi i szeroko dostępny (w Rossmannie z pewnością go znajdziecie).

     Następnym krokiem jest wyrównanie płytki - uważam, że każdy lakier swoje najlepsze oblicze pokazuje na wygładzonych paznokciach, w związku z czym, kilkustopniowa polerka jest u mnie stałym bywalcem. Nie używam jej jednak nazbyt często - a na pewno nie podczas każdego wykonywanego mani, bowiem wyrównując paznokcie, siłą rzeczy, zmniejszamy ich grubość, a jeśli czynność ta wykonywana jest nadgorliwie, może zwiększać tendencje do uszkadzania paznokci - końce stają się miękkie i wywijają niczym papier na wietrze (swego czasu, przez jakiś rok, nosiłam żel, a po jego samodzielnym usunięciu nabrałam wątpliwie przyjemnego doświadczenia o tym, jak paznokcie doprowadzone do takiego stanu potrafią dać w kość).

     Jak już wspomniałam, co najmniej raz w tygodniu (czasami i dwa, acz to zależy od potrzeby), większą uwagę, przywiązuję do skórek.
Przez długi czas nie robiłam z nimi nic. Żyły swoim życiem, czasami odsunięte patyczkiem, albo zwyczajnie, paznokciem. Później odkryłam zmiękczające żele specjalnie do tego przeznaczone i tak trafiłam na osławiony specyfik z Sally Hansen - Instant Cuticle Remover.
Sposób jego użycia jest banalnie prosty - wystarczy nałożyć odpowiednią ilość produktu na skórki (ja nakładam go również na boki paznokci), odczekać 15 sekund (mnie to zajmuje minutę), wziąć drewniany patyczek, albo ulubione kopytko i odsunąć zmiękczone skórki.

     Kolejny etap jest fakultatywny, bo wiem, że nie każdy tę opcję preferuje. Ja natomiast, odkąd odkryłam moc cążek, zmiękczone i odsunięte skórki, wycinam. Początki mogą być kłopotliwe, bo i dla mnie jako takie się jawiły, jednak wraz z upływem czasu i nabyciem doświadczenia, nie zajmuje to więcej, niż 2 minuty. Wprawdzie ostrożność jest tutaj priorytetem, niezależnie od nabytej wprawy, jednak nie jest to czynność, której należy się obawiać.

     Po dokonaniu tych, jak same widzicie, mało wyszukanych czynności, sięgam po peeling, którym masuję nie tylko całe dłonie, ale również paznokcie - ze szczególnym uwzględnieniem okolic skórek. Zmywam, suszę i mogę przejść do malowania :)




     Tutaj podstawą są dla mnie dwie rzeczy - ładny lakier :D i skuteczny wysuszaczo-nabłyszczaczo-utwardzacz. Dobry top coat to rekwizyt, bez którego mój mani nie istnieje - dobry, czyli, przede wszystkim, szybko wysuszający i utwardzający emalię, na którą go aplikuję. To główne wymagania, jakie przed takim produktem stawiam. Mogę Wam polecić trzy, które pod tymi względami nigdy mnie nie zawiodły - Good to go, Seche Vite oraz Poshe. Każdy z nich ma swoje plusy i minusy, ale wiem, że mimo poszczególnych niedogodności, które ze sobą niosą, po każdego będę sięgać ponownie.

     Gdy już czynności malownicze zostaną wykonane, na skórki nanoszę oliwkę do paznokci. W tej chwili dysponuję morelową oliwką z Essie, ale moim niekwestionowanym ulubieńcem w tej dziedzinie jest cytrynowe masełko z Burt`s Bees - jeśli macie do niego dostęp, to serdecznie polecam! Oliwkę wmasowuję w skórki przynajmniej dwa razy dziennie, podejrzewam jednak, że przy mniej wymagających i podatnych na wysuszenia skórkach, jednokrotna aplikacja w ciągu całego dnia wystarczy.
Sprawdzi się tu również masło shea, ale jeśli macie inne sprawdzone patenty na zadbanie o stan skórek, podzielcie się, proszę :) Ja mam ochotę wypróbować również preparat tego typu z L`Occitane, gdyż wiele dobrego o nim słyszałam - może Wy też macie z nim jakieś doświadczenia?

I tyle - tak wygląda cały mój domowy mani, który zajmuje mi jakieś 25 minut z malowaniem.


Powiedzcie, jak Wy dbacie o wygląd Waszych paznokci? A może to temat dla Was obcy?


Pozdrawiam Was :)
Megdil