sobota, 27 lipca 2013

Essie, Sunday Funday

Essie, Sunday Funday
Witajcie :)


     Przy okazji ostatniego posta, w większości wyraziłyście chęć zobaczenia Essiaka, Sunday Funday, w moim wydaniu.
     Kolor jest piękny - cudownie koralowy - pomieszanie odrobiny czerwieni, mandarynkowej pomarańczy i różu okraszono srebrnymi drobinkami, które w słonecznym świetle "mieszają się" z kolorem bazy, dodając całości pewnej głębi.




     Sunday Funday jest tegoroczną świeżynką, pochodzącą z kolekcji Naughty Nautical. I tak, jak kolor mnie zachwyca, tak aplikacja jest dla mnie naprawdę uciążliwa - i już nie chodzi nawet o te trzy warstwy, które na paznokieć winno się nałożyć (bo przy akompaniamencie wysuszającego top coatu nie jest mi to straszne), ale konsystencja tej konkretnej sztuki zupełnie mi nie odpowiada. Jest nieco za gęsta, jak na moje ustalone przez lata standardy, co skutecznie utrudnia łatwe i jednolite nakładanie emalii na paznokieć. Cóż, nie ma jednak tego złego - kolor wynagradza mi wszystko - tak już mam, że dla pięknego odcienia jestem w stanie wiele znieść :P






     To, jak widać ten kolor na moich zdjęciach, nie do końca mnie satysfakcjonuje, a to z tej racji, że w rzeczywistości ma on w sobie nieco więcej różowych tonów, aniżeli aparat uchwycił w świetle, jaki mu zaserwowałam, więc weźcie to, proszę, pod uwagę :)




     Muszę przyznać, że Sunday Funday to najpiękniejszy koral, jaki do tej pory w mojej kolekcji się znalazł.
Spodobał mi się do tego stopnia, że od razu wylądował również na stopach :)






     Macie swój idealny koralowy odcień?


Pozdrawiam Was i życzę udanego, gorącego dnia :)
Megdil

czwartek, 25 lipca 2013

Małe nowości.

Małe nowości.
Witajcie :)


     Wprawdzie miałam dziś w planach post o zupełnie innej tematyce, jednak z uwagi na fakt, że czas pokrzyżował mi plany, pomyślałam, że w zamian przytoczę garstkę nowości, które w ostatnim czasie się u mnie znalazły.





     1) Phenome, Oil-Control Mattifying Cream - krem ten to żadna dla mnie pierwszyzna (tutaj pisałam o nim więcej). Po raz pierwszy kupiłam go wiele-wiele miesięcy temu (nie chcę tego minionego czasu liczyć w latach :P), kiedy to stawiałam pierwsze kroki w świecie naturalnych kosmetyków. Spodobał mi się tak bardzo, że od tamtej pory wiem, iż będzie on u mnie regularnie występował. 
Przy okazji - wybaczcie nieco sfatygowany kartonik, lecz mój płyn micelarny, przewożony w tej samej kosmetyczce, postanowił zaznaczyć na nim swoje jestestwo, niwecząc tym samym moje szlachetne plany pokazania wszystkiego w nienaruszonym stanie ;)

     2) Soczewki kontaktowe Ciba Vision, Air Optix Aqua - pokazuję je tutaj przede wszystkim dlatego, iż nie jestem z nich zadowolona. Na ich zakup zdecydowałam się dość spontanicznie, po tym, jak moje regularne soczewki wymagały wymiany, a w mojej głowie zrodziła się chęć spróbowania czegoś innego.
Co prawda przeczytałam na szybko kilka opinii o nich, w większości były zachwalane, pomyślałam więc, że i u mnie mogą się sprawdzić. Okazało się jednak, że ich użytkowanie nie jest dla mnie niczym przyjemnym, gdyż są takie momenty (długie i częste), kiedy widzę w nich... podwójnie. Ponadto zdarza się, że czuję je na oku (parametry są w porządku), a całokształt tych niezgodności obfituje następnie w przeciągające się bóle głowy. Natenczas wracam do Acuvue, ale może Wy polecicie mi coś godnego uwagi?

     3) Essie, Apricot Cuticle Oil - specyfik dedykowany skórkom jest w mojej pielęgnacji czymś nieodzownym. Nie wyobrażam sobie nie wsmarować przynajmniej raz dziennie czegoś, co ma za zadanie je natłuścić i nawilżyć. Z racji, że olejek z Inglota, który przez ostatnie miesiące mi służył, dobiega dna, skusiłam się na oliwkę z mojej ulubionej lakierowej marki. Mam duże oczekiwania i nadzieję, że zostaną przez Essie zaspokojone :)

     4) Kulminacyjnym punktem są lakiery do paznokci. Nie lubię chomikowania, tworzenie kosmetycznych zapasów jest mi obce. Wszystko kupuję na bieżąco i tylko w takich ilościach, jakie są mi potrzebne - minimalizm w tej kwestii jest mi zdecydowanie bliższy. 
Wyjątkiem są lakiery. Nie uważam, bym mogła nimi zaopatrzyć trzy salony kosmetyczne i połowę lakierowej hurtowni, bynajmniej - do takiego lakieroholizmu mi daleko :P, aczkolwiek jak na osobę, której życie z tym biznesem nie łączy się w jednym zbiorze, mam ich trochę (no dobra, sporo ;). Mimo wszystko, kiedy przychodzi do zakupu kolejnej buteleczki, zdrowy rozsądek natychmiastowo staje się zjawiskiem czysto spekulatywnym, a zakupy robią się same :D
Essie to moja ulubiona marka. Kilka lakierów mam, ale ciągle chcę więcej - sukcesywnie powiększam moją kolekcję (tak, kolekcję) i tym razem udało mi się ją nieco wzbogacić :)
Kupiłam łącznie osiem sztuk, przy czym dwie zaginęły w akcji (Poczta Polska trzyma poziom :P), w związku z czym cieszyć się natenczas mogę tym, co następuje:


Naughty Nautical, In the Cab-Ana, Beyond Cozy

Sunday Funday, Boom Boom Room, Lights



Macie ochotę zobaczyć któryś w akcji? :)


Pozdrawiam Was ciepło :)
Megdil


niedziela, 21 lipca 2013

Essie, Tart Deco

Essie, Tart Deco
Witajcie :)

     Dziś przychodzę z postem lakierowym (które zresztą bardzo lubię :), a to z powodu zapomnianego przeze mnie w ostatnim czasie lakieru Tart Deco.
Był okres, w którym sztuka ta święciła triumfy na wszelkich frontach - i wcale się temu nie dziwię, bo ten do końca nieokreślony kolor, w czasie letnim spisuje się doskonale.




     Tart Deco dostępny jest w stałej szafie lakierów Essie, pochodzi natomiast z wiosennej kolekcji 2010 - The Art of Spring (bardzo udanej, swoją drogą).
Kolor niejednoznaczny - rozbielona pomarańczo-brzoskwinia z delikatnymi różowymi tonami i neonowym potencjałem. Wykończenie kremowe.
Piękny! Piękny!







     Lakier ma dość gęstą formułę, ale nie przysparza mi to żadnych problemów podczas aplikacji - przeciwnie, rozprowadza się doskonale, chociaż przyznam, że szeroki pędzelek też ma w tym swój udział. Lakier ma dobry pigment, ale idealną głębię koloru otrzymamy po dwóch warstwach. Nie tworzy smug, nie bąbluje, dobrze trzyma się paznokci i ładnie błyszczy.

     W różnym świetle różnie wygląda, ale w każdym podoba mi się tak samo :D




Dla mnie to doskonały towarzysz wakacyjnych wojaży.
A co Wy o nim sądzicie?

Pozdrawiam Was słonecznie :)
Megdil

wtorek, 2 lipca 2013

Historia mojej cery: Walka z trądzikiem.

Historia mojej cery: Walka z trądzikiem.
*Post dla wytrwałych.




Intensywnie zastanawiałam się nad ugryzieniem tego tematu, gdyż po głowie chodziło mi kilka rozwiązań. Moja pierwotna koncepcja jego ogarnięcia była zgoła inną, nie będę się jednak rozdrabniać - finalnie wygrało to, co następuje.

Zdecydowałam się na podzielenie zagadnienia na dwa wątki: po pierwsze – przedstawię Wam ‘profil’ i historię mojej cery, jako waleczny przemarsz przez trądzikową gehennę. Postaram się w sposób jak najbardziej usystematyzowany opisać jej stan w poszczególnych ‘tranzytowych’ etapach,  co mi wówczas pomagało, co szkodziło, czy jakim czynnościom i zabiegom moja cera była w danym okresie poddawana.
Bardzo chciałabym móc okrasić każdy z tych etapów odpowiedniej, poglądowej jakości zdjęciami – ten zamysł jest niestety trudny do osiągnięcia, ale jakiś ‘materiał’ zdołałam wyłuskać i mam nadzieję, że okaże się jakkolwiek użytecznym w zilustrowaniu tego, z czym przyszło mi się borykać.

W odrębnym zaś poście zbiorę moją aktualną codzienną pielęgnację. Myślę, że nastąpi to w niedługim czasie.

Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie każdy odnajdzie tu coś interesującego. Mam jednak nadzieję, że w jakikolwiek sposób okaże się to pomocnym dla osób, które borykają się z porównywalnymi do moich problemami.  Sama zawsze chętnie chłonę wiedzę zawartą w takich artykułach, bo większość z nich jest w stanie wnieść coś pożytecznego i do moich pielęgnacyjnych rytuałów, a takie dobrodziejstwo bywa nieocenionym.

Tyle słowem wstępu.

Drobne wprowadzenie do streszczenia mojej przeprawy zamieściłam już w poście z recenzją serum SkinCeuticals. Jeśli jesteście zainteresowani, a nie czytaliście, możecie znaleźć je TUTAJ.

Tak, czy inaczej, pojawia się tu potrzeba powielenia kilku informacji. Głównie tych traktujących o mojej cerze ogólnie.
Mam skórę grubą, z widocznie rozszerzonymi porami i o ogromnej skłonności do zapychania. Jest ponadprzeciętnie tłusta i właściwie nic nie jest w stanie jej skutecznie i na długo zmatowić. Przez większość mojego życia ilość pojawiających się na niej wyprysków, można było określić jako stopień normalny, przeciętny. Wprawdzie mocno przeszkadzający, ale jednak ‘do przeżycia’. 
Okres dojrzewania nie był dla mnie najłaskawszym. Na tle innych rówieśników odznaczałam się zdecydowanie wzmożonym problemem trądzikowym. Bo nie było to kilka pojawiających się tu i ówdzie, raz na jakiś czas krostek, obok których przechodziło się obojętnie, gdyż nie było sensu rozpaczać nad czymś, co gościło na twarzy zaledwie przez trzy dni w miesiącu. Nie, tak dobrze nie miałam.
Mimo tego, początki tej historii nie były obfite ani w głośne lamenty, ani w gorączkowe bitwy mające na celu pogrzebanie wroga. Przeciwnie, sytuację przyjęłam na siebie z opanowaniem i nadzieją, że minie tak, jak się pojawiło – nagle.  Niestety, nie trudno się domyśleć, iż nadzieja przeistoczyła się w naiwność, która w stanie surowym trwała przez sowitą część podstawówki i mały ułamek gimnazjum. Tak – zero antytrądzikowych kosmetyków, zero wysuszaczy, zero zabijaczy bakterii. Zupełnie normalna higiena – mycie jakimś podstawowym mydłem (o dziwo, nie wysuszającym!) i od święta, gdy mnie ktoś zmusił, jakiś delikatny krem (aplikowanie kremowych konsystencji na moją i tłustą cerę było dla mnie katorgą).  Ot, taka pielęgnacyjna beztroska.
Nastał jednak w końcu dzień, w którym czara goryczy się przepełniła. Wypryski zamiast niknąć, pojawiały się na nowo, twarz świeciła się ogromnie, nos pokryty czarnymi kropkami irytował mnie przy okazji każdego spojrzenia w lustro. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje niedoświadczone w temacie ręce i pójść do zielarskiego sklepu, w którym uświadczyłam swój pierwszy tonik. Moje pojęcie na jego temat było wówczas nieco inne, niż teraz, kupiłam jednak, używałam i czekałam na pierwsze efekty. 
Tak zaczęła się moja kosmetyczna historia, bo później poszła już wzburzona fala.
Przez niemal cały gimnazjalny okres i ten w komplecie licealny, na mojej łazienkowej półce gościły kosmetyki z najróżniejszych firm (pamiętam Under20, serię Pure Zone z Loreal, Vichy Normaderm, silnie wysuszający Benzacne, Silicol Skin, a nawet kręcone na zamówienie lekarza pierwszego kontaktu, mazidła i zawiesiny). Wszystko to, w jakże przemyślanym i napełniającym pokrzepieniem pielęgnacyjnym planie, pozwalającym na  pozornie holistyczne zajęcie się moim trądzikowym problemem.  

Cel czystej skóry, który reklamowe hasła obiecywały, nie został przeze mnie osiągnięty. Ani dzięki podstawowym, łatwo dostępnym zasobom drogeryjnym, ani dzięki dermo kosmetykom szczycącym się zaawansowanymi, opatentowanymi i nowoczesnymi technologiami.
W tym momencie w Waszych głowach (w mojej zresztą też…) jawi się pewnie wielki znak zapytania – dlaczego nie udałam się do specjalisty? A no, bo oprócz zanieczyszczonej cery, cechowała mnie również niewytłumaczalna upartość. Czasami, tak, jak w tym przypadku – irracjonalna. Wynikająca ze zwyczajnej niechęci do lekarskiego entourage.

I na takim gruncie samopomocy radziłam sobie przez kilka lat, w czasie których moja cera pozostając problematyczną, nie przyprawiała mnie jednocześnie o około depresyjne stany. Wypryski były, sebum w nadmiarze też występowało, ale było to położenie, do którego – zwyczajnie – przywykłam.

Prawdziwe łoże boleści było dopiero przede mną, albowiem wraz z ‘organizacyjnymi’ zmianami w moim życiu, pewnej zimy, pojawiły się także dodatkowe zmiany na mojej twarzy – oprócz mimicznych zmarszczek od naprzemiennego uśmiechu i prężnego zamartwiania się, skóra poddała się naporowi czyhającym w niej niekończącym się pokładom nieczystości. I tak, w zasadzie, z dnia na dzień, zostałam okraszona taką ilością wyprysków, jakiej na mojej twarzy dotąd nie widziałam. Nie były to jednak pryszcze, z którymi zwykłam radzić sobie dotychczas wypracowanymi metodami. To, co opanowało moją twarz jawiło się jako mieszanka ogromnych, ropnych wyprysków wymieszanych z podskórnymi zjawiskami, z którymi stosowany przeze mnie przeciwtrądzikowy kaliber, w postaci Effaclar Duo, nie miał szans.




Był to okres, w którym intensywnie zaczęłam przeszukiwać internetowe czeluści z nadzieją znalezienia remedium na moje mocno już niezdrowe problemy (bo przecież zostałam stworzona do tego, by być sobie alfą i omegą…). 
Takim sposobem trafiłam na gros pozytywnych opinii o Effaclar K. Nie myślałam długo. Poszłam do apteki. Kupiłam. Każdej kolejnej aplikacji legendarnej maści towarzyszył coraz mniejszy entuzjazm i wizja oczyszczonej, gładkiej cery. Bo z każdą kolejną aplikacją było też coraz gorzej. Nie zważałam jednak na to, gdyż byłam przygotowana na wszelkiego rodzaju niedogodności. Niesamowite wysuszenie cery też nie było mi straszne – wspomagałam ją nawilżającymi kremami z tej samej firmy. Filtr też mi towarzyszył – moje działania były, tym razem, podręcznikowe.
Po kilku tygodniach sumiennego stosowania, wychwalany pod niebiosa specyfik, podrażnił mi skórę do tego stopnia, że nie byłam w stanie go dłużej stosować. Żadna zmiana nie chciała się goić, cera, mimo świadomego nawilżania, była tak sucha, że aż szczypała. Twarz wyglądała coraz gorzej. Effaclar K poszedł więc do kosza, a ja zaczęłam rozmyślać, co z tym fantem dalej począć.

Do głowy przyszła mi myśl, by spróbować profesjonalnego działania (nie, nie u dermatologa…), a w gabinecie kosmetologicznym. Najpierw zaczęło się od manualnego oczyszczania, przy okazji którego zostały mi polecone kwasowe zabiegi. Z uwagi na fakt, że ta stagnacja w stanie mojej cery już w tym momencie dobijała mnie dostatecznie, bez względu na wyrzeczenia i nieprzyjemności związane z zabiegami, zdecydowałam się na serię złuszczania kwasem migdałowym. Łuszczenie, potworne uczucie ściągnięcia skóry i jej odpadanie całymi płatami – przetrwałam wszystko, w nadziei, że przyniesie to obiecane mi efekty. Rzecz jasna, nie przyniosło. A przynajmniej nie do końca. Cera rzeczywiście zaczęła wyglądać lepiej, ale nie na tyle, by zachęciło mnie to do kontynuowania zabiegów. Poza tym, zbliżało się lato, a w tym okresie, z kwasami nie chciałam kombinować, by nie dorzucić sobie kolejnych, niepotrzebnych mi już problemów.
Wzrosło więc moje zainteresowanie zagadnieniem oczyszczania cery. Moja zwyczajowa metoda obejmowała płyn micelarny służący mi do demakijażu oraz żel myjący, który był u mnie podstawą poranną i wieczorną. Dzięki zgłębieniu tego tematu, trafiłam na kilka alternatywnych, przyjemnych i przede wszystkim, skutecznych sposobów oczyszczania skóry. Kosmetykami godnymi uwagi, które w tamtym czasie odkryłam i na które chciałabym zwrócić Waszą uwagę są przede wszystkim – olejek do demakijażu od Bobbi Brown, który doskonale rozpuszcza makijaż, będąc tym samym idealnym preludium do rytuału dokładnego oczyszczenia cery z całodziennego brudu (sprawdza się doskonale w wieloetapowym oczyszczaniu; podobny kosmetyk recenzowała niedawno Iwetto, o TU) oraz myjący specyfik od Kanebo, Mud Soap, który jest moim absolutnym hitem – niezwykle delikatny, a przy tym wybornie sprawdzający się przy codziennej pielęgnacji cery problematycznej z czynnymi wypryskami.
Oprócz kosmetyków, zakosztowałam również w gadżetach służących dokładniejszemu pozbyciu się zanieczyszczeń z powierzchni skóry – muślinowe szmatki, naturalne gąbki, szczotki manualne i elektryczne (m.in. Sigma, o moim zdaniu na jej temat przeczytacie TUTAJ) – zdecydowałam się na nie świadomie – mimo tego, iż takie eksperymenty nie są zalecane do cery z problemami, które w tamtym okresie mnie nie opuszczały. Czy pomogły? Nie do końca. Zaszkodziły? Też nie.

Przez okres letni nadal trwałam z gęsto usianymi wypryskami na twarzy, w pielęgnacji niewiele się zmieniło – kilka dermo kosmetyków, seria Super Aqua z Guerlain (świetnie nawilżająca swoją drogą) i serum Advance Night Repair z Estee Lauder – nie było to stricte przeciwtrądzikowe działanie, ale miałam już dość wysuszonej i podrażnionej cery, a te produkty przyszły mi z pomocą (bo szkody żadnej nie zrobiły!).

Wraz z nadejściem jesieni postanowiłam znów spróbować kwasów. Tym razem zdecydowałam się na serię peelingów złożonych AHA-BHA-AKA. Po drodze trafiłam na różne opinie i przeciwwskazania, które sugerować mogły, iż zabiegi te dla mojej skóry z aktywnym jeszcze trądzikiem mogą okazać się nieciekawymi w skutkach. Mimo tego, zaufałam mojej Kosmetyczce (mówiąc zwyczajowo, gdyż tego rodzaju zabiegi wykonuję tylko u licencjonowanych kosmetologów) i zdecydowanie, nie pożałowałam tej decyzji. Przez jesień i zimę uczęszczałam regularnie na kwasowe złuszczanie. Poprawę zauważyłam znaczną, ale w tym czasie przeobrażeniu uległy również niektóre z moich poglądów.

Przede wszystkim, w międzyczasie, moje zainteresowanie naturalnymi kosmetykami wzrosło, przez co i pielęgnacja ewoluowała w stronę bardziej naturalnej. Moimi faworytami zostały obwołane produkty, w większości pochodzące od Phenome (przede wszystkim krem Oil Control i żel do mycia twarzy Complete Blemish Cleanser – o obydwóch produktach pisałam TU) – przed przejściem do najważniejszego, zwrotnego wątku, wspomnę tylko, że była to jedna z lepszych decyzji, na które mogłam się porwać. Cera z biegiem czasu zdecydowanie doceniła delikatność, jaką jej tym samym zaserwowałam i odwdzięczała się małymi sukcesami – była bardziej uspokojona i nie tak zaogniona, jak wcześniej.
Najważniejszym jednak punktem w tej historii jest to, iż wreszcie, po wielu męczarniach i długim zwlekaniu, postanowiłam oddać się w ręce medycznego specjalisty.  Znaczącym w takim obrocie sprawy był fakt polecenia mi konkretnego, rzetelnego i zaufanego dermatologa. Poczytałam w Internecie, dowiedziałam się tego i owego i po niedługim czasie czekałam już w kolejce do lekarskiego gabinetu.

Po wstępnych oględzinach, przeprowadzeniu wywiadu i dokładnym przyjrzeniu się mojej cerze, zostały mi zapisane dwa specyfiki – Zineryt (płynna zawiesina), którą stosowałam 2 razy dziennie – podczas porannej i popołudniowej toalety. Wieczorem zaś przykazane zostało mi smarowanie twarzy kremowym żelem Epiduo. Pierwsze efekty były widoczne już po tygodniu (!) – nowe zmiany przestały się pojawiać, a te już istniejące żegnałam z lisim uśmiechem na twarzy. Cera była gładsza, owszem, nieco ściągnięta – zwłaszcza po Zinerycie, ale krem nawilżający (Oil Control) w większości zapewniał mi odpowiednie nawilżenie. Po miesiącu, wyniki leczenia postanowiłam skonsultować i podsumować – lekarz mający piecze nad moim zdrowieniem, wykazał takie samo zadowolenie z osiągniętych wyników, jak ja – postanowiliśmy utrzymać w mojej pielęgnacji Epiduo, które ewidentnie robiło czystkę na mojej twarzy, a zamiast Zinerytu, wrzuciliśmy Klindacin. Ten, niestety, nie zadowalał mnie tak, jak poprzednik – nie był najlepszym kompanem makijażowych wyzwań, gdyż nałożony jakąkolwiek warstwą lubił się rolować – pod kremem, czy pod podkładem, z filtrami też nie współpracował. Zużyłam jednak, bo widocznie pomagał mojej cerze – dodatkowo nie ściągał, ani nie wysuszał mi cery tak, jak Zineryt (ja jednak jestem z tych, którzy w swej zawziętości mogą znieść wiele, w związku z czym, raz na jakiś czas wracam do Zinerytu profilaktycznie).

Klindacin się skończył, Zineryt odstawiłam na jakiś czas, nocna kuracja z Epiduo też dobiegła końca, postanowiłam więc sprawdzić, jak moja cera poradzi sobie bez tych wszystkich sprzymierzeńców.
Radziła. Ale nie tak, jak chciałam – wypryski się jednak pojawiały, a gojenie ich trwało bardzo długo (przy okazji zużyłam też lubiany przeze mnie Oil Control, nie miałam zatem w pielęgnacji praktycznie nic, co mogłoby hamować moje trądzikowe zapędy).

Mając już chęć i udokumentowane zaufanie do dermatologicznej pomocy, a nie mając z kolei dostępu do skorzystania z tej, do której z bezgranicznym już zawierzeniem się kierowałam, zmuszona zostałam do podjęcia decyzji o skorzystaniu z porady ‘obcego’ dermatologa, w trybie mocno spontanicznym.
Wybrałam więc jedną z klinik w moim mieście, którą kilka osób mi wcześniej polecało w innym kontekście. Na wizytę nie musiałam długo czekać, a na czasie zależało mi niezwykle. Gdy nadszedł dzień tego wiekopomnego spotkania, ochoczo, zaraz po pracy (zatem i w pełnym makijażu), udałam się na umówione spotkanie.
Na najwyższym poziomie było wszystko, oprócz kompetencji szanownej pani doktor, której ocena stanu mojej cery zajęła nie dłużej, niż 10-sekundowe spojrzenie przy dwukrotnym mrugnięciu oczami. Tak – w całym tym makijażowym przybraniu, które miałam na sobie, pani doktor uznała, że mam cerę w bardzo dobrym stanie. Mimo iż zwróciłam jej uwagę, że warstwa makijażu może mocno zaburzać jej wyobrażenie. Mimo iż zwróciłam jej uwagę na konkretne problemy, z którymi się borykam, ta pozostała przy swoim, mówiąc, że znacznie większe problemy zdarzyło jej się już widzieć (oh, really?). Gdy to teraz piszę, śmieję się sama do siebie, no ale wyszłam z receptą i mimo wszystko, postanowiłam ją zrealizować i odpowiednio dostosować do wytyczonych zaleceń.
Na wypisanej recepcie miejsce znalazły dwa leki – Skinoren żel (którego zakup nie wymaga przypisu lekarza; głównym składnikiem aktywnym jest tu kwas azelainowy) oraz Izotziaja (lek oparty na dzialaniu izotretynoiny).
Przed rozwinięciem zagadnień trącających o obydwa wspomniane leki, muszę zaznaczyć, że po kuracji Epiduo-Zineryt, Epiduo-Klindacin, czy Epiduo solo, stan mojej cery uległ zmianie o 360 stopni w stosunku do tego, co pojawiło się u mnie feralnej zimy. Zwyczajnie, po odstawieniu wszystkich wyżej wymienionych, moja cera delikatnie udowadniała mi, że wciąż jest cerą trądzikową i bez odpowiedniego wspomożenia, nie pozostanie czystą i wolną od ropnych wyprysków, czy podskórnych grud. Dlatego kontynuacja leczenia była kwestią niepodlegającą dyskusji.
Idąc dalej – Skinoren stosować miałam rano (na to, według pani dermatolog, winnam nanosić tylko filtr – jakikolwiek), potem makijaż i wszystko miało iść w dobrym kierunku ;). Na noc zaś przeznaczona była Izotziaja.
Obydwa leki stosowałam zgodnie z przeznaczeniem. Skinoren służył mi rano po umyciu twarzy, a przed zaklepaniem go filtrem (na szczęście mój filtr zawarty był w mocno nawilżającym kremie, inaczej skóra wyglądałaby pewnie jak wysuszona, popękana glina...) – pod względem użyteczności nie mam zastrzeżeń, gdyż przy nałożeniu odpowiedniej ilości nie sprawiał problemów podczas nakładania makijażu. Izotziaja natomiast łuszczyła się/rolowała, niezależnie od tego, jaką warstwą na twarz została naniesiona.

Problemem było jednak to, że moja cera przy stosowaniu obydwóch produktów sukcesywnie się pogarszała – wizualnie była ziemista, pełna wyprysków, stany zapalne zaognione, żadne zmiany za nic w świecie nie chciały się goić. Twarz przy każdorazowej aplikacji piekła (czasami pieczenie było wręcz palące) – czułam, że wracam do punktu wyjścia. Po kilku tygodniach tej wątpliwej kuracji (choć rozumiem sposób działania tych i podobnych im leków; rozumiem, iż czas i cierpliwość są tutaj niezbędnymi; rozumiem, że przygotować się trzeba na absolutne oczyszczenie skóry), to nie byłam w stanie jej kontynuować. I nie chodzi już o to, że miało to, po raz wtóry, niekorzystny wpływ na mój wygląd i samopoczucie – przeżyłam to raz, więc i kolejny byłabym w stanie przetrwać, ale to, co się działo, nie było wiadomą częścią zaplanowanego mechanizmu – to, co się działo, przyprawiało mnie o swoiste boleści i niewyobrażalny dyskomfort podczas każdej kolejnej aplikacji, podczas zmywania makijażu, podczas mycia twarzy, a nawet podczas zwykłego jej dotykania.
Obydwa produkty wylądowały w koszu, a ja pokornie wróciłam do Epiduo, który do tej pory grzeje miejsce w mojej kosmetyczce.

Podczas używania Skinorenu, zastanawiałam się, czy glikol propylenowy mógłby być odpowiedzialny za to, co dzieje się z moją skórą (występuje on również w Effaclar K, a na niego miałam podobne reakcje), ale zaangażowałam się też w analizę składu Epiduo, który tak dobrze się u mnie sprawdza, a tam substancją pomocniczą jest ten sam komponent. Jestem więc w kropce i nie potrafię odpowiedzieć, skąd takie reakcje mojej skóry na poszczególne pozycje. Mogę jednak zwrócić Waszą uwagę na obecność jego w kosmetykach, gdyż spotkałam się z kilkoma naprawdę złymi reakcjami na tę konkretną substancję u innych osób borykających się z trądzikiem.
  
Historii koniec – zdjęcia, które wrzucam nie są przyjemne. W większości, niestety mam na sobie makijaż (na tych po leczeniu twarz jest pokryta matującym pudrem transparentnym, na policzkach znalazł się bronzer i róż – zero podkładu, czy korektora), ale poglądowo powinny wystarczyć. Różnica jest wystarczająco widoczna.

Zdjęcia sprzed leczenia nie są udokumentowaniem mojego najgorszego stanu. Cóż, wystawianie się pod ostrzał obiektywów w tamtym okresie było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, deficyt ten więc zupełnie nie dziwi. Pokazują one stan między wątkiem z kwasem migdałowym, okresem bezkwasowym a złuszczaniem AHA-BHA-AKA.




Na koniec chciałabym zwrócić również uwagę na to, iż w leczeniu takich przypadłości, sama pielęgnacja, profesjonalne zabiegi, czy nawet leki, nie zawsze okazują się wystarczającymi działaniami. Potrzebna jest również odpowiednio zbilansowana dieta. W szczegóły zagłębiać się nie będę, bo to inny temat, ale warto zwrócić uwagę na to, jak Wasz organizm reaguje na spożycie pokarmów o wysokim indeksie glikemicznym chociażby. Publikacji na ten i pochodne tematy znaleźć można mnóstwo – zachęcam Was do przeszukania sieci.

Jak widzicie, moja historia, w znacznym stopniu, nie należy do tych godnych naśladowania – irracjonalne opieranie się podjęciu leczenia z pewnością nie wyszło mi na dobre, te najgorsze trądzikowe przeżycia rozciągnęły się w czasie niesamowicie, a moje samopoczucie zaczęło już sowicie trącać o bezradność i wrażenie totalnej klęski.

Wiem, jak trudno dziś znaleźć dermatologa z głową na karku. Pewnie gdyby odpowiednia osoba nie poleciła mi wówczas takiego, do którego zdołała zbudować swoje zaufanie, błądziłabym dłużej w tej samopomocy, która w pewnym momencie może i zaczęła dawać małe efekty, ale na pewno nie na tyle zadowalające, bym mogła poczuć się w najmniejszym choć stopniu wyzwolona ze szponów trądzikowego dręczyciela.


Jeśli macie podobne przeżycia, podzielcie się nimi.


Pozdrawiam Was,
Megdil
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger