piątek, 21 czerwca 2013

Essie, Turquoise&Caicos

Essie, Turquoise&Caicos
Witajcie :)


     Dziś przygotowałam zdjęcia lakieru, który urzekł mnie w zeszłym roku i do tej pory w tym zauroczeniu mnie utrzymuje :)

     Muszę przyznać, że przed jego zakupem zastanawiałam się, czy to słuszny wybór, gdyż równolegle po głowie chodził mi również sławny Mint Candy Apple. Dziś mam obydwa i z pewnością nie żałuję ich posiadania :))

     Turquoise&Caicos pochodzi z letniej kolekcji 2010. Niektórzy twierdzą, że widzą w nim miętę - ja na temat mięty mam inne pojęcie, ten odcień zaś jest dla mnie przepięknym, idealnym turkusem. Niezastąpiony latem i często w tym okresie przeze mnie używany :)
     Dostępny jest w wersji z szerokim pędzelkiem, w stałej kolekcji Essie.





     Kolor jest dość intensywny i soczysty, jednak jego żelkowa formuła wymaga nałożenia trzech warstw, by w pełni pokryć płytkę.





     Ja nie noszę długich paznokci, więc nie doświadczam zjawiska prześwitujących końcówek ;) Ale nie wykluczam, że takowe może wystąpić.




     Lakier ma idealny połysk, nawet bez topu. Nie smuży, nie bąbluje - w obsłudze jest doskonały i polecam go każdej z Was, która w takich odcieniach się lubuje :)




Co o nim myślicie? Podoba się Wam tak samo, jak mnie? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil

środa, 19 czerwca 2013

Sigma, Cleansing&Polishing Tool

Sigma, Cleansing&Polishing Tool
Witajcie :)


     Na początek wspomnę, iż moje pielęgnacyjne rytuały na przestrzeni ostatnich lat kształtowały się różnorako. Metodą prób i błędów dodawałam i eliminowałam ogniwa sprawdzające się u mnie odpowiednio lepiej, czy gorzej.
     Kombinacje typu wszelkiego co jakiś czas mnie nachodziły i tym sposobem przerobiłam kilka z bardziej popularnych sposobów oczyszczania twarzy. Były manualne rossmannowe szczoteczki, były muślinowe ściereczki prosto od Liz Earle, skusiłam się nawet na osławioną gąbkę Kanebo. W którymś momencie, na fali popularności szczotki Clarisonic, poczułam nieodpartą potrzebę wypróbowania jej na własnej skórze. Chęć ta jednak, na szczęście dla mojego portfela, okazała się jedną z tych do opanowania - i do dziś pozostaje ona przykryta płaszczem zdrowego rozsądku.

     Przypadkiem jednak trafiłam na kolejny pielęgnacyjny gadżet.
     Sigma Cleansing & Polishing Tool to nic innego jak elektryczna szczoteczka do oczyszczania twarzy. Ot, proste urządzenie napędzane siłą dwóch baterii typu AA.




     Wspomniana przychodzi do nas w zestawie, w skład którego, oprócz głównej bohaterki, wchodzą trzy wymienne nasadki o różnym stopniu twardości/szorstkości włosia.
     Całość zapakowana jest w plastikowe pudełko, które ułatwia nam utrzymanie naszego instrumentarium w jednym, przeznaczonym do tego miejscu - nic się nie kurzy, nic się nie gubi.




     W kwestii wyglądu szczotka nie wyróżnia się niczym szczególnym - jest prosta o wodoszczelnej konstrukcji - można ją myć, moczyć, 'topić' - nic się nie zaleje, nie zepsuje - dla mnie to ważna cecha, gdyż nie lubię bardzo delikatnych rzeczy, które w codziennym użytkowaniu wymagają ode mnie zachowania szczególnej ostrożności. Ponadto, szczotka dobrze leży w dłoni i nie przysparza trudności w użytkowaniu - dociera w takie zakamarki twarzy, jak skrzydełka nosa, dobrze 'odnajduje się' też w oczyszczaniu pozostałych jej partii. Pod tym względem nie mam żadnych zarzutów.





     Nasadki oczyszczająco-peelingujące dostępne są w trzech wariantach.
- pierwsza z nich - SOFT - zalecana jest do użytku codziennego i przysłużyć się ma głównie skórze wrażliwej,
- kolejna - MEDIUM - stworzona z myślą o codziennym oczyszczaniu cery normalnej,
- ostatnia natomiast - FIRM - przeznaczona jest do okazjonalnego peelingowania skóry normalnej.


                                  SOFT              MEDIUM            FIRM


     Zakres oczyszczających możliwości, które ten zestaw nam oferuje jest więc dość szeroki i, teoretycznie, większość mogłaby odnaleźć w nim odpowiedź na swoje potrzeby.

     Przechodząc jednak do kwestii działania i jego efektywności.
Urządzenie od Sigmy, w odróżnieniu do uznanej w kosmetycznym świecie szczoteczki Clarisonic, nie bazuje na technologii sonicznej. Bowiem omawiana przeze mnie szczotka, zwyczajnie - kręci się wokół własnej osi w dwóch stopniach prędkości i w ten oto sposób ma dogłębnie oczyścić cerę, która pod jej włos trafi.

     Producencka instrukcja zaleca aplikować żel stosowany w codziennej rutynie bezpośrednio na włosie szczotki i dopiero wówczas mówi o 'właściwym' oczyszczeniu. Ja natomiast upodobałam sobie sposób zgoła inny - na wilgotnej twarzy zwykłam rozprowadzać żel i dopiero wówczas doczyszczam cerę ruchomą szczotką. W tym miejscu muszę ponarzekać - przy nadmiernym namoczeniu włosia, może się okazać, że spieniony żel, zamiast pozostać na twarzy, rozpromieni się na inne powierzchnie w łazience. A kto ma ochotę po każdym myciu twarzy myć również łazienkę? ;)





     Kolejną wadą urządzenia jest natężenie dźwięku, który wydobywa się z niego podczas działania. Jeśli używacie elektrycznych szczoteczek do zębów, dźwięk Was pewnie nie przerazi, aczkolwiek jest on o kilka stopni wyższy - zmarłego na nogi nie postawi, ale domownicy przebywający w odległym pomieszczeniu z pewnością będą w stanie odnotować, że właśnie myjecie twarz Sigmą :D

     I wreszcie - jak Cleansing&Polishing Tool odznaczyło się w mojej pielęgnacyjnej rutynie? Odpowiedź, która ciśnie mi się na usta jest, niestety, prosta. Ale wytłumaczenie postaram się rozwinąć.
     Moja cera nie jest bardzo wrażliwa, nie jest podatna na podrażnienia i wymaga częstych i regularnych peelingów. Szczotka, owszem, pomaga w jakiś sposób cerę dogłębniej oczyścić, ale nawet przy użyciu najmocniejszej w skali producenta wymiennej główki (biała wersja Firm), nie może się równać z moimi ulubionymi peelingami. Należy też zaznaczyć, że włosie każdej z dołączonych główek nie należy do najdelikatniejszych i śmiem twierdzić, że bardzo wrażliwe cery nie byłyby w stanie z tego urządzenia korzystać. 





     Warto też pamiętać, iż w przypadku cer z aktywnym trądzikiem, takie szczotki mogą przyczynić się do pogorszenia stanu cery poprzez rozniesienie zmian po całej twarzy. A gdy dorzucimy do tego fakt, iż włosie w tym przypadku należy do tych szorstkich, wniosek o porzuceniu pomysłu używania jej do oczyszczania tego typu cery, pojawia się natychmiast.




     Cena tej szczotki waha się w okolicach $50. Czy jest tyle warta? Mnie jej działanie na kolana, z pewnością, nie powaliło, dlatego Wam go nie polecam. Na ten moment preferuję proste oczyszczanie cery - dłonie z odpowiednim żelem skutecznie radzą sobie w tej kwestii, bez jakiegokolwiek dyskomfortu, czy poczucia niepotrzebnego maltretowania cery. Cleansing&Polishing Tool jest więc dla mnie zbędnym gadżetem, który nie do końca odnajduje się w zadaniu, do którego został stworzony. Wielka szkoda.


     Jakie są Wasze preferencje w kwestii oczyszczania cery? Lubicie wspomagać się tzw.gadżetami, czy stawiacie na 'prostotę'?

Pozdrawiam Was,
Megdil


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Essie, Go Ginza

Essie, Go Ginza
Witajcie!

Nie wiem, jak jest z Wami, ale u mnie lato bez pasteli w lakierowym koszyku nie wygląda tak, jak powinno :) W tym roku zaopatrzyłam się w kilka nowych sztuk i zamierzam sumiennie ich używać - co przy tak wyjątkowo urodziwym wyglądzie z pewnością nie będzie trudne :)
Na pierwszy rzut idzie kolor, który z jednej strony wydawać się może dość powtarzalnym, ja jednak takiego jeszcze nie miałam, a i nie zdarzyło mi się na podobny odcień wcześniej trafić.





Go Ginza inspirowany jest jedną z luksusowych dzielnic Tokio. Opisywany jako kolor kwiatu kwitnącej wiśni - i ja się pod tym podpisuję :)





Bardzo delikatny, mocno rozbielony róż, który czasami uwydatnia równie delikatne fioletowe tony. Pięknie błyszczy, dając efekt zadbanych dłoni - przyciąga wzrok :) Myślę, że jest to kolor, który dobrze skomponuje się z karnacją od jasnej do ciemnej.




Aplikacja nie jest idealna - wszak to odcień pastelowy - jednak nie przyprawia ona o choleryczne spazmy. Dwie warstwy to wszystko, czego potrzeba, by dokładnie pokryć płytkę.




Go Ginza to jeden z moich wyborów na lato. Co o nim sądzicie? :))


Pozdrawiam Was,
Megdil

piątek, 7 czerwca 2013

SkinCeuticals, Blemish + Age Defense

SkinCeuticals, Blemish + Age Defense
Witajcie!

Dziś, wraz z pojawieniem się kilku słonecznych promieni, obudził się we mnie pomysł z przedstawieniem Wam serum, które miało okazję u mnie zagościć.

Mowa o serum Blemish + Age Defense, firmy SkinCeuticals.


Zanim jednak przejdę do 'części właściwej' tegoż wpisu, pozwolę sobie nakreślić typ mojej cery.
Po pierwsze - mam cerę tłustą. Nigdy nie była mieszana, zdarzało jej się przesuszać (głównie po kwasach), ale odkąd pamiętam była tłusta na całej rozpiętości - bywała tłustą odwodnioną, czasami sprawiała wrażenie tłustej suchej - ale 'od zawsze' jest tłusta.

Wraz z wiekiem dojrzewania, na mojej twarzy zaczęły się pojawiać większe, lub mniejsze, wtedy jeszcze niespodziewane, wypryski. Do tego doszły zaskórniki i fakt, że nie do końca wiedziałam, co z tym zrobić. Nie były to dolegliwości znaczne, nie były też jednak znikome - mimo wszystko, nikt i nic nie było w stanie mnie przekonać do zaciągnięcia profesjonalnej porady dermatologicznej. Ot, taka swoista (nie do końca jeszcze wtedy uzasadniona) niechęć do lekarskiej maści ;) W związku z czym, na własną, nastoletnią rękę, zaczęłam rozglądać się za odpowiednimi do moich problemów kosmetykami. W szczegóły wdawać się nie będę (bo i taki bardziej rozległy w tej tematyce post mam w planach), wspomnę tylko, że przez wiele lat bazowałam na dość inwazyjnej pielęgnacji - mającej na celu 'wyleczenie' moich skórnych defektów.

I taki stan, zdecydowanie nieidealnej, lecz w miarę akceptowalnie wyglądającej cery, trwał u mnie nieprzerwanie przez kilka długich lat. W którymś momencie jednak nastąpiło totalne jej załamanie - pryszcz na pryszczu pryszcza poganiał (przepraszam, delikatniejsze zobrazowanie nie miałoby w tym przypadku racji bytu). Nie była to lekka odmiana po-nastoletnich hormonalnych wariacji. Stan mojej cery przeobraził się niemal z dnia na dzień. Z takiej z trądzikowymi skłonnościami do takiej, gdzie standardowa pielęgnacja, czy zachowanie najwyższej higieny na niewiele mogło się zdać. Oczywiście, zanim wybrałam się do dermatologa, musiałam dać upust własnej fantazji. Zwłoki tej szczerze żałuję - doświadczenie jednak pozostało, a i naukę na przyszłość mam sowitą.

Przechodząc jednak do, pozornie oderwanej od tych słów, puenty, do której, mimo wszystko, przez całą tę opowieść dążę - recenzje kosmetyków mających na celu wspomożenie walki z trądzikiem, należy traktować wysoce poglądowo - bo to nie jest problem, którego pozbędzie się jednorazowa aplikacja cudownej mazi o magicznym działaniu. A takie mam wrażenie, czytając czasami mniej, lub bardziej wymuszone opinie o specyfikach różnej maści. Druga sprawa, na którą zwróciłam uwagę (przede wszystkim 'dzięki' tym ekstremalnym przejściom, jakie moja skóra jeszcze niedawno mi zafundowała), to ludzkie przewrażliwienie - kiedyś głównie płci pięknej (w tej chwili to już bodaj tyczy się również mężczyzn) o gładkiej cerze, na której raz do roku pojawi się krosta wielkości ukłucia igły. W efekcie zaobserwować można nieprzyzwoite tworzenie przez tych szczęśliwców autentycznie-trądzikowego problemu z powodu tego jednego, sporadycznie zjawiającego się precedensu.

Nie trącam o ten fakt bez powodu. Albowiem chcę, byście mieli jak najlepszy ogląd sytuacji, w czasie której moja opinia o tym produkcie została zbudowana.




Na SkinCeuticals trafiłam przypadkiem, właśnie w momencie, kiedy stan mojej cery wołał o pomstę do nieba. Poszukiwałam akurat czegoś, co pozwoliłoby mi uporać się z problemem wybitnie przetłuszczającej się cery (i uprzedzam - nie ma w tym krzty przesady) oraz z gromadą pojawiających się masowo wyprysków.
Kosmetyk ten zbierał gros pozytywnych opinii na wielu forach (głównie tych zagranicznych, gdyż w Polsce kosmetyki te były/nadal są trudno dostępne), w związku z czym, po przestudiowaniu większości upublicznionych opinii, niemalże bez wahania, zdecydowałam się na zakup.


Muszę przyznać, że profesjonalizm i 'górnopółkowość' marki, której nie da się w pierwszym kontakcie nie zauważyć, delikatnie rekompensuje poniesione koszty i trudy w jego zdobyciu.


Kosmetyk przychodzi w kartonowym opakowaniu, o oszczędnej szacie graficznej. Producent pomyślał tu o podróżujących, bo oprócz pipety - 'oprzyrządowania' zazwyczaj stosowanego w przypadku serum, otrzymujemy również standardową nakrętkę, dzięki której przewożenie produktu w kosmetyczce przysparza zdecydowanie mniej zmartwień ;) - pomysł ten pochwalam i zdecydowanie doceniam.




Muszę niestety przyznać, że wraz z upływem czasu eksploatacji, pojawił się u mnie spory niesmak - gumowa część pipetki, odpowiedzialna za nabieranie kosmetyku, zaczęła się... rozpuszczać? Dziwne to zjawisko, dotąd z czymś podobnym nie było mi dane się spotkać - tym bardziej w przypadku produktu z tej półki cenowej. Butelka z ciemnego szkła, raczej niezbyt grubego - na szczęście, nigdy mi nie upadła.

Działanie tego kosmetyku trudno mi ocenić jednoznacznie. Bo są względy, dzięki którym serum nie okazało się kompletnym fiaskiem dla mojej cery, lecz z drugiej strony, w konfrontacji z obietnicami producenta, trudno mówić o pełnym zadowoleniu.

Z reguły nie przytaczam tu haseł, którymi producenci raczą konsumentów, bo z doświadczenia wiem, że to w większości wyraz marketingowego krasomówstwa. W tym przypadku chcę to jednak zestawić z moim odczuciami.

Z zamysłu więc jest to kuracja o nietłustej formule dla skóry z niedoskonałościami i oznakami starzenia się. W składzie znajdziemy, podobno unikalne, połączenie hydroksykwasów i kwasu salicylowego, które to nie tylko pomaga zredukować niedoskonałości, ale ma za zadanie również zapobiegać ich nawrotom. Oprócz tego, kwas glikolowy wespół z cytrynowym, mają pomóc w zmniejszeniu drobnych linii, zmarszczek i nieregularności cery.

W składzie znajdziemy m.in.:
- 3,5% kwas glikolowy
- 2% kwas dikarboksylowy
- 1,5% kwas salicylowy
- 0,5% kwas cytrynowy
- 0,3% kwas lipohydroksylowy

Ubolewam nad faktem, iż nie posiadam już kartonowego opakowania i ulotki, bo to właśnie tam zlokalizowany jest skład tego serum. Przejrzałam sieć w celu dokopania się do niego, ale jedyne, czego się dokopałam, to wniosek, że skład 'przepisany' w większości przypadków nie jest miarodajny. Znalazłam trzy mniej lub bardziej różniące się od siebie wersje i nie ośmielę się ich tutaj wklepać. Niemniej postaram się jakoś go zlokalizować i wówczas uzupełnię wpis o tę istotną wiadomość.

EDIT: Dzięki uprzejmości i dobrej woli pewnej Dobrej Duszy, mogę przekazać Wam skład takim, jaki jest rzeczywiście. Olu, raz jeszcze - dziękuję! :)




To, co uderza po otwarciu nieco 'aptecznej' buteleczki, to zapach - czysto alkoholowy, bo i na tej substancji serum zostało oparte. Nie zauważyłam jednak, by w mojej standardowej pielęgnacji, której krem nawilżający jest jednym z fundamentów, powodowało ono przesuszenie cery.

Kolejną sprawą jest konsystencja - bardzo płynna - rzadka, jednak nieco 'oleista'. Nie jest tłusta i nie zostawia paskudnej, lepkiej warstwy na twarzy, ale jest specyficzna. Serum szybko się wchłania, po chwili od nałożenia można zaaplikować krem nawilżający, albo filtr (bądź jedno i drugie). Nie jest też 'przeciwnikiem' makijażu, więc wszystko pod tym względem jest dobrze przemyślane. Bo, o tym jeszcze nie wspomniałam, serum można stosować raz, lub dwa razy dziennie - u mnie bywało różnie. Czasami aplikowałam je tylko na noc, czasami tylko na dzień, a działo się i tak, że raczyłam nim moją cerę dwa razy na dobę.

Przy takim regularnym stosowaniu wydajność kosmetyku wypada całkiem dobrze - 30 ml powinno wystarczyć na jakieś 4 miesiące.




W tym momencie pozwolę sobie jeszcze napomknąć o czymś, o czym sam producent również ostrzega - delikatne szczypanie po nałożeniu kosmetyku na twarz. Przyznam, że ten mały dyskomfort występował u mnie często - dało się to wyczuć głównie w miejscach, które były wyjątkowo zajęte przez 'czynne' wypryski. Uczucie to jednak po kilku sekundach było już tylko wspomnieniem, więc za dużą niedogodność tego nie poczytuję.




No i kwestia nadrzędna - działanie. Zaznaczam, że zmarszczek jeszcze jako takich nie mam, aczkolwiek przy mojej aktywnej mimice twarzy o linie na tym podłożu nietrudno - czy zauważyłam ich redukcję? Nie.
Najbardziej jednak zależało mi na pozbyciu się, albo przynajmniej zahamowaniu problemu z trądzikiem i nadmiernie wydzielanym sebum.
Z ogromnym bólem serca i portfela (niekoniecznie w tej kolejności), muszę uznać, że serum nie rozprawiło się z tymi dolegliwościami tak, jak tego oczekiwałam. O zmniejszeniu ilości produkowanego przez moją skórę sebum nie ma absolutnie mowy - dotychczas żaden kosmetyk sobie z tym nie poradził, a moja wiara (aka naiwność) w to, że kiedyś to marzenie się ziści, została zastąpiona powolnym godzeniem się z losem.

Żeby jednak nie było tak niezadowolenie - podczas używania tegoż 'unikalnego' specyfiku zauważyłam zdecydowane wygładzenie cery - a jednak ten kwasowy zastęp do czegoś się przydał ;) W zasadzie już po kilku dniach regularnego maziania się nim po twarzy, da się to wygładzenie wyczuć. Może nawet zaryzykowałabym stwierdzeniem, że jędrność skóry uległa delikatnej poprawie (acz z drugiej strony, to nie jest mój naczelny problem, więc i nie szarżuję z tym przekonaniem).
Co się zaś niedogodności trądzikowych tyczy - w moim odczuciu nie jest to produkt, który dzięki swym niepodważalnym właściwościom pomoże nam ten problem zlikwidować, czy jakkolwiek zredukować. Nie zauważyłam mocnego oczyszczenia porów (lepsze efekty daje mi chociażby glinka - i to po jednorazowym użyciu!), wypryski nie zaczęły nagle opuszczać mojej twarzy, a i nie podziałał on w tej kwestii prewencyjnie. Owszem, może okazać się pomocnym przy kuracji przeciw przebarwieniom potrądzikowym, bo pomógł mi odrobinę koloryt skóry wyrównać, ale mistrzem w tym też nie jest - głęboko wierzę, że są na rynku lepsze/bardziej skuteczne mazidła do tego celu przeznaczone.

Wisienką (raczej kwaśną) na torcie może okazać się cena - ok 330 zł / 30 ml, to sporo, biorąc pod uwagę to, co serum zrobić mogło, a nie zrobiło.

Żałuję, że tak mało produktywnie (jeśli w ogóle...) potoczyła się moja historia z tym tak fantastycznie zapowiadającym się cudem kosmetycznym. Cóż - szkoda, że duży procentowy ułamek zadowolonych klientów nie przełożył się na moje zadowolenie.




Mimo wszystko, zakończę pozytywnym akcentem - mając na uwadze lepsze jutro, doceniam jednocześnie to, co mam dzisiaj - i mimo że w odniesieniu do cery nie brzmi to już tak górnolotnie ;D, to i tak polecam Wam takie podejście.


Miałyście do czynienia z firmą SkinCeuticals?
A może macie doświadczenia z szeroko zachwalanymi kosmetykami, które u Was się nie sprawdziły?



Pozdrawiam Was,
Megdil

sobota, 1 czerwca 2013

Catrice, Walk On Air

Catrice, Walk On Air
Witajcie :)

     Korzystając z okazji, iż na paznokciach wylądował jeden z moich ulubionych lakierów, przybywam do Was z interesem.

     Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że cokolwiek denerwującym może być przedstawianie w takim miejscu czegoś, co nie jest dostępne w regularnej sprzedaży (jeśli jeszcze w ogóle jest), ale! … Jam typem chwalipięty nie jest, a i do kuglarskiej kusicielki mi daleko. W związku z czym, przychodzę jedynie z pytaniem – czy możecie polecić mi jakiś lakier kolorystycznie jak najbardziej zbliżony do tego?




     Catrice, Walk on air, to lakier z limitowanej kolekcji z lata 2011 r., jak mniemam. Piękne połączenie różu i brzoskwini z domieszką delikatnego, różowo-fioletowego shimmeru (mało widocznego na paznokciach).




     W świetle naturalnym, słonecznym, ujawnia więcej tonów różowych, w cieniu zaś jest mocną brzoskwinią. Ale to nie koniec atrakcji, gdyż sztuczne światło uwalnia z tego koloru coś na znak brzoskwiniowo-różowego neonu.




     Przyznam, że nie jestem fanką lakierów Catrice – nie odpowiada mi formuła, długie schnięcie i niezwykle osobliwe trudności w nakładaniu ich na paznokcie.
     Tutaj potrzebowałam trzech warstw i gdyby nie pomagający w wysychaniu i utwardzaniu top, nie odważyłabym się na korzystanie z możliwości noszenia tego lakieru ;)



     O kwestie ‘poboczne’ jednak mniejsza – czekam na Wasze propozycje godnego zastępcy tej sztuki, gdyż ta wydajnością nie grzeszy, a sam kolor jest trudny do zdobycia, więc i wiele jestem mu w stanie wybaczyć.

Jeśli macie coś do zaproponowania, to z niecierpliwością czekam na Wasze propozycje! :)

Pozdrawiam Was,
Megdil 
Copyright © 2016 Megdil Blog , Blogger