sobota, 30 marca 2013

Bobbi Brown, Illuminating Finish Powder Compact Foundation SPF 12

Cześć Wam! :)

     W dzisiejszym poście chcę poświęcić kilka słów kosmetykowi, który mam już od jakiegoś czasu i którego naprawdę lubię. 
     Bobbi Brown, Illuminating Finish Powder Compact Foundation SPF 12, czyli rozświetlający podkład w kompakcie. W produkt ten zaopatrzyłam się już dawno temu (co zresztą widać po wysłużonej już puderniczce) i już na wstępie mogę zaznaczyć, że jest on bardzo wydajny.





     Wspomnianej wysłużonej puderniczce oddać muszę solidność wykonania. Puder towarzyszył mi często w torebce, w kosmetyczce lub rzucony luzem w otchłań sportowej torby, lawirował pomiędzy butami do ćwiczeń a butelką wody mineralnej - i mimo tego, oprócz widocznych rys, trzyma się doskonale - zatrzask działa bez zarzutu, w lusterku można przejrzeć się tak, jak zaraz po zakupie, w żadnym miejscu nie ma nawet cienia pęknięcia plastiku. A mówię o tym, bo ważnym elementem tego wytworu jest możliwość wymiany wkładu przymocowanego do reszty magnesem - kwestia zasadniczo pomagająca w utrzymaniu balansu budżetu domowego ;)




     Bardzo lubię podkłady w kompakcie. Są nieodzowne w wykonaniu ultraszybkiego makijażu, doskonale sprawdzają się w ekstremalnych warunkach wyjazdowych, dla mnie to fantastyczny sposób na zrobienie szybkiego makijażu poza domem - choćby po siłowni, gdy szybko i bez zbędnej zabawy chcę zakamuflować to i owo :)

     Ten akurat specyfik ma za zadanie zmniejszać niedoskonałości cery, redukować widoczność porów i drobnych zmarszczek. Można go nakładać na trzy sposoby - zwilżoną gąbeczką (wówczas osiągniemy efekt mocno kryjący), suchą gąbką (efekt średnio kryjący), lub pędzlem, który zapewni lekkie krycie.
     Ja preferuję aplikację pędzlem (do tego celu używam flat topa z Sephory) i w ten sposób osiągam efekt, który mnie satysfakcjonuje. Zazwyczaj nakładam dwie warstwy przy akompaniamencie korektora (pierwsza warstwa podkładu, korektor i druga warstwa). W chwilach pośpiechu (lub w ciągu dnia) stosuję dołączoną do kosmetyku gąbkę, która do tego celu również świetnie się sprawdza.


Twarz saute - 1 warstwa - 2 warstwy plus korektor


     Muszę przyznać, że z obietnicami producenta zgadzam się w zupełności. Jak na kompaktowy podkład produkt ten ma całkiem niezłe krycie, rzeczywiście niweluje widoczność porów, koloryt cery jest wyrównany (sprawa żółtej gamy kolorystycznej Bobbi), jego obecność na twarzy nie rzuca się w oczy i naturalnie rozświetla cerę. Trwałość na mojej wybitnie tłustej cerze również oceniam dość wysoko. Wprawdzie bez poprawek w ciągu dnia się nie obędzie, ale tego nie oczekuję od żadnego podkładu - tym bardziej, że ten nie jest ściśle matujący. Moja cera również nie cierpi przez niego - nie zapchał mi porów, nie wywołał żadnego uczulenia. Podsumowując - twarz wygląda po prostu lepiej - a, niestety, nie każdy podkład potrafi to zadanie spełnić.
Ja mam odcień Warm Beige - stapia się z cerą, rozkłada równomiernie i nie zmienia koloru w ciągu dnia.

Jestem zadowolona i polecam :)




Lubicie takie rozwiązania?
Mój podkład już się kończy, a chętnie wypróbuję coś nowego, więc liczę na to, że podsuniecie mi swoich ulubieńców :)


Pozdrawiam Was,
Megdil 


czwartek, 28 marca 2013

Phenome, IN-A-MINUTE manicure scrub

Witajcie :)


     Na wstępie powiem tyle, że o dłonie staram się dbać sumiennie, a cotygodniowy peeling jest dla mnie esencją słusznie wykonanego manicure. Opowiem Wam więc pokrótce o kosmetyku, który tę rutynę od kilku miesięcy u mnie wspomaga.

     Phenome, In-A-Minute manicure scrub jest peelingiem cukrowym wymieszanym z szeroką gamą wspaniałych olejków.  Po skład zapraszam tutaj :)




     Zamknięty został w tubce, która umożliwia zużycie kosmetyku do cna.

     Tubka, standardowo dla firmy Phenome, opatrzona została schematem użycia i zastosowania zawartości. Produkt ma pojemność 100 ml i wedle zaleceń należy go zużyć w ciągu 6 m-cy od daty otwarcia. Przyznać Wam się muszę, że peeling służy mi już dużo dłużej, niż pół roku. Nadal go używam i nadal sprawdza się świetnie.




     Ja stosuję go na suchą skórę, gdyż wtedy kryształki cukru nie rozpuszczą się szybko, dzięki czemu mój rytuał zostanie wykonany z taką dokładnością, jaka zagwarantuje mi satysfakcjonujący efekt końcowy. Wyciskam ilość wielkości fasoli i masuję dokładnie całe dłonie, a także paznokcie i skórki wokół nich.





     Za co lubię ten peeling? Właśnie - oprócz pięknego słodko-cytrusowego zapachu i doskonałej, trzymającej się dłoni konsystencji, peeling nie tylko ściera martwy naskórek, nie tylko wspaniale wygładza dłonie, ale cudowna kompozycja olejków w nim zawartych nawilża skórę i sprawia, że staje się miękka, delikatna, a skórki wokół paznokci nie straszą suchością, lecz cudownie nawilżone doskonale komponują się z całą resztą :)




     I tyle. Niczego więcej od peelingu nie ośmieliłabym się wymagać. Ten robi wszystko :)

     Za cały zastęp tych pozytywów w standardowej cenie musimy zapłacić 69 zł. Moim zdaniem to, mimo wszystko, dużo, dlatego polecam zerkać na niego w promocyjnych ofertach :)


     Macie jakiś ulubiony peeling do tej partii ciała? A może uważacie to za zbędny pielęgnacyjny gadżet?



Pozdrawiam Was,
Megdil :)

wtorek, 26 marca 2013

Essie, French Affair

Witajcie :)

     W dzisiejszym poście chcę Wam przedstawić lakier, do którego zapałałam gromkim uczuciem w tym samym momencie, gdy tylko gdzieś przypadkiem go zobaczyłam :)




     Essie, French Affair z wiosennej (2011) kolekcji o tej samej nazwie, to pastelowy róż z lekką domieszką fioletu. Piękny baby pink, który na paznokciach wygląda wyjątkowo wdzięcznie, świeżo i przystojnie :)





     Kolor jest pastelowy, więc aplikacja do najprzyjemniejszych nie należy, acz najgorsza też nie jest - wystarczy chwila cierpliwości, a lakier odwdzięczy nam się pięknym połyskiem i dobrą trwałością :)





     Na zdjęciach mam 2 warstwy, bo mimo że pierwsza smuży niemiłosiernie, kolejna kryje na amen.





     Macie coś podobnego w swoich zbiorach?



Pozdrawiam Was :)
Megdil

czwartek, 21 marca 2013

Zbity kosmetyk złość w łazience pogania

     Ponieważ poczucie nieopanowanej złości sięgnęło dziś u mnie zenitu, gdy moje ulubione serum upadło i się potłukło, przyszłam się pożalić i spytać o radę. A co!

     Historia jest bardzo krótka, z wartką akcją i dramatycznym zakończeniem...

     Dłoń szukała kremu pod oczy, przypadkiem dotknęła balsamu, który nieoczekiwanie opuścił przeznaczone sobie miejsce w koszyku, dotykając odżywkę, która przesunęła tonik, który popchnął ostatnie w tej łańcuchowej tragedii ogniwo, które z hukiem spadło na ziemię, by potłuc się i zapisać swą obecność plamą na łazienkowych kaflach.





     Ekoampułka z Pat&Rub to mój zdecydowany ulubieniec, stąd moje rozżalenie i złowrogie ogniki w oczach, na samą myśl o feralnym zdarzeniu. Na szczęście, udało mi się odratować choć część, która powstrzymała się przed wylaniem i pozostała w buteleczce, jak pani Kinga Rusin nakazała...




     A moje wołanie o pomoc brzmi:


Jak przechowujecie swoje kosmetyki w łazience? Macie jakieś szczególne sposoby ich segregacji?
Trzymacie je w szafkach, na szafkach, w koszykach, czy luzem?




środa, 20 marca 2013

Essie, Chubby Cheeks

Witajcie :)


     Dziś chcę Wam pokazać lakier, który jest przeze mnie bardzo regularnie używany :) 





     Chubby Cheeks to kolor niejednoznaczny do określenia. Niby to czerwień, która jednak nie zawsze czerwienią pozostaje. Czasami wydobywa z siebie pomarańczowe tony, czasem przygaszoną cegłę. 





     Na paznokciach jest znacznie żywszy, niż w buteleczce, a zależnie od światła przybiera inny odcień. Wykończenie kremowe, do pełnego krycia potrzebne dwie warstwy (choć pewnie i jedna grubsza dałaby radę). Nosi się bardzo przyjemnie, ładnie błyszczy sam w sobie, a podczas zmywania nie dostarcza żadnych nieprzyjemności. 




     Moim zdaniem Chubby Cheeks jest na tyle uniwersalny, że pasować będzie do każdej karnacji. A dla tych z nas, które nie mogą pozwolić sobie na bardziej fantazyjne kolory, ten będzie bardzo miłą wariacją w temacie czerwieni :)


Podoba Wam się?


Pozdrawiam Was ciepło,
Megdil :)


środa, 6 marca 2013

OPI, My Address is Hollywood

Cześć! :)


     Dziś pomalowałam paznokcie kolorem, który w słońcu wygląda wyjątkowo pięknie - mowa o lakierze OPI, z jesiennej kolekcji 2011 (Touring America) o wdzięcznej nazwie - My Address is Hollywood.




     Niestety, do zdjęć nie pozuje on tak wdzięcznie, jak gwiazdy na czerwonym dywanie. Ale postanowiłam podjąć wyzwanie i jakoś go obfotografować. O dziwo, kolor nieco lepiej prezentuje się na zdjęciach zrobionych telefonem :D




     Ujęć nie ma dużo, wybrałam jedynie te nadające się do publikacji :)
     Lakier jest przyjemny w obsłudze - żadnych smug, czy bąbli. Na zdjęciach mam dwie warstwy i tyle, według mnie należy nałożyć, by uzyskać ładny efekt.





     Lakier niesamowicie mi się podoba, jest niby różowy, czasem przypomina koral. W cieniu wygląda dość płasko, ale w słońcu... złoty shimmer nie pozwala mi odciągnąć od niego wzroku :))

Co o nim sądzicie?

Megdil :)

wtorek, 5 marca 2013

Przegląd moich twarzowych złuszczaczy

Witajcie :)

     W tym poście chcę się z Wami podzielić krótkimi spostrzeżeniami na temat peelingów do twarzy, których w tym momencie używam. Zawsze staram się mieć dwa rodzaje tych kosmetyków - tradycyjny - mechaniczny i enzymatyczny.
     Ja jestem nosicielką cery tłustej, trądzikowej, czasami skłonnej do przesuszenia i uważam, że przy takim typie cery peelingi są absolutnie nieodzowne - dlatego używam ich regularnie.

     Na ten moment posiadam trzy kosmetyki, które do tej złuszczającej grupy zaliczam.




     Na pierwszy ogień pójdzie zdzierak mechaniczny z Phenome, Exfoliating Facial Paste, który, jak dotąd, jest moim absolutnym oblubieńcem w kategorii ziarnistych peelingów.




     Ciężki, masywny, szklany słoik mieści w sobie cudownie wygładzającą zawartość na bazie białej glinki, która doskonale oczyszcza i ściąga pory - to jest zauważalne już podczas masażu twarzy. Producent zaleca masowanie buzi przez kilkanaście sekund - ja masuję ją przez dobrą minutę, a przynajmniej do momentu, w którym poczuję, że kremowa warstwa jest niejako 'wpracowana' w skórę - wtedy widzę najlepsze efekty - skóra jest miękka, przyjemna w dotyku, gładka, oczyszczona i wspaniale wchłania pielęgnację, którą po peelingu stosuję.





     Oprócz wszelkich zalet pielęgnacyjnych, peeling jest niewiarygodnie wydajny - ubytek widoczny na zdjęciu to efekt regularnego stosowania go przez okres jakichś trzech miesięcy (2 razy w tygodniu).




     Trącając jeszcze o samo opakowanie, to podobają mi się oznaczenia, które firma Phenome stosuje na wszystkich swoich kosmetykach. Wiadomo do czego służy dana rzecz, do jakiej cery, jaką ma konsystencję i jakie zadanie.

     Do kupienia w salonach firmowych Phenome, w niektórych placówkach Douglas lub w sklepie internetowym. Cena 119 zł za 125 ml.


     Kolejną pozycję w dzisiejszym przeglądzie stanowi kosmetyk z tej samej firmy - Phenome, Enzymatic Gentle Exfoliator. Peeling enzymatyczny o żelowej konsystencji, przeznaczony do cery tłustej, z którym wrażliwcy jednak powinni uważać.




     Lubię ten kosmetyk - jest naprawdę dobry i nigdy jeszcze nie używałam lepiej działającego peelingu enzymatycznego. Ja nakładam go raz w tygodniu, grubszą warstwą (1,5 pompki) i przez chwilę masuję, po czym zostawiam na twarzy na ok. 40 minut. Po zmyciu skóra jest idealnie wygładzona, a pory są lekko ściągnięte. Ja bardzo lubię nakładać po nim maseczki - po takiej serii mogłabym się dotykać po twarzy bezustannie :)

     Podczas zakupu zostałam ostrzeżona przez Konsultantkę, że może on chwilowo podrażniać skórę i wywołać zaczerwienienie. Moja cera nie jest wybitnie podatna na takie reakcje, a z czymś podobnym w przypadku tego peelingu miałam do czynienia tylko raz - po godzinie zaczerwienienie zniknęło. Stąd też polecany jest do stosowania wieczorem, a na pewno nie przed planowanym wyjściem :)




     Poza doskonałą zawartością, również opakowanie zasługuje na odznakę - pompka działa wyjątkowo sprawnie, być może przyczynia się też do wydajności kosmetyku, bo i ta jest znakomita.




     Dostępność podobnie jak wyżej - firmowe sklepy stacjonarne Phenome, wybrane placówki sieci Douglas oraz sklep internetowy. Cena 135 zł za 200 ml.


     Ostatnim produktem, który pomaga mi w dogłębnym oczyszczaniu mojej cery jest nic innego, jak popularne od jakiegoś czasu Savon Noir - mydło z czarnych oliwek. Ja mam takie wzbogacone wyciągiem z eukaliptusa, które jest przeznaczone głównie do cery przetłuszczającej się, z problemami.




     Akurat ten kosmetyk używać można codziennie - ja jednak tego nie propaguję, gdyż częstotliwość tę wypróbowałam, po czym borykałam się z nadmiernym wysuszeniem cery. Stosuję go więc raz w tygodniu, lub według potrzeb (nie więcej jednak, niż 3 razy). Zazwyczaj nakładam go rano, masując, na 5-10 minut. Robię to rano, bo zauważyłam, że makijaż bardzo fajnie po takim zabiegu wygląda :)





     Moja wersja ma charakterystyczny, eukaliptusowy zapach, bardzo odświeża i idealnie oczyszcza - nie mogę tutaj nie wspomnieć o "piszczącej" skórze po jego użyciu :) Oprócz tego jest bardzo wydajny, nie podrażnia, wspaniale wygładza i używa się go z przyjemnością.

     Skład jest bardzo prosty.



     Do kupienia w wielu sklepach, ja swoje mydło nabyłam w Mydlarni u Franciszka. Cena 28 zł za 100 ml.




     Jak widzicie ze wszystkich tych kosmetyków jestem bardzo zadowolona i każdy z nich szczerze polecam :) Wprawdzie Phenome nie należy do najtańszych marek, ale ja rzadko kupuję tam kosmetyki w regularnych cenach. Zazwyczaj (niemal zawsze! :)) nabywam te produkty w bardzo korzystnych promocjach (-30%, -40%, a w okresach wyprzedażowych można trafić na jeszcze konkretniejsze zniżki :)). Jeśli nie macie dostępu do sklepu stacjonarnego, to co jakiś czas możecie do któregoś z nich zadzwonić, a w sklepie internetowym upewnić się, czy dana promocja wysyłkowo również obowiązuje i w ten sposób także korzystać z cenowych przywilejów :)

     Mam nadzieję, że post nie jest za długi, a Wy z chęcią go przeczytałyście :) Używałyście któregoś z tych produktów? Jakie macie zdanie na ich temat? Albo - jakie peelingi Wy polecacie? :)


Pozdrawiam,
Megdil :)



poniedziałek, 4 marca 2013

Essie, Nice is Nice

Cześć Wam :)

     Coraz bardziej słoneczna aura i mnie się udzieliła :) Uwielbiam wiosnę, zwłaszcza po takiej przeciągającej się zimie, a pierwsze promienie Słońca działają na mnie i moje samopoczucie zbawiennie :) 

     Dziś chcę Wam przedstawić lakier iście wiosenny, lekki, przyjemny i uroczy :) 





     Nice is Nice pochodzi z wiosennej kolekcji French Affair z 2011 roku. To dość delikatny lawendowy kolor. Nie rzuca się w oczy i, mimo wszystko, wygląda umiarkowanie elegancko :)




     Ja mam wersję z cienkim pędzelkiem i szczerze mówiąc, ten utrudnia mi "łatwe i przyjemne" malowanie paznokci. Nice is Nice jest odcieniem pastelowym, więc sama formuła jest już uciążliwa w obsłudze - konsystencja idzie w stronę rzadkiej - pierwsza warstwa to same smugi, ale druga załatwia sprawę, dając gładkie wykończenie i ładny połysk. Jak jest z wysychaniem, nie powiem, bo jestem niecierpliwcem i zawsze używam top coatu :)
     Na zdjęciach dwie warstwy Nice is Nice pokryte top coatem Seche Vite.





     Lakier dostępny w stałej kolekcji, z szerokim pędzelkiem (ten będzie się pewnie lepiej sprawdzał :).

     Podoba Wam się? Mnie bardzo. Mimo że do niedawna nie przepadałam za fioletami na moich paznokciach :)


Trzymajcie się słonecznie,
Megdil

     

piątek, 1 marca 2013

Włosowe denko

Witajcie :)

     Dziś przychodzę z wykończonymi do cna wspomagaczami mojej włosowej pielęgnacji.
Nie będę się rozwodzić, pustych pudełeczek jest zaledwie kilka, więc powinno pójść szybko i bezboleśnie :)


     Po pierwsze - szampon. Jeden z moich ulubionych, do którego wracam co jakiś czas - Pharmaceris H-KERATINEUM. Dobrze oczyszcza włosy, nawet po olejowaniu.  Jego zadaniem jest powstrzymanie wypadania włosów - w moim przypadku nie zahamował tego procesu w 100%, ale zauważalnie pomógł mi ten problem zniwelować. Poza tym pięknie pachnie, niczym kosztowne perfumy :) Zapach się utrzymuje, ale nie jest nachalny, więc wrażliwym nosom nie powinien przynieść niedogodności. Nie powoduje powstawania łupieżu. Trzeba też przyznać, że niestety, włosy po nim nie rozczesują się wyśmienicie, ale ten problem załatwia odżywka, bez której moje mycie włosów nigdy nie ma miejsca :)
     Do kupienia w większości aptek, cena ok. 26 zł za pojemność 250 ml.





     Kolejne denko to odżywka do włosów Mythos Olive + SOY . Przyznaję, że jest to kosmetyk, do którego chętnie bym wróciła, czego w przyszłości nie wykluczam. Włosy, po jej użyciu są gładkie, lśniące i łatwo się rozczesują. Ja dawałam jej na włosy sporo, trzymałam zawsze ok. 10 minut (lub dłużej). Przy zniszczonych włosach, podczas regularnego stosowania, da się zauważyć różnicę w ich wyglądzie. Są lepiej nawilżone i odżywione. To oczywiście nie jest permanentny stan, ale nienapchany silikonami skład naprawdę działa. Generalnie, zapachy kosmetyków Mythos nie do końca do mnie trafiają, ten tutaj nie złamał tej reguły i pachniał nieco drażniąco. Trochę za słodko i mimo wszystko, sztucznie. Dało się jednak do niego przyzwyczaić.
     Do kupienia w wybranych aptekach stacjonarnych oraz w sklepie internetowym, cena 19 zł za 200 ml. (Swoją drogą, ja kupowałam ją w grudniu i wówczas ceny kosmetyków na owej stronie były zdecydowanie niższe :( Za odżywkę zapłaciłam wówczas ok. 16 zł...)





     Ostatnie puste opakowanie mieściło w sobie Regenerującą maskę do włosów Pat&Rub. Z racji, że kosmetyki tej firmy lubię bardzo, nie mogłam sobie darować również tej maski. Zwłaszcza, że moje włosy potrzebują reanimacji przez cały swój żywot. Producent zaleca stosowanie jej przed umyciem włosów szamponem, na suche lub mokre włosy. Ja stosowałam ją właśnie w ten sposób, gdyż sama w sobie jest bardzo ciężka i mogłaby mi moje cienkie kłaczki obciążyć. Sprawdzała się całkiem dobrze. Włosy, mimo użycia po niej szamponu, wciąż miały na sobie warstwę ochronną tej maski. Czasami miałam wrażenie, że mimo wszystko trochę moją czuprynę obciążała, ale rzeczywiście odżywiała włosy. W moim odczuciu nie był to jednak efekt piorunujący. Była bardzo wydajna i może kiedyś jeszcze do niej wrócę - choć na pewno nieprędko :)
     Do kupienia na stronie Pat&Rub, w Sephorze lub innych sklepach internetowych. Cena ok. 75 zł za 225 ml.






     To by było na tyle, powiedzcie, czy coś z tych kosmetyków Was zainteresowało? A może używałyście któregoś z nich?

Pozdrawiam,
Megdil :)