poniedziałek, 8 października 2012

China Glaze, BLK-BILA-BONG


     Wraz z nadejściem jesiennej aury, wzięło mnie na ciemne, wyraziste paznokcie.
     Lakierem, którego widokiem na moich dłoniach dziś mam zamiar się z Wami podzielić, jest pozycja z China Glaze, o łamiącej język nazwie: BLK-BILA-BONG ;)
Przy okazji możecie spojrzeć na skład, który dla znawców pewnie zachęcającym nie jest:





(udało mi się ustalić, że lakier pochodzi z kolekcji Surf Collection z 2007 roku, pewnie dlatego obecny jest w nim m.in. Toluene, którego w tej chwili producenci się wystrzegają)





     Baza tego lakieru jest czarna, co widać najlepiej przy jego jednej warstwie, a w niej zatopiony jest shimmer niebiesko-zielono-turkusowy – tak, właśnie w ten sposób bym go określiła J Po dwóch warstwach (bo tyle na zdjęciach widzicie) prezentuje się idealnie, ma piękny połysk (nawet bez topa), specyficzną głębię i to „coś” J
     Buteleczka ma pojemność 14ml, więc jest naprawdę spora, lakier szybko wysycha i, jak widzicie, po dwóch warstwach kryje całkowicie.
          Z dostępnością China Glaze nie jest w tej chwili najgorzej, bo w przestrzeni internetowej można je bez problemu znaleźć, w cenach wcale nie wygórowanych. Mnie ten egzemplarz udało się wyczaić na którejś ze stron,  na sporej wyprzedaży jeszcze w zeszłym roku, za 9,90 zł :D



Megdil

niedziela, 7 października 2012

MA(j)STER do zadań specjalnych z efektami niespecjalnymi.


MAC, Matchmaster Foundation, SPF15.

     W posiadanie tego wyniesionego na marketingowy piedestał kosmetyku-cudu weszłam około roku temu, niedługo po tym, jak Mac wypuścił go na nasz rodzimy rynek. Do Maca „nie jest mi po drodze” (najbliższy sklep oddalony jest od mojego miasta o kilkaset km :D), z tej oto racji, gdy już zdarza mi się do niego trafić, dostaję oczopląsu i najchętniej zgarnęłabym wszystko, co w ich asortymencie znaleźć można. Ale ja nie o tym.
     Warto, nie warto, ale wspomnę, że był to mój pierwszy podkład z tej osławionej na świecie (i, generalnie, lubianej przeze mnie) firmy.
     Zaczynając od początku – opakowanie jest takie, jak lubię – proste, szklane, z dobrze sprawdzającą się pompką. Szkło jest przejrzyste, więc na bieżąco możemy kontrolować zawartość buteleczki z naszą „drugą twarzą” J Pojemność (35ml) jest nieco większa od standardowej wielkości podkładu, więc i to sprawić może, że chętniej po niego sięgniemy. 








     Cena – ok. 140zł, nie należy do najniższych, ale na tle innych, perfumeryjnych marek plasuje się, mimo wszystko, nie najgorzej.
     Podkład ma raczej gęstą, jakby kremowo-żelową konsystencję, przez co jest dość wydajnym kosmetykiem (wystarczył mi na kilka miesięcy nie-regularnego użytku).
     Zapach – kwestia poruszająca w przypadku Macowskich podkładów. Krążą pogłoski, że jest on maksymalnie chemiczny, nie do zniesienia, powodujący jakieś nieopisane dolegliwości. Mnie natomiast bardzo odpowiada. Nie jest nachalny, choć w nadmiarze mógłby przywołać niechciany ból głowy ;) Mnie kojarzy się z przyjemnym w życiu okresem, polubiłam.
          Przechodząc do działania… Dla mnie to przeciętniak o nieprzeciętnej cenie, który z moją cerą nie współpracuje najlepiej. Na twarzy wygląda ładnie. Nieważne, jaki krem pod niego nałożyłam, z jakiej metody do jego nałożenia skorzystałam – zawsze wyglądał tak, jakby go nie było. Rzeczywiście, nie był widoczny – to w nim również polubiłam i tylko dlatego zużyłam już niemal całe opakowanie. Co za tą cenną cechą idzie – nie tworzył maski (u mnie wytestowane 2 cienkie warstwy), ładnie stapiał się ze skórą i utrzymywał się wystarczającą długo (mimo mojej tłustej cery, był na niej aż do samego demakijażu, oczywiście z delikatnymi pudrowymi poprawkami w ciągu dnia).
     Jest to podkład, który ma w swej idei dopasować się swoim kolorem do kolorytu naszej cery. Z tym postulatem nie zgodzę się, niestety. Owszem, coś tam w tej kwestii zdziałać mu się udawało, ale nie na tyle, by móc nałożyć go sobie w za ciemnym o 2 tony odcieniu i bez żenady wyparadować „między ludzi”. Ja posiadam odcień 2.0, co moim zdaniem, odpowiada odcieniom NC30/NC35 z tejże marki (choć bliżej mu do tego drugiego). Zimą stałam się bladą twarzą (wypracowane metodą na brak słońca i samoopalacza) i wówczas używałam produktów mianowanych odcieniem NC20 – w tych warunkach nasz Master 2.0 się nie sprawdził.
     Dla porównania, zdjęcie ze swatchami, w świetle dziennym:



     Z całą pewnością nie nazwałabym go też podkładem kryjącym. Krycie zapewniał na poziomie lekko-średnim, więc na skórne problemy, sam w sobie, na pewno nie zaradzi, aczkolwiek ładnie wyrównywał koloryt mojej cery.
      Jego wykończenie to nie ekstremalny mat, ale na tyle satysfakcjonujący dla tłustej cery, by nie szukać rozpaczliwie pudru zaraz po jego aplikacji. Chociaż potrzeba zebrania sebum, w moim przypadku, pojawiała się dość szybko (jak przy zastosowaniu każdego dotąd testowanego przeze mnie podkładu – ideału jeszcze nie znalazłam).
     Największym jego minusem jest fakt, że z moją cerą się zwyczajnie kłócił. Po każdym spędzonym z nim dniu, niestety, walczyć musiałam z większymi lub mniejszymi skórnymi wybrykami. Stąd też więcej go nie kupię. Skóra, po zmyciu makijażu, była szorstka i zanieczyszczona. Oczywiście, u każdego zadziałać może inaczej, więc w miarę możliwości, polecam zaopatrzenie się w próbki, które, być może, uchronią Was przed nieudaną i w efekcie opłakaną inwestycją.
     Jak widzicie, to jeden z tych podkładów, który z jednej strony zachwyca, z drugiej skutecznie do siebie zniechęca.
     Jeśli macie jakieś doświadczenia z tym kosmetykiem, dajcie znać w komentarzach. Chętnie poczytam i o Waszych z nim przygodach :)

Megdil

   

czwartek, 4 października 2012

Koniec przygody początkiem...


Na przekór konwenansom, zacznę „od końca” i podzielę się z Wami emerytowaną częścią mojej kosmetycznej armii.
Część z tych (nie)dzielnych żołnierzy zasłużenie wróci do mnie, kiejby z tarczą, w bliższej lub dalszej przyszłości, by pomóc mi w codziennej walce o lepsze poczucie estetyki i wewnętrznego spokoju, a pozostały zasób zawodników nigdy więcej nie znajdzie się nawet na ławce rezerwowych – zwartych i gotowych ;)
Krótko mówiąc – podsumowanie mojego najświeższego projektu denko czas zacząć J



Pierwszym kosmetykiem, który używałam z najwyższą przyjemnością jest olejek do ciała firmy
Pat&Rub by Kinga Rusin, Trawa Cytrynowa i Kokos.

     Zaczynając od zewnątrz – opakowanie nie jest pozbawione wad. Ma zasadniczo wygodny dozownik – pod postacią dość standardowej pompki, przez którą jednak nasz drogocenny olejek lubi przeciekać (mimo uważnego dokręcenia). Z tego powodu, niemalże przy każdym użyciu, odrobina kosmetyku się jednak marnotrawiła (ściekała po opakowaniu, zostawała gdzieś na zakrętce etc.). Butelka wykonana ze szkła, dość ciężka – ryzykowna w podróży, ale moje gusta wizualne zostały w tym względzie zaspokojone, bo zdecydowanie lubię masywne, porządne opakowania.  (4/5)
     Pojemność tej buteleczki to 125ml – dużo, nie dużo – przy regularnym stosowaniu na słuszny miesiąc powinno nam wystarczyć. Ale zważywszy na cenę, którą mamy za niego zapłacić (65 zł), 1 mc wydaje się być zdecydowanie zbyt krótkim na tę uciechę czasem eksploatacji. (Stosunek cena-wydajność 2/5)
     Skład – naturalny, pochodzenia roślinnego, z najwyższej jakości zbiorów – takimi przynajmniej informacjami raczy nas firmująca markę Kinga Rusin J
Dla zainteresowanych:
(5/5)
     Kolejną kwestią jest zapach, który dla mnie (w przypadku tego olejku, niekoniecznie w odniesieniu do całej serii), jest rzeczywiście niesamowicie relaksujący. Możność zamknięcia ciężkiego dnia po kąpieli, dzięki temu kosmetykowi jest czymś, czego ja niejednokrotnie pragnęłam, ledwo wyściubiając nos spod pierzyny J Zapach uwielbiam, choć sam kokos nie jest tu wybitnie wyczuwalny (jeśli w ogóle). Na prowadzenie wysuwa się wspomniana trawa cytrynowa, chociaż i ona nie rzuca się desperacko w nasze zmysły powonienia. Zapach trudno jest mi opisać. Zdecydowanie jest niejednoznaczny, bardzo przyjemny i bardzo relaksujący. Mimo że uwielbiam intensywny zapach kokosa, w tym kosmetyku nie zmodyfikowałabym go ani trochę. (5/5)
     Przechodząc do sprawy nadrzędnej, jaką jest działanie – to jeden z żołnierzy, do których wrócę, w czasie wojny lub pokoju J Olejek skutecznie nawilży nam ciało (choć wolałabym, by robił to na dłużej), przy regularnym stosowaniu skóra uzyskuje piękny i zdrowy blask. Wchłania się szybko i sprawnie – zbędnych kalorii przy jego wcieraniu na pewno nie zgubimy J Idealnie nada się także do masażu przez mniej lub bardziej wykwalifikowanych masażystów - połowę sukcesu i przyjemności gwarantuje sam w sobie (4/5)
Dostępny w Sephorze lub w otchłani internetowej. Ja kosmetyki Pat&Rub zamawiam na oficjalnej stronie www.patandrub.pl , na której trwają nieustające promocje J






     Kolejnym szeregowym (bo na wyższy stopień w tej batalii nie zasługuje) będzie mniej lubiany przeze mnie balsam do ust firmy Guerlain, Baume de la Ferte, z wyciągiem z wina. 

     Mało o nim opinii gdziekolwiek widziałam. Kupiłam go „w ciemno”, będąc w ustowej potrzebie, licząc na to, że kosmetyk tej markowej rangi spełni nawet te oczekiwania, których przed nim nie stawiam. I co? Właśnie – poległ, od zapachu poczynając, na działaniu kończąc.
     Opakowanie tego kosmetyku jest schludne, ładne, eleganckie, bez zbędnych ‘upiększaczy’ – prosta, biała tubka ze złotą nakrętką – zmysł estetyczny został i w tym przypadku zaspokojony. Aplikacja jest nieco gorsza, bo bezpośrednio z opakowania tym balsamem ust nie wysmarujemy – kosmetyk jest dość treściwy w swej konsystencji – ja wyciskałam go na palec i dopiero w ten sposób aplikowałam go w miejsce przeznaczenia. (3/5)
     Za 15 ml płacimy słono, bo ok. 100 zł, ale kosmetyk, jest tak wydajny, że z tą równie słoną porażką borykać musiałam się 12 miesięcy – przy raczej regularnym stosowaniu (Stosunek ceny do wydajności 5/5).
     Sprawa ze składem tego balsamu jest nadzwyczaj dziwna. Nigdzie, na żadnej internetowej stronie (a Google jest przecież królestwem wszechwiedzy!), znaleźć go nie można. Nie pamiętam, czy był podany na kartonowym opakowaniu (winien, ale pewności nie mam). Ocena za skład widmo 0/5.
     Przechodząc dalej – rzecz dla mnie istotna – zapach. Paskudny. Zepsute wino, wietrzejący alkohol, coś, do czego naprawdę trudno się przyzwyczaić! Po tylu miesiącach moje negatywne nastawienie do tego zapachu siłą rzeczy musiało zelżeć, ale i pod koniec jego służby sięgałam po niego z przymusu…
     Jego konsystencja na ustach była zdecydowanie wyczuwalna, pozostawiał specyficzny, ‘gładki’ film, kojarzący mi się trochę z takim prawie-silikonowym. Oprócz tego, że na ustach był (zawsze w nocy), lekko je regenerował (w przypadku drobnych pęknięć), mam wrażenie, że zupełnie ich nie nawilżał (nawet przy stosowaniu co noc). Był w nocy, był też rano – zbierał się w dziwne, nieestetyczne i mało przyjemne (tu przepraszam za ewentualnie gorszący epitet) „glutowate grudki” po wewnętrznej stronie ust. (Działanie 2/5)
     Dostępność jest dość szeroka (Sephora, Douglas, Internet)
     Zdecydowanie nie polecam. Cieszę się jak dziecko na wyczekiwane pożegnanie z nim J


Długość tego posta przerosła moje wstępne kalkulacje, więc na tych dwóch recenzjach poprzestanę.
Mam nadzieję,  że komuś moje wywalczone opinie się przydadzą J

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil