czwartek, 4 października 2012

Koniec przygody początkiem...


Na przekór konwenansom, zacznę „od końca” i podzielę się z Wami emerytowaną częścią mojej kosmetycznej armii.
Część z tych (nie)dzielnych żołnierzy zasłużenie wróci do mnie, kiejby z tarczą, w bliższej lub dalszej przyszłości, by pomóc mi w codziennej walce o lepsze poczucie estetyki i wewnętrznego spokoju, a pozostały zasób zawodników nigdy więcej nie znajdzie się nawet na ławce rezerwowych – zwartych i gotowych ;)
Krótko mówiąc – podsumowanie mojego najświeższego projektu denko czas zacząć J



Pierwszym kosmetykiem, który używałam z najwyższą przyjemnością jest olejek do ciała firmy
Pat&Rub by Kinga Rusin, Trawa Cytrynowa i Kokos.

     Zaczynając od zewnątrz – opakowanie nie jest pozbawione wad. Ma zasadniczo wygodny dozownik – pod postacią dość standardowej pompki, przez którą jednak nasz drogocenny olejek lubi przeciekać (mimo uważnego dokręcenia). Z tego powodu, niemalże przy każdym użyciu, odrobina kosmetyku się jednak marnotrawiła (ściekała po opakowaniu, zostawała gdzieś na zakrętce etc.). Butelka wykonana ze szkła, dość ciężka – ryzykowna w podróży, ale moje gusta wizualne zostały w tym względzie zaspokojone, bo zdecydowanie lubię masywne, porządne opakowania.  (4/5)
     Pojemność tej buteleczki to 125ml – dużo, nie dużo – przy regularnym stosowaniu na słuszny miesiąc powinno nam wystarczyć. Ale zważywszy na cenę, którą mamy za niego zapłacić (65 zł), 1 mc wydaje się być zdecydowanie zbyt krótkim na tę uciechę czasem eksploatacji. (Stosunek cena-wydajność 2/5)
     Skład – naturalny, pochodzenia roślinnego, z najwyższej jakości zbiorów – takimi przynajmniej informacjami raczy nas firmująca markę Kinga Rusin J
Dla zainteresowanych:
(5/5)
     Kolejną kwestią jest zapach, który dla mnie (w przypadku tego olejku, niekoniecznie w odniesieniu do całej serii), jest rzeczywiście niesamowicie relaksujący. Możność zamknięcia ciężkiego dnia po kąpieli, dzięki temu kosmetykowi jest czymś, czego ja niejednokrotnie pragnęłam, ledwo wyściubiając nos spod pierzyny J Zapach uwielbiam, choć sam kokos nie jest tu wybitnie wyczuwalny (jeśli w ogóle). Na prowadzenie wysuwa się wspomniana trawa cytrynowa, chociaż i ona nie rzuca się desperacko w nasze zmysły powonienia. Zapach trudno jest mi opisać. Zdecydowanie jest niejednoznaczny, bardzo przyjemny i bardzo relaksujący. Mimo że uwielbiam intensywny zapach kokosa, w tym kosmetyku nie zmodyfikowałabym go ani trochę. (5/5)
     Przechodząc do sprawy nadrzędnej, jaką jest działanie – to jeden z żołnierzy, do których wrócę, w czasie wojny lub pokoju J Olejek skutecznie nawilży nam ciało (choć wolałabym, by robił to na dłużej), przy regularnym stosowaniu skóra uzyskuje piękny i zdrowy blask. Wchłania się szybko i sprawnie – zbędnych kalorii przy jego wcieraniu na pewno nie zgubimy J Idealnie nada się także do masażu przez mniej lub bardziej wykwalifikowanych masażystów - połowę sukcesu i przyjemności gwarantuje sam w sobie (4/5)
Dostępny w Sephorze lub w otchłani internetowej. Ja kosmetyki Pat&Rub zamawiam na oficjalnej stronie www.patandrub.pl , na której trwają nieustające promocje J






     Kolejnym szeregowym (bo na wyższy stopień w tej batalii nie zasługuje) będzie mniej lubiany przeze mnie balsam do ust firmy Guerlain, Baume de la Ferte, z wyciągiem z wina. 

     Mało o nim opinii gdziekolwiek widziałam. Kupiłam go „w ciemno”, będąc w ustowej potrzebie, licząc na to, że kosmetyk tej markowej rangi spełni nawet te oczekiwania, których przed nim nie stawiam. I co? Właśnie – poległ, od zapachu poczynając, na działaniu kończąc.
     Opakowanie tego kosmetyku jest schludne, ładne, eleganckie, bez zbędnych ‘upiększaczy’ – prosta, biała tubka ze złotą nakrętką – zmysł estetyczny został i w tym przypadku zaspokojony. Aplikacja jest nieco gorsza, bo bezpośrednio z opakowania tym balsamem ust nie wysmarujemy – kosmetyk jest dość treściwy w swej konsystencji – ja wyciskałam go na palec i dopiero w ten sposób aplikowałam go w miejsce przeznaczenia. (3/5)
     Za 15 ml płacimy słono, bo ok. 100 zł, ale kosmetyk, jest tak wydajny, że z tą równie słoną porażką borykać musiałam się 12 miesięcy – przy raczej regularnym stosowaniu (Stosunek ceny do wydajności 5/5).
     Sprawa ze składem tego balsamu jest nadzwyczaj dziwna. Nigdzie, na żadnej internetowej stronie (a Google jest przecież królestwem wszechwiedzy!), znaleźć go nie można. Nie pamiętam, czy był podany na kartonowym opakowaniu (winien, ale pewności nie mam). Ocena za skład widmo 0/5.
     Przechodząc dalej – rzecz dla mnie istotna – zapach. Paskudny. Zepsute wino, wietrzejący alkohol, coś, do czego naprawdę trudno się przyzwyczaić! Po tylu miesiącach moje negatywne nastawienie do tego zapachu siłą rzeczy musiało zelżeć, ale i pod koniec jego służby sięgałam po niego z przymusu…
     Jego konsystencja na ustach była zdecydowanie wyczuwalna, pozostawiał specyficzny, ‘gładki’ film, kojarzący mi się trochę z takim prawie-silikonowym. Oprócz tego, że na ustach był (zawsze w nocy), lekko je regenerował (w przypadku drobnych pęknięć), mam wrażenie, że zupełnie ich nie nawilżał (nawet przy stosowaniu co noc). Był w nocy, był też rano – zbierał się w dziwne, nieestetyczne i mało przyjemne (tu przepraszam za ewentualnie gorszący epitet) „glutowate grudki” po wewnętrznej stronie ust. (Działanie 2/5)
     Dostępność jest dość szeroka (Sephora, Douglas, Internet)
     Zdecydowanie nie polecam. Cieszę się jak dziecko na wyczekiwane pożegnanie z nim J


Długość tego posta przerosła moje wstępne kalkulacje, więc na tych dwóch recenzjach poprzestanę.
Mam nadzieję,  że komuś moje wywalczone opinie się przydadzą J

Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

2 komentarze:

  1. szkoda ze ten olejek do ciała tą cene ma taka nie na kieszen studentki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, cena trochę wysoka :/ Ale, skubany, jest naprawdę dobry :)

      Usuń