środa, 14 stycznia 2015

Bobbi Brown, Long-Wear Even Finish Foundation SPF15

Ile podkładów przeszło już przez Wasze ręce? Dużo? Dużo za dużo? I wciąż nic? Ideału brak?
Witam w klubie!

Temat to emocjonujący, bo przecież podkład idealny, bądź takiemu obrazowi bliski, jest na wagę złota. To ważna część makijażu, podstawa, od której właściwie zawsze zależy wygląd i trwałość pozostałych produktów, którymi upiększamy twarz. O wybawco, gdzie jesteś!, chciałoby się krzyczeć.
Taki krzyk ciśnie mi się na usta, gdy pomyślę o Long-Wear Even Finish Foundation od Bobbi Brown. To miało być marzenie, bożyszcze wśród podkładów, nieskazitelna cera w butelce. To miała być odpowiedź na moje wołania. Miała być.




Uwierzcie, nie wiem od czego zacząć… Może od tego, że nie był to zakup dokonany pod wpływem impulsu, trochę o nim poczytałam i zbudowałam jakieś wyobrażenie. Pod kreską znalazły się zarówno plusy, jak i minusy odnotowane przez inne jego użytkowniczki. Tak, wiem, że każda cera ma prawo zareagować zupełnie inaczej na dany produkt, ale… obietnice producenta winny do czegoś zobowiązywać, czyż nie? Wprawdzie daleko mi do ślepego galopu tuż za nimi, jednak są takie przypadki, w których całkiem zwyczajnie zdaję się na ślubowane efekty. Zwłaszcza, gdy brak mi możliwości wypróbowania danej rzeczy przed zakupem. Nie chcę popadać w paranoję, chcę móc, w pewnym przynajmniej stopniu, oprzeć się o zapewnienia sprzedawcy. A ‘Long-Wear’ to jest już jakaś obietnica, prawda?




Pierwsza potencjalna niedogodność pojawia się już wraz z odkręceniem buteleczki - zapach. Intensywny aromat lawendy, który jest bodaj jednym z bardziej kontrowersyjnych. Mnie na szczęście nie przeszkadza, choć z czasem zaczął kojarzyć się negatywnie ;) Sprawa druga - lepka warstwa na skórze, możliwa do wyeliminowania jedynie przez warstwę pudru. Szkopuł numer trzy - ciężkość! Podkład wyczuwalny na twarzy? Nie, dziękuję. Sprawa czwarta - kiepskie krycie, możliwe do delikatnego ‘dobudowania’, co w połączeniu z punktem trzecim zaczyna pretendować do miana aktu masochizmu. Dodam tylko, że samo lekkie krycie nie jest dla mnie powodem do narzekań, w takich przypadkach ratuję się korektorem. Lubię, gdy podkład wygląda na twarzy naturalnie i ten, zaaplikowany rozsądnie, to właśnie mi daje, ładnie wyrównuje koloryt skóry, dzięki żółtej tonacji ożywia i redukuje zaczerwienienia, poza tym dobrze wtapia się w skórę i nie daje płaskiego wykończenia. Właściwie to jedyne plusy, które tu odnotowałam.




Najgorsze jednak nie zostało jeszcze wypowiedziane! Najgorsza jest w jego przypadku… trwałość. Czego winno się oczekiwać od podkładu marketingowanego jako długotrwały? Dobrej przyczepności? Możliwie najdłuższego utrzymywania jednolitej warstwy na skórze? O kontrolowaniu sebum nie wspomnę, bo to rzecz, która w moim przypadku jest wyjątkowo trudna do okiełznania. Są jednak takie produkty, dzięki którym proces wydzielania mocno nadprogramowego tłuszczu przebiega delikatniej, cera nie wygląda na niezdrową, co więcej, cały makijaż prezentuje się po prostu estetycznie, choćby po użyciu matującej bibułki… Ale nie w przypadku Long-Wear Even Finish Foundation. Tu rzecz ma się zupełnie na opak. Przeokropne warzenie się kosmetyku w okolicach ust i czoła (!) doprowadza mnie do rozpaczy. A w połączeniu z zupełnym i ultra szybkim znikaniem podkładu z nosa i zbieraniem się wokół jego skrzydełek przepełnia czarę goryczy. Niestety, produkt ten zupełnie nie trzyma się mojej skóry, każde, najdelikatniejsze nawet dotknięcie twarzy powoduje powstanie smug i prześwitów.
Wiem, że podkład ten ma swoje zwolenniczki, lecz ja ze swojej strony absolutnie go nie polecam, a jeśli koniecznie chcecie go przetestować - zróbcie to ostrożnie i przemyślcie sprawę trzy razy, by nie skończyć z butelką przepełnioną rozżaleniem.


A może znacie Long-Wear Even Finish Foundation SPF15?
Jak wygląda Wasza podkładowa historia? Macie swoją ulubioną sztukę?

  
Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil

środa, 7 stycznia 2015

MAC, Mineralize Blush in Warm Soul

Róż to piękny kosmetyk, pojmowanie jego nieodzowności w codziennym makijażu zakorzeniło się w moich przyzwyczajeniach kilka lat temu i dotąd uparcie się tego trzymam. Dziewczęcy rumieniec, podkreślony model twarzy, czy mgiełka dodająca witalności - nie ma przed tym produktem rzeczy niemożliwych, wystarczy sięgnąć po odpowiednie pudełeczko. To magia prostych rozwiązań, sekretny akcent uwydatniający każdą urodę :)




Warm Soul już samą swoją nazwą zachęca do poznania. Miękka, połyskująca, wypiekana struktura w jakiś hipnotyzujący sposób przyciąga spojrzenie i palce. Tak, bo samo karmienie oczu tu nie wystarczy… Dopiero bliższe spotkanie daje potwierdzenie podejrzeń o niezwykłej delikatności formuły i subtelności pudrowej woalki zaaplikowanej na skórę. Sam odcień też jest wyjątkowo czarowny - połączenie różu i szlachetnej brzoskwini, przykurzone odrobiną brązu i w całości okraszone mikro drobinami złota. Coś cudownego! Cudowniejszym od widoku tego skarbu w opakowaniu może być tylko wynik jego upiększania na twarzy. Efekt końcowy jest bowiem idealnie wyważony - świeżość wydobyta kolorem, strukturą i delikatnie połyskującym wykończeniem. Zapewniam, że próżno szukać tu nieszykownego brokatu oszpecającego naturę, dla mnie to optymalny kompromis pomiędzy matem a satyną, która choć piękna, często okazuje się zbyt zaczepna. Tym sposobem Warm Soul mogę używać zawsze wtedy, kiedy przyjdzie mi na to ochota, bez obaw o nieprofesjonalny, czy wręcz przesadzony wygląd. To kosmetyk, który nigdy mnie jeszcze nie zawiódł - trwałości nie mam nic do zarzucenia, pigmentacja jest idealna dla użytkownika na każdym stadium makijażowego wtajemniczenia, a wydajność rekompensuje każdy trud i cenę, jaką należy zapłacić za kilka gramów tego kanadyjskiego wypieku.




Ogromnym plusem jest dla mnie również fakt, że kolor świetnie wtapia się zarówno w cerę muśniętą słońcem, jak i tę w stanie czystym. Nie podkreśla przy tym zaczerwienień, rozszerzonych porów, czy innych niedoskonałości. Ponadto, dzięki swemu zjawiskowemu odcieniowi i pięknemu wykończeniu róż nie tylko pełni przypisaną mu rolę, ale także okazuje się wspaniałym zamiennikiem bronzera i rozświetlacza - brzmi jak idealny kompan w podróży, prawda?

Uwielbiam Warm Soul do tego stopnia, że z pewnością po zużyciu obecnego opakowania (tak, zużywam róże) sięgnę po kolejne. To na tyle wyjątkowy twór, że każdego, bez względu na preferencje kolorystyczne, czy wykończeniowe, zachęcam chociażby do zapoznania się z nim w salonie MAC. Większość pewnie przepadnie, tak, jak ja - od pierwszego muśnięcia :)



  
Ogromną ochotę mam także na odcień Dainty :) No, a jak podoba Wam się Warm Soul? :)


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...