sobota, 25 kwietnia 2015

Nowości :)

Halo, jest tam kto? :)
Oj, długo mnie tu nie było! I cisza absolutna trwałaby pewnie jeszcze chwilę, gdyby kilka z Was nie wyraziło chęci podglądnięcia tego, co u mnie nowego :) Od czasu publikacji ostatniego takiego wpisu sporo kosmetycznych dobroci przewinęło się przez moje ręce, lecz dziś pokażę Wam to, co udało mi się zebrać bez przewracania domu do góry nogami ;)) Większość jest jeszcze w stanie nieodpieczętowanym, ale znajdą się i moje pewniaki, do których wracam regularnie. Gotowi?

Zapraszam zatem na nowinkowy post! :)




#1 Aesop, Mouthwash - od pewnego czasu szukałam środków do higieny jamy ustnej, które nie będą zawierać fluoru. Niestety, w drogeriach, gdzie zwykłam się w owe zaopatrywać, próżno oczekiwać możliwości ich nabycia (chyba, że źle patrzę?). Przy okazji zamówienia w mojej ulubionej perfumerii galilu.pl, dorzuciłam więc do koszyka powyższy płyn. Póki co nie miałam jeszcze sposobności go użyć, ale premiera zbliża się wielkimi krokami - zobaczymy, co z tego będzie!

#2 Aesop, Parsley Seed Cleansing Masque - tę maseczkę poznałam dzięki próbce i… bum! Od razu się zakochałam. Świetnie oczyszcza cerę, wygładza ją, nie wysusza i sprawia, że upierdliwe wypryski szybciej znikają. Jeśli można chcieć czegoś jeszcze, to tylko wydajności i przyjemnego zapachu – ta maska ma to wszystko :) Bardzo lubię i bardzo polecam.

#3 Aesop, Oil Free Facial Hydrating Serum - kolejny kosmetyk, na który zdecydowałam się po zużyciu próbki. Jego sekret tkwi w sile nawilżenia, jakie zapewnia mojej skórze. W cieplejsze dni, które wreszcie nastają, z pewnością posłuży mi dzielnie solo, bez pomocy dodatkowego nawilżacza. Jest lekkie, szybko się wchłania i pozostawia skórę przyjemnie odświeżoną.

#4 Aesop, B&Tea Balancing Toner - mój obecny ulubieniec z nowej jabłkowej serii Phenome dobiega końca, miałam zamiar sięgnąć po kolejną butelkę, ale na horyzoncie pojawił się on. Ciekawość zwyciężyła i oto jest ;) Tonik ma nawilżać, łagodzić i harmonizować pracę skóry. Jeszcze go nie używałam, ale zapach zwiastuje przyjemną współpracę, mam nadzieję, że działanie mu nie ustąpi.

#5 Aesop, A Rose By Any Other Name Body Cleanser - przyznam, iż żel ten był moją małą zachcianką. Bardzo polubiłam się ostatnio z różanymi produktami do pielęgnacji. Miałam chęć na coś, co umili mi wieczorny relaks w łazience i… to chyba nie to. Kosmetyk sam w sobie jest w porządku, lecz połączenie nuty różanej z kardamonem i pieprzowym dodatkiem nie do końca trafia w mój gust. Zapach mnie nie obezwładnił, a na to liczyłam. Pozostaje mi więc szukać dalej - polecacie coś?

#6 Aesop, Rejuvenate Intensive Body Balm - tak, znów Aesop… Ale po raz ostatni na dziś ;) Poszukując przyjemnego mazidła do ciała na dłuższą chwilę zatrzymałam oczy również na asortymencie tej australijskiej marki. Kombinacja mandarynki, wanilii i drzewa sandałowego zaintrygowała mnie na tyle, by przygarnąć osobistą tubkę. Niebawem premiera. Już nie mogę się doczekać! :)




#1 Phenome, Purifying White Clay Mask - co by się działo, Phenome u mnie zabraknąć nie może ;) Ta oczyszczająca, glinkowa maska to żadna u mnie pierwszyzna. Pokaźny słój gości na mej łazienkowej półce co jakiś czas i za każdym razem przywołuje takie samo zadowolenie. Lubię za delikatność białej glinki, lubię za jej jednoczesną skuteczność, lubię za wydajność, lubię za przywołujący miłe wspomnienia zapach i lubię za to, że mogę jej używać codziennie.

#2 Phenome, Exfoliating Facial Paste - następny powrót, jeden z dwóch ukochanych mechanicznych peelingów. Wyborny skład i dualistyczna, nomen omen, natura, pozwala mi na jednoczesne złuszczenie i ukojenie cery dzięki zawartości wywołanej wyżej białej glinki oraz zastępowi olejków. Peeling + maska to jest to! Exfoliating Facial Paste pozostawia moją skórę odświeżoną, wygładzoną, dokładnie oczyszczoną i ukojoną jednocześnie. Ogromnie polecam!

#3 Phenome, Enzymatic Gentle Exfoliator - z uwagi na denko w innym moim ulubieńcu (klik), po raz kolejny postawiłam na jego poprzednika z Phenome. To on jako pierwszy pokazał mi moc enzymatycznego złuszczania, pozostaję mu więc na dłuższą metę wierna. Świetnie działa na moją trądzikową cerę, nie wysusza jej, a zamiast tego oczyszcza zgodnie z oczekiwaniami, zmiękcza, wygładza i pomaga okiełznać niedoskonałości.

#4 Phenome, Micellar Cleansing Water - to był dość spontaniczny zakup, gdyż pomimo chęci jego wypróbowania, w pierwszej kolejności na celowniku miałam polecany przez rzesze micel Sylveco. Jak widać, tego drugiego nie udało mi się kupić, ale co się odwlecze… Micellar Cleansing Water jest w porządku, lecz muszę zaznaczyć, że moich wymagań nie spełnia w 100%. Z makijażem wodoodpornym sobie nie radzi, a i podczas zmywania klasycznego tuszu wymaga dłuższej chwili. Plusem jest fakt, że nie podrażnia oczu i świetnie sprawdza się w ciągu dnia do przemywania cery. Tym mnie do siebie ostatecznie przekonał, więc pewnie będę do niego wracać.

#5 Phenome, Complete Blemish Cleanser - swego czasu żel ten gościł u mnie bez przerwy. Bardzo go lubiłam i mam nadzieję, że nasza relacja po odświeżeniu pozostanie taka sama :) Oczyszczał, łagodził, był skuteczny, acz delikatny. Brakuje mi tu tylko pompki, z której producent najwyraźniej zrezygnował.




#1 MAC, Prep+Prime BB Beauty Balm SPF35 - coś na kształt lekkiego podkładu chodziło mi po głowie długo, do azjatyckich kremów BB nie byłam jeszcze wówczas przekonana, ostatecznie więc skusiłam się na coś, co sporo osób polecało. Cóż, nie zawiodłam się, choć przyznam, że MACowy krem nie jest bez wad. Wszystko to jednak do okiełznania. Ładnie wygląda na skórze, odświeża, ujednolica koloryt i ładnie rozświetla – byłabym w nim pewnie do tej pory zadurzona, gdyby nie kontakt z… azjatyckim bebikiem! O dzięki Ci, unappreciated, za uchylenie mi rąbka tego kosmetycznego świata! Po pierwszym użyciu zakochałam się w Dollish Green Lioele. Zakup prywatnego bebika mam w planach wkrótce, coś już wybrałam, ale może i Wy macie coś do polecenia?

#2 MAC, Pro Longwear Concealer - to zakup poczyniony jakiś czas temu, został więc już dobrze przetestowany. Na ten moment to mój zdecydowany faworyt, nadaje się zarówno do ukrywania niedoskonałości, jak i pod oczy, czy w roli bazy na całą powiekę. Nie wysusza, długo się utrzymuje, jestem bardzo na tak!

#3 MAC, Blot Powder Pressed – ULUBIONY. Po kilku pudrowych wpadkach z podkulonym ogonem wróciłam do Blota, nic go nie pobiło i śmiem sądzić, że nic go już nie pobije. Nie wykluczam tego, że co jakiś czas skusi mnie chęć odmiany, ale póki co wcale się na to nie zanosi :)

#4 Annabelle Minerals, Mineralny podkład matujący - mineralnych formuł podkładowych wypróbowałam już kilku, ale to właśnie ta matująca od AM okazała się dla mnie najlepsza. Pomimo wrażenia, że producent coś w niej zmienił, jestem zadowolona. Ładnie ujednolica koloryt cery, całkiem nieźle kryje, nie jest ciężki, dobrze wygląda na skórze. Lubię i będę sięgać po kolejne opakowania.

#5 MAC, Kinda Sexy i Brave - pomadki to temat nadal u mnie emocjonujący. Lubię i już! A że te MACowe zasłużyły sobie na miano moich ulubieńców… niemal bez skrupułów kupuję nowe ;))) Brave dołączyła do mnie dzięki akcji Back2MAC (ileż ja się za tym kolorem nachodziłam!), Kinda Sexy zaś była stosunkowo spontanicznym zakupem, ale jakże trafionym! Uwielbiam obydwie, nie tylko za przepiękne kolory, ale też za ich właściwości - świetna trwałość i brak efektu wysuszania, tego właśnie oczekuję :)

#6 L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture So Black - długo nie testowałam żadnych nowości z tuszowego światka. Wiernie oddana kilku egzemplarzom nabywałam je naprzemiennie. Tym razem jednak skusiłam się na fioletową wersję maskary, o której od wielu lat myślę z sentymentem (pierwsza wersja Volume Million Lashes :)). I, nie jest źle! Rzęsy są rozdzielone, wydłużone, pogrubione, tusz naprawdę daje radę. W dodatku jest trwały, nie rozmazuje się i nie kruszy. Korzystając z okazji, że znów mam fioła na punkcie rzęs, zaczynam polowanie na polecaną przez wiele z Was odżywkę AA 4Long Lashes (i już przebieram nogami w oczekiwaniu na rzęsy do nieba :>). A przy okazji - macie swoje ulubione maskary?


Ufff! To na tyle. Znacie coś? Macie na któryś z tych produktów chęć? Co ostatnio zasiliło Wasze kosmetyczne szeregi? :)
Podzielcie się nowinkami!


Pozdrawiam Was słonecznie,
Megdil

poniedziałek, 9 marca 2015

Bumble and bumble, Semisumo

Muszę przyznać, że kosmetyki do stylizacji włosów nigdy nie wzbudzały we mnie szalonej ekscytacji. Rzadko dostrzegałam konieczność stosowania czegokolwiek poza pielęgnacją, ale przecież taki stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność, prawda? ;) Zwłaszcza, że niedawno udało mi się trafić na kilka świetnych produktów, a to z kolei oznaczać może tylko jedno - rodzą się kolejne kosmetyczne potrzeby. Tak, tak to działa ;))

Reakcją na jedną z takich potrzeb stał się zakup nabłyszczającej pomady Semisumo marki Bumble and bumble. Z uwagi na dokuczający mi często włosowy puch, szukałam czegoś, co pozwoli mi tę bolączkę zdyscyplinować. Czy znalazłam?




Zacznę od tego, że pomada, choć w obsłudze banalnie prosta, pozostaje w swej naturze specyficzna i wymagająca uwagi podczas aplikacji. Konsystencja jest tu typowa dla produktów tego rodzaju, bardzo zbita i ciężka, przywodząca na myśl wazelinę. I właśnie to może na początku sprawiać najwięcej kłopotu - nałożenie odpowiedniej ilości. Zachowanie ostrożności okazuje się nieodzowne, bowiem każda nadprogramowa drobina Semisumo wywoła efekt przeciwny do zamierzonego - zamiast dociążenia zyskamy obciążenie, a blask zastąpi tłusta powłoka okalająca zbite w strąki kosmyki. Należy pamiętać jeszcze o jednej kwestii, mianowicie o rozpoczęciu stylizacji dopiero wtedy, gdy włosy są już całkowicie suche. Tylko taki stan pozwala na osiągnięcie optymalnych rezultatów. Tylko wówczas można liczyć na okiełznanie nieznośnego puszenia, dociążenie, wygładzenie, zmiękczenie i rzecz jasna - nabłyszczenie. W gratisie otrzymujemy wdzięczny zapach o wyraźnej nucie zielonej herbaty, który stosunkowo długo utrzymuje się na włosach.





Czy to ideał? Nie wiem i nie śmiem też twierdzić, że na rynku nie ma lepszych propozycji, może bardziej skutecznych? Semisumo daje mi nieoceniony komfort zwłaszcza w dni pełne wilgoci, gdy ta przejmuje kontrolę nad fryzurą. Zauważalnie pomaga ujarzmić nieznośny puch, ale w ekstremalnych warunkach pogodowych trudno liczyć na zachowanie pięknej, gładkiej tafli, zwłaszcza w przypadku włosów wysokoporowatych, więc fakt ten podkreślam. Mimo wszystko doceniam rezultaty, które pomada mi zapewnia i wiem, że będzie u mnie regularnie gościć.
No, chyba, że znajdę coś jeszcze lepszego… Macie swoje propozycje? :)


Pozdrawiam Was,
Megdil
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...