środa, 3 grudnia 2014

Listopadowi ulubieńcy :)

Ostatnie miesiące obfitowały u mnie w wiele kosmetycznych przyjemności. Pojawiło się kilka nowości, parę produktów zaczarowało mnie sobą na nowo, a i kolejny bzik mnie doszczętnie opętał... ;) Jeśli interesuje Was moje zdanie na temat przedstawionych na zdjęciach wybrańców, zapraszam do czytania! Ostrzegam jednak, mam ochotę sobie trochę pogadać, więc nie obiecuję, że będzie szybko i bezboleśnie :))




#1 Phenome, Smoothing Body Serum - cóż mogę rzec... Kto zagląda do mnie od jakiegoś czasu, ten wie, że ta polska marka jest jedną z moich absolutnie ulubionych. Po kosmetyki spod szyldu Phenome sięgam często i robię to z nieskrywaną przyjemnością. Zwykle otrzymuję wszystko, czego oczekuję - i tak też było w przypadku tego serum. Jest to stosunkowa nowość w asortymencie Phenome, która wchodzi w skład serii Silhouette Dream, mającej na celu pomoc w walce z uciążliwym cellulitem. Kosmetyk ten towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy i po tym czasie mogę z czystym sumieniem potwierdzić jego świetne wygładzające właściwości. Pierwsze tygodnie nie wskazywały na taki sukces - ot, dostateczne nawilżenie, przyjemna, lekka konsystencja, łatwa aplikacja i szybkie wchłanianie. Po pierwszym miesiącu codziennego stosowania (raz dziennie, wieczorem), doznałam ogromnego zaskoczenia, gdyż skóra w okolicach ud i pośladków zdecydowanie zyskała na gładkości i jędrności. Dodam, że był to czas, gdy moja aktywność fizyczna oscylowała wokół podstawowych czynności, bez wyciskania siódmych potów na macie. Uważam więc, że to świetny wynik, a sam kosmetyk dobrze rokuje na przyszłość - z całą pewnością okaże się nieocenionym pomocnikiem regularnego wysiłku i dobrej diety. Godny polecenia sprzymierzeniec w walce z tą paskudną przypadłością! (Skład możecie zobaczyć na stronie <klik>)

#2 Phenome, Relaxing Massage Oil - coraz chłodniejsze wieczory skłaniają do otulania się nie tylko cieplejszymi tkaninami, ale również cięższymi formułami kosmetyków i relaksującymi, głębokimi zapachami. Uwierzcie, seria Rejuvenating Rose jest do tego najlepszym narzędziem :) Nigdy nie należałam do klubu wielbicielek wyrazistych zapachowych nut różanych, ale to... To się Phenome udało wyśmienicie. Jestem bez reszty zakochana w tym aromacie - mamy tu dość wyraźny różany bukiet w samym centrum, lecz zapachowa melodia, która unosi się wokół sprawia, że cała kompozycja wprost uzależnia. Jest tu coś owocowego, coś orzechowego, trochę zieleni, dalej pojawia się już tylko błękitne niebo, wiejska polana, dziki ogród i... gładka skóra :)) Olejek stosuję średnio dwa razy w tygodniu. Jego mięsista konsystencja świetnie się rozprowadza, skóra wchłania go w czasie umożliwiającym wykonanie rozluźniającego masażu. Po takim seansie ciało nie jest klejące, nadal jednak czuć delikatną powłoczkę ochronną. Poziom nawilżenia jest godny podziwu, gdyż nawet po depilacji ten różany olejek daje mi komfort rozluźnionej skóry. Zapach unosi się wokół mnie dość długo, z pewnością uprzyjemniając zasypianie :) Po przebudzeniu zaś cieszę się gładką, miękką i delikatną skórą. Lubię ogromnie i serdecznie polecam wszystkim miłośnikom olejków i oliwek do pielęgnacji skóry! (Jeśli jesteście zainteresowani dokładnym składem <klik>)

#3 Fridge Ostra Szczotka - wokół tematu szczotkowania ciała na sucho krążyłam bardzo długo. Przeczytałam kilka artykułów, zapoznałam się z wieloma wrażeniami po regularnym uskutecznianiu tej czynności, aż wreszcie zapragnęłam doświadczyć zapowiadanych rezultatów na własnej skórze :) Jak sięgam pamięcią, swego czasu miałam do czynienia z Rossmannową ostrą szczotką, której sporadycznie używałam do masowania ud i pośladków. Nie wspominam jej miło, ponieważ była wyjątkowo nieprzyjemna w użytku (bardzo ostra), co skutecznie zniechęcało mnie do utrzymywania regularności. Podczas przeczesywania sieci w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego trafiłam m.in. na szczotkę innej polskiej marki, Fridge. I to był dobry wybór! Włosie szczoty jest bardzo sprężyste i gęste, ponadto mam wrażenie, że jego moc została idealnie wyważona - jest wystarczająco ostre, by spełniać swoją rolę bez agresywnego drapania. Drewniana nasadka wygodnie leży w dłoni, a całe narzędzie zostało solidnie wykonane. 
Efekty nie pozostają w tyle! Przy regularnym masowaniu, raz dziennie (najczęściej rano), po kilku tygodniach nie da się nie zauważyć różnicy! Skóra staje się coraz gładsza, zyskuje więcej blasku, a poszczególne partie ciała są bardziej zbite. Każdy masaż zaczynam od stóp, przez łydki kieruję się do ud i pośladków, po czym zabieram się za dłonie i ręce, następnie przychodzi czas na dekolt, brzuch i plecy (5 posuwistych 'okrążeń' na każdą partię, po czym czynności powtarzam w tej samej kolejności, już jednokrotnie). Całość zajmuje jakieś 10-15 minut, które w magiczny sposób poprawiają mi samopoczucie. Zachęcam Was do zapoznania się z tematem i jak najszybszego wdrożenia tej świetnej czynności u siebie :)

#4 Tangle Teezer - szczotka legenda, której z jakichś powodów nie chciałam się poddać. Miałam swój drewniany grzebień z TBS i żyłam w przekonaniu, że nic lepszego już znaleźć się nie da. Do zakupu tej plastikowej szczotki podchodziłam więc bardzo sceptycznie, lecz z ciekawością zaczęłam jej używać od razu po tym, jak do mnie trafiła. Wrażenia? Ok, w porządku, fajnie rozczesuje  mokre kosmyki, nie szarpie ich, ale czy rzeczywiście jest warta całego tego zamieszania? Odpowiedź przyszła, gdy pewnego razu sięgnęłam po tak lubiany przeze mnie drewniany grzebień. Różnicę odnotowałam natychmiast i od tamtej pory nie rozstaję się z moją kompaktową złotą pięknością :) Włosy rozczesuje wspaniale, szybko, gładko i bezboleśnie, nie wyrywa ich, a z kołtunami radzi sobie wybornie. Do teraz jestem pod wrażeniem i być może kiedyś sięgnę też po wersję w klasycznym rozmiarze, tak dla porównania, bo tej podróżnej nie mam NIC do zarzucenia :)




#5 Pomadki MAC - to właśnie ten mój nowy, mały bzik, który rozrasta się w zastraszającym tempie ;))) Wpadłam po uszy, a ta mała gromadka, którą widzicie powyżej, to tylko część mojego zbiorku i zaledwie cząstka tego, co mam ochotę przygarnąć. Uwielbiam je za mnogość cudownych kolorów i wykończeń, uwielbiam wybierać, przebierać, poszukiwać swatchy w sieci, wpisywać nowe odcienie na zakupową listę i, oczywiście, sumiennie ich używać! :)) Po tym jak przez długie lata pozostawałam ignorantką w temacie szminek, jestem zdumiona, w jak prosty sposób umożliwiają zupełną zmianę wyglądu. Czy to odcień nude, czy kolor wyrazisty, każdy wnosi interesujący akcent do codziennego makijażu. To jest to, czego mi trzeba <3

#6 Moje paznokcie w ostatnich tygodniach to na zmianę odcienie mleczne, nude i klasyczna czerwień. Słowem, wszystko, co warto mieć w swoim lakierowym zbiorze :) Na zdjęcie załapały się dwie buteleczki - ukochany OPI Vodka&Caviar, czerwień z klasą, ma w sobie odrobinę niebieskich tonów, ale ostatecznie nie determinują one jej tonacji. To po prostu podstawowy kolor, bez wyraźnych domieszek, w najlepszym wydaniu. Jakość jest znakomita i choć zastosowano tu żelkowe wykończenie, dwie warstwy dają pożądany, jednolity efekt bez prześwitów. Oprócz tego otrzymujemy piękny połysk i rewelacyjną trwałość (dla zobrazowania: stojąc jakiś czas temu w kolejce, usłyszałam za plecami narzekania przypadkowej dziewczyny na obskurny wygląd dłoni z jej trzydniowym lakierem - odruchowo spojrzałam na swój sześciodniowy mani w stanie idealnym - cóż, satysfakcja gwarantowana :D). 
Druga buteleczka widoczna na zdjęciu skrywa w sobie cudowny lakier z tegorocznej, letniej kolekcji Essie - Urban Jungle. Odcień jest rewelacyjny, to mieszanka beżu, kropli szarości i odrobiny przykurzonego różu. Mam słabość do tego rodzaju kolorów i bardzo się cieszę, że po wielu próbach udało mi się upolować tę sztukę. Posiadam wersję z cienkim pędzelkiem i pomimo mojego uwielbienia do europejskiej, standardowej łopatki, nie mam nic do zarzucenia temu wariantowi. Lakier świetnie się nakłada, dwie warstwy dają jednolity efekt z pełnym kryciem, a wynik ostateczny to schludny, elegancki mani. Uwielbiam! 


Uff, to tyle :) Znacie coś z powyższych kosmetyków? Chcecie coś pochwalić? Albo może na coś ponarzekać? 
Dajcie znać, jaki kosmetyk w ostatnich tygodniach zdobył Wasze serca :)


Pozdrawiam Was serdecznie!
Megdil

środa, 12 listopada 2014

Dermalogica, Multi-Active Toner

Kosmetyki marki Dermalogica szturmem wdarły się w mój pielęgnacyjny plan. I dobrze, bo z większości jestem tak bardzo zadowolona, że z pewnością będę sięgać po nie regularnie również w przyszłości. Część z nich opisałam już na blogu (klikkilkkilk), ale drugie tyle czeka na swą kolej :)
Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby wszystko okazywało się pozbawione smaku goryczy po zawiedzionych oczekiwaniach. I choć naprawdę skrupulatnie wybieram sobie kosmetyki, zdarzają się takie sytuacje, w których uciszam przeczucia i daję się ponieść ryzyku ;) Zupełnie tak, jak w przypadku toniku Multi-Active (124 zł/250 ml).

Tonik to podstępny towarzysz. Niby trudno ocenić jego działanie, czasami nawet ciężko sprecyzować oczekiwania względem niego. Poza tym to na tyle niepozorna czynność w całym dbaniu o cerę, że często ginie gdzieś w natłoku żeli, serum, kremów i innych olejków. A tymczasem, jak się okazuje, można znaleźć coś, co autentycznie wzbogaci pielęgnację i pokaże, że skóra bez tego nie funkcjonuje już tak samo dobrze. Ja znalazłam dwa takie toniki (Łagodzący od P&R <klik> oraz REN Clarifying Toner), lecz nie stronię od nowości i od czasu do czasu skuszę się na coś mi nieznanego.




Tonik od Dermalogica jawił mi się w pomarańczowym świetle, lecz ostatecznie, uznawszy te wątpliwości za przesadzone, przy okazji innych zakupów, wrzuciłam go do koszyka. Skład nie jest zły, jest tu kilka przyjemnych ekstraktów, nie ma sztucznych barwników ani kompozycji zapachowych. Wszystko to powinno łagodzić, nawilżać i regenerować. W dodatku płyn zapakowano w całkiem konkretnej pojemności opakowanie, no i atomizer! Atomizer fajna rzecz, pod warunkiem, że… sprawnie działa ;) Bo tu pojawił się problem już od pierwszego użycia, korek zamiast po naciśnięciu wrócić natychmiast do pozycji wyjściowej, daje sobie czas, każdorazowo muszę więc przywracać go do pionu. Cóż, mój pech.


Dermalogica Multi-Active Toner


Pechem jednak nie mogę już nazwać działania. I choć początkowo używało mi się go bez większych emocji (zero plusów, zero minusów, czysta karta), to po pewnym czasie tonik zaczął mi po prostu przeszkadzać. Przeszkadzał mi jego intensywny, gorzkawo-cytrusowo-sztuczny zapach; przeszkadzały mi minuty, których ów potrzebuje na wniknięcie w skórę; przeszkadzało mi jego działanie. No i przeszkadzał mi zepsuty korek.
Szans na odkupienie win dawałam mu naprawdę sporo. Próbowałam używać w różny sposób, z różną częstotliwością i w różnych kremowych kombinacjach. Efekty zawsze były takie same. Próżno szukać tu doznania zrelaksowania cery, nawilżenie jest krótkotrwałe, a wchłanianie, jak już wspomniałam, ciągnie się całymi minutami. Może to mieć swoje plusy, bo wedle zasady, którą kieruje się również Dermalogica, krem nakładany na mokrą od toniku skórę wykazuje skuteczniejsze działanie. W tym przypadku jest dla mnie jednak… zbyt mokro. I nieważne, czy w celu aplikacji użyję atomizera pozostawiającego spore krople na twarzy, czy bawełnianego płatka, który powoduje, że produkt delikatnie się pieni. Poza tym zdarzyło mi się również odczuć pieczenie skóry, działo się to z rzadka, ale jednak nie jest to działanie pożądane, tym bardziej, że Multi-Active Toner ma być produktem delikatnym, do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery.
Na chwilę obecną nie dostrzegam w tym kosmetyku żadnych plusów. Dalece rozmija się z moim rozumieniem toniku i oczekiwaniami, które przed takim kosmetykiem stawiam.

Apeluję, nie dajcie się zwieść! ;)

A może znacie Multi-Active Toner i macie o nim inne zdanie? Podzielcie się proszę opiniami na temat Waszych ulubionych toników :)


Pozdrawiam Was,
Megdil
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...