niedziela, 27 lipca 2014

Nuxe, Huile Prodigieuse OR

Lato! Czymże byś było bez długich, słonecznych dni, bez subtelnego deszczu orzeźwiającego rozpalone ciała, bez morskiej soli we włosach, czy muśniętej złotem skóry?

Lato to okres wakacji, łapania oddechu, zażywania czasowego luksusu. To okres szaleństw, skąpych strojów, pięknych kolorów i wolności.
Dla mnie to również czas częstego i chętnego zapędzania się w ten rewir kosmetyczki, który przez większą część roku zarezerwowany jest na specjalne okazje. Bo wiem, że tam zawsze czeka na mnie odrobina bogactwa windującego nastrojowość na wyższy szczebel wyjątkowości. Bo wiem, że tam zawsze czeka na mnie olejek Nuxe :)





Tak, o nim pisano już wiele, ale jak nie zachwycać się czymś, co jest tak proste i zmysłowe zarazem? Czymś, co przywodzi na myśl ogrom pozytywnych myśli? Czymś, co nierzadko łączy się w pamięci z pięknymi wydarzeniami? I wreszcie czymś, co okalając przeszłość swym urokiem, wpisało się na dobre w nieznajomą jeszcze przyszłość…
Bo jeśli można mówić w ten sposób o jakiejkolwiek przyziemnej rzeczy, jedną z nich jest ten owoc kosmetycznej myśli, Huile Prodigieuse OR.

Magia zaczyna się już od pierwszego z nim zetknięcia. Zawieszone w olejkowej bazie, subtelnie lśniące złotem drobiny są niczym skarb zaklęty w prostej, acz wytwornej szklanej butelce. Aromat unoszący się z tej eleganckiej bryły zyskał już miano kultowego. Czuję tu naręcze rzadkich kwiatów, rześkość górskiego potoku i letni zachód słońca nad zieloną polaną. W połączeniu z ciepłotą ciała dyskretnie się nad nim unosi i trwa do momentu rozłąki, pozostawiając po sobie tęsknotę za czasem połyskującym szczęściem i rozkoszą. Jednak zmysł powonienia nie jest jedynym, który czerpie stąd uciechę, bowiem miękkość skóry po rozprowadzeniu na niej złocistej powłoki zachwyca wraz z każdym jej dotykiem. Brak tu tłustości, brak oblepienia, jest lekkość i jedwabistość. Drobinki układające tę czarowną poświatę są wręcz aluzyjne, dzięki czemu odkryte ciało emanuje zdrowym połyskiem i luksusem, intryguje i przyciąga spojrzenia.
To jeden z tych wakacyjnych romansów, które przeradzają się w długoletnią miłość. Przygoda, która buduje stabilną perspektywę.





Lubicie tak samo, jak ja?
Z czym kojarzy Wam się lato? :)


Pozdrawiam Was słonecznie!
Megdil 

czwartek, 10 lipca 2014

Mythos, Facial Cleansing Mask

Z marką Mythos nie jest mi szczególnie po drodze. Zapoznałam się z kilkoma produktami i żaden nie zdołał wzbudzić we mnie kosmetycznej żądzy, bo albo to nie sprawdziło się wcale, albo było po prostu poprawne – zero ekscytacji ;) Gdy na początku roku chciałam dać szansę jednemu z ich kremów do twarzy, celem optymalizacji kosztów przesyłki (tak to się teraz nazywa?), dorzuciłam do zamówienia kilka nadprogramowych sztuk. Jako że na hasło ‘maseczka’ reaguję automatycznym entuzjazmem, zdecydowałam się kupić także nowość, o której wcześniej nie słyszałam – oczyszczającą maseczkę sporządzoną na glinkowej bazie.




Muszę nadmienić, że nie spodziewałam się po niej wiele. Odkąd Mythos jest dla mnie swoistym synonimem ruletki, byłam przygotowana na wszystko.
Maseczka ma w składzie dwie glinki - moją ulubioną Solum Fullonum oraz Kaolin. Producent, oprócz oczyszczenia, obiecuje nam także działanie nawilżające, kojące i zmiękczające, a wszystko to dzięki zawartości masła shea i kilku przyjemnych olejków (m.in. sojowego, słonecznikowego, jojoba, czy oliwy z oliwek). To składowe połączenie sprawia, że maseczka staje się miłym i delikatnym akcentem oczyszczających rytuałów, odpowiednim dla każdego rodzaju cery.




Żeby jednak nie było zbyt kolorowo. Jeszcze przed nałożeniem specyfiku na twarz musimy uporać się z jego specyficznym zapachem. Doprawdy, trudno mi opisać tę kompozycję, nie kojarzy mi się z niczym, lecz mój nos zdecydowanie jej nie polubił - jest mdły i bardzo intensywny. Myślę, że każdy, kto z kosmetykami Mythos miał do czynienia, będzie w stanie mnie zrozumieć (firmie z całą pewnością daleko do tytułu mistrza aromaterapii). Problemem może okazać się fakt, że ów kiepski aromat unosi się wokół nas przez cały czas noszenia maski na twarzy, a naprawdę trudno do niego przywyknąć.
I właściwie, to tyle z nieprzyjemności.

Konsystencja maseczki pozwala na przyjemne jej rozprowadzenie, w dodatku niezbyt grubą warstwą (próbowałam z różną ilością i efekt za każdym razem był ten sam), która, w przeciwieństwie do czystych glinek, nie wymaga regularnego spryskiwania - nie zasycha na skorupkę, pozostając plastyczną aż do momentu zmycia.
Zaraz po aplikacji da się wyczuć lekkie szczypanie, nie trwa to jednak dłużej, niż trzy minuty. Po tym czasie wyraźnie odczuwam, jak skóra pod warstwą zielonej mazi relaksuje się, oddając zanieczyszczenia i nadmiar sebum. W zamian przyjmuje zaś dobro zawartych w składzie ekstraktów. 
No właśnie, przechodząc do wyników. Przyznam, że efekt po 20-30 minutowym seansie za każdym razem mnie zaskakiwał. Po zmyciu produktu cera okazywała się miękka, oczyszczona, zmatowiona (lecz nawilżona), o ładnym i delikatnie wyrównanym kolorycie. Wszelkie goszczące na niej wypryski były złagodzone i szybciej się goiły. Poza tym, maseczka nigdy mnie nie podrażniła, a 75 ml tubka wystarczyła na kilka miesięcy regularnego użytkowania. 

Mogę więc śmiało stwierdzić, że każda z obietnic producenta została w tym przypadku dotrzymana i gdybym nie znała przyjemniejszej maseczkowej opcji w tym przedziale cenowym (ok. 30 zł), zastanowiłabym się kiedyś nad ponowieniem jej zakupu.
Produkt, mimo iż całkiem zwyczajny, uważam za warty uwagi. Nie liczcie oczywiście na cud w tubce zaklęty, lecz na coś, co miło wzbogaci Waszą codzienną pielęgnację i prawdopodobnie przyniesie korzystne efekty.


Jakie jest Wasze ustosunkowanie do oferty Mythos? A może nie znacie tej firmy?


Pozdrawiam Was serdecznie,
Megdil
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...